ORSON SCOTT CARD



Chaos

(Przek?ad: Piotr W. Cholewa)
WST?P

Pomi?my kwesti?, dlaczego kto? w ogle staje si? pisarzem. Sama arogancja wiary, ?e inni ludzie powinni p?aci? za czytanie naszych s?w, dowodzi, ?e my, pisarze, nie nadajemy si? do ?ycia w przyzwoitej spo?eczno?ci. Jednak niewiele jest spo?eczno?ci wynagradzaj?cych skromno?? i pogardzaj?cych tymi, ktrzy wpychaj? si? w ?wiat?o reflektorw. Natomiast wszystkie ludzkie spo?eczno?ci t?skni? za tymi, co opowiadaj? historie; a tych, ktrych historie lubimy, sk?onni jeste?my dobrze wynagradza?. Rwnocze?nie ci, co opowiadaj?, bez przerwy na nowo okre?laj? i definiuj? spo?ecze?stwo. A spo?ecze?stwo p?aci nam za k?sanie r?ki, ktra karmi. Jeste?my ptakami, ktre niszcz? i na nowo odbudowuj? ka?de gniazdo na drzewie.
Dlatego zapomnijmy o pytaniu, czemu zosta?em pisarzem. Zamiast niego zadajmy ?atwiejsze: dlaczego postanowi?em pisa? science fiction?
Prosta odpowied? brzmi, ?e wcale nie postanowi?em. Niektrzy rodz? si? do fantastyki, inni wybieraj? fantastyk?, a jeszcze innym fantastyka zostaje wmuszona. Ja nale?? do tej trzeciej kategorii. Z wyboru by?em dramatopisarzem. Owszem, zacz??em studiowa? archeologi?, jednak szybko odkry?em, ?e by? archeologiem niekoniecznie oznacza by? Thorem Heyerdahlem czy Yigaelem Yadinem. Oznacza raczej sortowanie o?miu miliardw skorup. Oznacza przesypywanie gry ?y?eczk? do herbaty. Krtko mwi?c, oznacza prac?. A zatem nie jest to dziedzina dla mnie.
W czasie dwch semestrw, jakie zaj??o mi dokonanie tego odkrycia, wys?ucha?em czterech wyk?adw o teatrze na ka?dy wyk?ad z archeologii, i w?a?nie w teatrze sp?dza?em wi?kszo?? czasu. Ucz?szcza?em do szko?y Brighama Younga, wi?c zanim jeszcze rozpocz??em studia, bra?em udzia? w uniwersyteckich zaj?ciach teatralnych. Przez wszystkie lata studiw zajmowa?em si? produkcj? i wyst?powa?em na scenie. Jako aktor nie osi?gn??em wiele - by?em zbyt intelektualny, nie potrafi?em w dostatecznym stopniu wykorzystywa? cia?a, na scenie nie wypada?em wi?c swobodnie. Ale ?e ?wietnie czyta?em na przes?uchaniach, stale dostawa?em role. I kiedy zrezygnowa?em z archeologii, teatr na mnie czeka?. Po raz pierwszy ?wiadomie podj??em decyzj? opart? na mojej autobiografii. Zamiast analizowa? swoje uczucia (ktre i tak zmienia?y si? co godzina) albo uk?ada? ?mieszn? list? za" i przeciw", ktra zawsze wydaje si? taka racjonalna, po prostu spojrza?em na kilka ostatnich lat ?ycia. Przekona?em si?, ?e jedyne, do czego stale wraca?em, nie dbaj?c, czy przyniesie mi jak?kolwiek korzy??, to teatr. Zmieni?em wi?c kierunek studiw, w ten sposb okre?laj?c w?asn? przysz?o??.
Pierwszym skutkiem tej decyzji by?a utrata stypendium. Studiowa?em na Uniwersytecie Brighama Younga z pe?nym stypendium prezydenckim - czesne, ksi??ki, mieszkanie. Musia?em jednak utrzymywa? wysok? ?redni?, co wprawdzie by?o ?atwe w przedmiotach naukowych, ale diabelnie trudne w subiektywnym ?wiecie sztuki. Sprawa by?a wyj?tkowa - ?aden z prezydenckich stypendystw nie zajmowa? si? dot?d sztuk?, nie istnia? wi?c mechanizm przeliczania subiektywnych ocen. Je?li pracowa?em ile si? nad tematem akademickim, dostawa?em bardzo dobry. Kropka. ?adnych problemw. Ale pracuj?c nad sztuk? mog?em zaharowa? si? na ?mier?, stara? si? ze wszystkich si?, a mimo to otrzyma? dostateczny, poniewa? wyk?adowca nie zgadza? si? z moj? interpretacj?, nie odpowiada?o mu moje rozegranie akcji albo zwyczajnie mnie nie lubi? i kto zechcia?by si? k?ci?? Nie by?o w tym nic mierzalnego. Zatem studia artystyczne kosztowa?y mnie sporo pieni?dzy. Nauczy?y te?, ?e nie da si? zadowoli? krytyka, ktry postanowi? nie lubi? twojego dzie?a. Musia?em starannie dobiera? wyk?adowcw albo godzi? si? na z?e oceny. Robi?em jedno i drugie.
Ale je?li nie pracowa?em dla stopni i nie prbowa?em zmieni? si? tak, by pasowa? do z gry przyj?tych przez wyk?adowcw za?o?e?, jakie powinno by? moje dzie?o, to, nad czym w?a?ciwie pracowa?em? Odpowied? u?wiadamia?em sobie stopniowo, ale kiedy ju? j? zrozumia?em, nigdy si? nie cofn??em. Odrzuci?em sugesti? jednego z profesorw literatury, ?e cz?owiek powinien pisa? dla siebie. Jego zachowanie by?o oczywistym zaprzeczeniem wznios?ej idei tworz? dla siebie i dla Boga". Przez p? ?ycia wciska? swoje teksty ka?demu, kto tylko zechcia? je przeczyta? albo wys?ucha?. Cz?owiek ten u?wiadomi? mi to, czego sam si? ju? domy?la?em: sztuka to dialog z publiczno?ci?. Jedynym powodem tworzenia sztuki jest przedstawienie jej innym ludziom; a przedstawia si? j? innym ludziom po to, by ich zmieni?. To, co tworz?, musi zmienia? ?wiat, uzna?em, inaczej nie warto si? tym zajmowa?.
W ci?gu roku od uzyskania dyplomu pisa?em sztuki. Nie planowa?em tego. Nie uznawa?em pisania za sposb zarabiania na ?ycie. W mojej rodzinie pisanie by?o czym?, co si? po prostu robi. Tato cz?sto kupowa? Writer's Digest"; par? razy, jako nastolatek, bra?em udzia? w ich konkursach. G?wnie jednak uwa?a?em, ?e pisanie to skecze i obrazki w szkole albo przy ko?ciele - mormoni zawsze cenili teatr. Pisanie oznacza?o te?, ?e mog?, je?li tylko mam jakie? poj?cie o temacie, bez wi?kszego k?opotu stworzy? prac? egzaminacyjn?. Ale to przecie? nie zawd.
Jako pocz?tkuj?cy re?yser prze?y?em frustracje zwi?zane z realizacj? nieodpowiednich scenariuszy. Kiedy asystowa?em przy studenckiej produkcji kwiatw dla Algernona, znalaz?em w ko?cu profesora - re?ysera - ktry przyzna? mi racj?: drugi akt by? straszny. Czyta?em opowiadanie i zachwyci?o mnie, dlatego tak mocno by?em rozczarowany b??dnymi wyborami, jakich dokona? autor adaptacji. Za zgod? re?ysera wrci?em do domu i napisa?em drugi akt na nowo. Wykorzystali?my moj? wersj?.
Mniej wi?cej w tym samym czasie (tak mi si? wydaje) ucz?szcza?em na zaj?cia z interpretacji, obejmuj?ce te? teatr czytelnika. Podoba?a mi si? koncepcja ogo?ocenia sceny i pozwolenia aktorom - w zwyk?ych ubraniach, bez przygotowania - na odegranie historii przed publiczno?ci?. W ramach zaj?? napisa?em adaptacj? Tell Me that You Love Me, Junie Moon Marjorie Kellogg. Uwielbia?em t? ksi??k?, a adaptacja by?a (i wci?? jest) jednym z moich najlepszych utworw, poniewa? zachowuje zarwno fabu??, jak i ostry styl pisania. Poprosi?em o zgod? na re?yserowanie przedstawienia. Odpowiedziano mi, ?e na interpretacji nie przewiduje si? re?yserowania przez studentw. Tylko na jednych zaj?ciach uczniowie mog? re?yserowa? sztuk?, odby?em ju? te zaj?cia, zaliczy?em na dostateczny i to wszystko.
Ale to nie by?o wszystko. Mj wyk?adowca, Preston Gledhill, okaza? zrozumienie, nagi?? troch? przepisy i dosta?em swoje przedstawienie: dwie noce w Teatrze Eksperymentalnym, gdzie robi?em teatr czytelnika tak, jak jeszcze nigdy przedtem. Publiczno?? ?mia?a si? w odpowiednich miejscach. Szlochali na ko?cu. Oklaski na stoj?co by?y zas?u?one. Aktorzy do dzi? pami?taj? - ja rwnie? - ?e stworzyli?my co? niezwyk?ego. Owszem, wykorzysta?em cudz? opowie??, ale ta studencka produkcja po raz pierwszy przekona?a mnie, ?e potrafi? stworzy? scenariusz i przedstawienie, ktre publiczno?? przyjmie do siebie. Zmieni?em ludzi.
Po tych dwch udanych adaptacjach postanowi?em na powa?nie sprbowa? dramatopisarstwa. Charles Wnitman, w tamtych czasach (p?ne lata sze??dziesi?te) ulubieniec studentw, wyk?ada? te? dramatopisarstwo i by? gor?cym entuzjast? teatru mormo?skiego. Uwa?a?, ?e zajmuj?cy si? teatrem m?odzi mormoni powinni tworzy? sztuki dla w?asnej spo?eczno?ci. Zgadza?em si? z nim - i wci?? si? zgadzam. Nigdy nie przesta?em tworzy? mormo?skich sztuk, cz?sto daj?c im pierwsze?stwo przed bardziej widoczn? i lukratywn? karier? w ?wiecie". Wyk?ady Whitmana otworzy?y ?luz?: napisa?em kilkana?cie sztuk. Prbowa?em swych si? w realizmie, komedii, dramacie wierszem, jednoaktwkach - we wszystkim, co nie ucieka?o na drzewo i pozwoli?o si? pisa?. Adaptowa?em opowie?ci z historii mormonw i z Ksi?gi Mormona; wykorzystywa?em historie z ?ycia w?asnego i rodzicw. A przez ca?y ten czas wci?? uwa?a?em si? g?wnie za aktora i re?ysera.
Z faktu, ?e pisa?em wiele sztuk, nie wynika jeszcze, ?e by?em dramatopisarzem. Projektowa?em te? kostiumy, robi?em charakteryzacje, budowa?em dekoracje. Nie zajmowa?em si? ?wiat?em z tego tylko powodu, ?e cierpia?em na zdrowy l?k przestrzeni. Nie, nie by?em dramatopisarzem, by?em teatralnym cz?owiekiem do wszystkiego. ?wiadom? decyzj? o pisarstwie podj??em jednak dopiero pewnego dnia, kiedy z grup? kolegw siedzieli?my na Wydziale Teatralnym - chyba by?o to jakie? zebranie, ale nie pami?tam. Mijaj?cy nas przypadkiem profesor zwrci? si? do mnie: A wi?c chcesz zosta? dramatopisarzem?" Co? w tych s?owach mnie urazi?o. Pomy?la?em, ?e stworzy?em z tuzin sztuk wystawianych przy pe?nej sali. By?em pisarzem w takim samym stopniu, w jakim on by? aktorem, re?yserem czy nauczycielem - poniewa? sprbowa?em tego i zdo?a?em usatysfakcjonowa? publiczno??. Odpowiedzia?em wi?c do?? ch?odnym tonem: ,,Nie chc? by? dramatopisarzem. Ja jestem dramatopisarzem".
Wkrtce potem odbywa?y si? akurat jego zaj?cia i wobec ca?ej grupy nawi?za? do naszej rozmowy. Niektrzy z was zostan? aktorami, niektrzy re?yserami, a niektrzy dramatopisarzami", powiedzia?. Po czym wskaza? mnie palcem. Z wyj?tkiem tego oto Scotta Carda, ktry ju? jest dramatopisarzem". Wszyscy si? ?miali. Drwina, jak? - zdawa?o mi si? - us?ysza?em w jego g?osie, rozgniewa?a mnie i rozczarowa?a. Potem dowiedzia?em si?, ?e ten komentarz mia? wyra?a? szacunek; p?niej pracowali?my razem nad kilkoma projektami. Wtedy jednak odbiera?em wszystko z paranoj? typow? dla przeczulonych, dojrzewaj?cych ch?opcw. Uzna?em jego s?owa za wyzwanie. Rozmy?la?em o nich przez kilka dni. Tygodni. W ko?cu doszed?em do wniosku, ?e przecie? jestem dramatopisarzem, a wszystkie inne zaj?cia teatralne s? nieistotne. Mog?em osi?gn?? w nich sukces lub ponie?? pora?k?, ale nie zrobi?oby to wielkiej r?nicy - moja przysz?o?? wi?za?a si? z pisarstwem.
Przeskocz? teraz kilka lat. Lat, w czasie ktrych zorganizowa?em zesp? teatralny, ktry - w pewnym sensie - odnis? wielki sukces. Jednak po tych kilku latach mia?em dwadzie?cia tysi?cy dolarw d?ugw przy pi?ciu tysi?cach dolarw rocznego dochodu. Moje sztuki by?y popularne, jednak b??dne decyzje finansowe - moje decyzje, musz? zaznaczy? - doprowadzi?y do katastrofy. Rozwi?za?em zesp? i powinienem wtedy og?osi? bankructwo firmy i w?asne. Zamiast tego postanowi?em wszystko sp?aci?.
Jak? Moje dochody jako redaktora w wydawnictwie Uniwersytetu Brighama Younga nie wystarcza?y, ?eby znacz?co zmniejszy? kwot? zad?u?enia. Musia?em zarobi? jakie? dodatkowe pieni?dze. W jaki sposb? Potrafi?em tylko pisa?, a ?e moje sztuki przeznaczone by?y dla mormo?skiej publiczno?ci, w ?aden sposb nie mog?y mi przynie?? takich zyskw. Po prostu nie wystarczy?oby widzw z pe?nymi portfelami. Zastanawia?em si?, czy nie pisa? dla publiczno?ci nowojorskiej, to jednak by?oby ryzykowne i wymaga?oby tak wielkich inwestycji czasowych, ?e zrezygnowa?em z pomys?u. Postanowi?em pisa? beletrystyk?.
W pewien sposb by?o to rwnie ci??kie zadanie, jak pisanie sztuk teatralnych dla ameryka?skiej publiczno?ci jako takiej. R?nica polega na tym, ?e cz?owiek szybciej odkrywa, i? ponis? kl?sk?. Mo?na przez lata wysy?a? swoje sztuki do teatrw nowojorskich i nie osi?gn?? niczego - sko?czy? bez publiczno?ci, bez pieni?dzy i bez przysz?o?ci. A w tej samej sytuacji mo?na si? znale?? po zaledwie kilku miesi?cach rozsy?ania maszynopisw powie?ci i opowiada?.
A kiedy zastanowi?em si?, jaki typ literatury mi odpowiada, bez trudu wybra?em science fiction. Chcia?em zacz?? od opowiada?, a pod tym wzgl?dem science fiction gwarantuje najszerszy rynek. Po pierwsze dlatego, ?e zarabia si? na tym niewiele, wi?c znani powie?ciopisarze trzymaj? si? zwykle z daleka, oddaj?c pole krtkich tekstw nowym nazwiskom. Po drugie, poniewa? science fiction ?ywi si? niezwyk?o?ci?, wi?c nowi twrcy s? w niej witani ch?tniej ni? gdzie indziej. Prawdziwa niezwyk?o?? wymaga geniuszu, ale jej dobrym substytutem jest niezwyk?o?? zawarta w unikalnym g?osie ka?dego twrcy. Kiedy wi?c autor science fiction jest rwnocze?nie nowy i kompetentny, rozb?yskuje pozornym geniuszem i fantastyka przyjmuje go z otwartymi ramionami (inni mogliby powiedzie?, ?e prze?uwa go, po?yka, a potem wymiotuje, ale takie stwierdzenie by?oby wulgarne i nieuprzejme; nie zawsze przecie? tak si? dzieje).
Tak wi?c, z czysto finansowych wzgl?dw, zad?u?ony po uszy, wybra?em science fiction. Mia?em szcz??cie i ju? drugie wys?ane opowiadanie sprzeda?o si? po kilku zaledwie prbach (o ktrych opowiadam w innym miejscu), po czym zaj??o drugie miejsce w plebiscycie nagrody Hugo i zyska?o dla mnie Nagrod? Campbella dla najlepszego debiutu. Dopki zatem ludzie p?acili mi zapisanie science fiction, dlaczego mia?bym przesta??
To by?a barwna, dowcipna, swobodna odpowied?. A tak?e oszustwo.
Poniewa? przez ca?y czas, kiedy by?em" dramatopisarzem, pisa?em te? science fiction. Zanim stworzy?em jak?kolwiek sztuk?, w wieku szesnastu lat wpad?em na pomys? opowiadania, ktre w ko?cu sta?o si? Gr? Endera. Chodzi?em na kursy pisarskie w BYU i chocia? mia?em do?? rozs?dku, ?eby nie oddawa? SF na sprawdzianach, to sercem by?em przy historiach Worthingw, ktre pisa?em, zanim jeszcze wystawiono moj? pierwsz? sztuk?. Podobnie jak sztuki, moje opowiadania powstawa?y na liniowanych kartkach z ko?onotatnikw i na pocz?tku matka przepisywa?a mi je na maszynie. Wysy?a?em je potem i jak skarb przechowywa?em wszystkie odmowy. Nie by?o ich wiele - par? opowiada?, kilka odpowiedzi. Ale mi?dzy odmowami -i mi?dzy sztukami - zajmowa?em si? literatur? z takim zapa?em, jak niczym innym w ?yciu.
Zostawmy wi?c dowcipne odpowiedzi i spytajmy jeszcze raz: dlaczego science fiction? Dlaczego opowiadania, jakie przychodz? mi do g?owy, zawsze nale?? do science fiction i fantasy? Nie dlatego, ?e nie czyta?em nic poza SF. Wr?cz przeciwnie; kilka razy prze?y?em co prawda okres zauroczenia fantastyk?, jednak w szkole ?redniej i na studiach czyta?em tylko SF i fantasy, ktre by?o w modzie. Czyta?em Diun?, kiedy wszyscy czytali Diun?; tak samo W?adc? Pier?cieni, Fundacj?, I Sing the Body Electric i S?onecznikowe wino. Rwnocze?nie czyta?em The Wall and the White Lotus Herseya, Fountainhead Ayn Rand, Stanyan Street and Other Sorrows Roda McKuena. Do licha, czyta?em nawet Khalila Gibrana. Mo?e nie bra?em prochw, ale te? nie by?em ca?kiem odizolowany od swojego pokolenia (na szcz??cie, zanim ukaza?a si? Mewa, zd??y?em wystarczaj?co wydoro?le?, ?eby natychmiast uzna? j? za ?miecie). Nigdy, ani razu, nawet przez chwil? nie my?la?em o sobie jako czytelniku science fiction". Niektre fantastyczne ksi??ki by?y dla mnie objawieniem, to prawda, ale nie bardziej ni? inne - a ?adna nie wywar?a takiego wp?ywu, jak Szekspir i Joseph Smith, dwaj pisarze, ktrzy bardziej ni? ktokolwiek inny uformowali styl, w jakim my?l? i pisz?. Je?li nie by?em czytelnikiem science fiction jako takim, dlaczego impuls opowiadania historii objawi? si? u mnie w formie fantastyki? My?l?, ?e z tej samej przyczyny, dla ktrej impuls pisania sztuk zawsze wyra?a? si? w tre?ciach przeznaczonych dla publiczno?ci mormo?skiej. Mo?liwo?? transcendencji to tylko cz??? wyja?nienia. Wa?niejszy jest fakt - gdy? mormonizm nie jest religi? transcendentaln? - ?e science fiction, podobnie jak mormonizm, dostarcza s?ownika dla racjonalizacji transcendencji. To znaczy, ?e w granicach science fiction mo?liwe jest odnalezienie sensu ?ycia bez uciekania si? do Tajemnicy. Nie lubi? Tajemnicy (chocia? uwielbiam tajemnice); uwa?am, ?e to nazwa, jak? nadajemy naszej decyzji, by nie stara? si? rozumie?. Od Josepha Smitha nauczy?em si? odrzuca? ka?d? filozofi?, ktra wymaga prze?kni?cia paradoksu, jakby by? wyrazem g??bi; nauczy?em si?, ?e je?li co? nie ma sensu, to prawdopodobnie jest bzdur?. W ramach science fiction mog?em zrzuci? kajdany realizmu i tworzy? ?wiaty, w ktrych problemy, o jakie mi chodzi?o, by?y wyra?one czysto i wyra?nie. Histori? mo?na opowiedzie? wprost. Mo?e o czym? mwi?.
Od tego czasu pozna?em sposoby, by bardziej realistyczna literatura tak?e o czym? mwi?a - ale nie takie, jakich prbowali mnie nauczy? moi profesorowie. M?tne sposoby, stosowane przez wsp?czesnych literatw ameryka?skich, prowadz? do bankructwa, poniewa? zaniedbuj? publiczno??. S? jednak pisarze, ktrzy poza fantastyk? dokonuj? tego, o czym w wieku dwudziestu trzech lat s?dzi?em, ?e jest mo?liwe tylko w jej granicach. My?l? tu o Cold Sassy Tree Olive Ann Bums jako kamieniu milowym, ktry przekona? mnie, ?e wszystkich tak zwanych Tajemnic mo?na dosi?gn?? poprzez opowie?ci o mi?o?ci, o seksie i o ?mierci, o potrzebie przynale?enia, o pragnieniach cia?a i poszukiwaniu indywidualnych warto?ci; Spo?eczno??, Cielesno??, To?samo??. Tak naprawd? wszystkie opowie?ci dotycz? tej triady. Najlepsze z nich to te, ktre czyni? to lepiej dla konkretnej publiczno?ci, w konkretnym miejscu i czasie. Stopniowo prbuj? wi?c pisa? inne utwory, dla czytelnikw spoza spo?eczno?ci mormonw i spo?eczno?ci science fiction. Nie zmienia to faktu, ?e w?a?nie w science fiction po raz pierwszy znalaz?em mo?liwo?? mwienia do niemormonw o sprawach dla mnie najwa?niejszych. Dlatego pisa?em science fiction, pisz? science fiction i b?d? pisa? science fiction jeszcze przez wiele lat.
l. TYSI?C ?MIERCI

- Nie b?dziesz przemawia? - uprzedzi? oskar?yciel.
- Nie s?dz?, ?eby mi pozwolili - odpar? Jeny Crove, udaj?c pewno?? siebie, ktrej wcale nie czu?.
Oskar?yciel nie zachowywa? si? wrogo; bardziej przypomina? re?ysera szkolnego przedstawienia ni? cz?owieka, ktry d??y? do ?mierci Jerry'ego.
-Nie tylko ci nie pozwol?- ostrzeg? -ale je?li sprbujesz, sko?czy si? to dla ciebie o wiele gorzej. Mamy ci? jak na talerzu. Znale?li?my wi?cej dowodw, ni? potrzebowali?my.
- Niczego nie wykazali?cie.
- Wykazali?my, ?e wiedzia?e? - nie ust?powa? oskar?yciel. -Teraz nie warto si? k?ci?. Wiedzia?e? o zdradzie i nie zameldowa?e?, a to rwna si? pope?nieniu zdrady.
Jerry wzruszy? ramionami i odwrci? g?ow?.
?ciany celi by?y z szarego betonu, drzwi z litej stali. Zamiast ??ka dosta? hamak zawieszony na wbitych w mur hakach. Za toalet? s?u?y?o wiadro ze zdejmowanym plastykowym siedzeniem. Ucieczk? trudno by?o sobie nawet wyobrazi?. W?a?ciwie nie by?o tu nic, co mog?oby zaj?? inteligentnego cz?owieka na d?u?ej ni? pi?? minut. Przez trzy tygodnie, jakie tu sp?dzi?, nauczy? si? na pami?? ka?dej szczeliny betonu, ka?dej ?rubki w drzwiach. Nie mia? ju? na co patrze? - z wyj?tkiem oskar?yciela. Niech?tnie spojrza? mu w oczy.
- Co powiesz, kiedy s?dzia spyta, czy przyznajesz si? do winy?
- Nolo contendere.
- Dobrze, ale by?oby ?adniej, gdyby? powiedzia?: jestem winny - poradzi? oskar?yciel.
- Nie podoba mi si? to s?owo.
-Nie zapominaj o jednym. B?d? ci? filmowa? trzy kamery. Proces zostanie nadany na ?ywo. Jeste? reprezentantem wszystkich Amerykanw. Musisz zachowywa? si? godnie i spokojnie uzna? fakt, ?e twj wsp?udzia? w zabjstwie Petera Andersena...
- Andrejewicza...
- Andersena, doprowadzi? ci? na prg ?mierci, a teraz wszystko zale?y od ?aski s?du. Id? na lunch. Zobaczymy si? jeszcze wieczorem. I pami?taj: ?adnych przemwie?. ?adnych k?opotw.
Jerry kiwn?? g?ow?. Nie warto si? k?ci?. Przez ca?e popo?udnie ?wiczy? koniugacje nieregularnych czasownikw portugalskich. ?a?owa?, ?e nie mo?e cofn?? si? w czasie i odwrci? tej chwili, kiedy zgodzi? si? rozmawia? ze starcem, ktry odkry? mu plan zabjstwa Andrejewicza.
- Teraz musz? ci zaufa? - powiedzia? wtedy starzec. - Temos que confiar no senhor americano. Kochacie wolno??, ne?
Kochamy wolno??? Kto jeszcze o tym wiedzia?? I czym jest wolno??? ?e wolno robi? szmal? Rosjanie byli sprytni; wiedzieli, ?e je?li pozwol? Amerykanom zarabia?, nikt si? nie b?dzie przejmowa?, jakim j?zykiem mwi rz?d. Zreszt? rz?d i tak mwi po angielsku.
Propaganda, ktr? go karmili, wcale nie by?a zabawna. By?a a? nazbyt prawdziwa. Stany Zjednoczone nigdy nie zazna?y tak d?ugiego okresu spokoju. Od czasw hossy po wojnie w Wietnamie, trzydzie?ci lat temu, gospodarka nigdy jeszcze nie znajdowa?a si? w tak kwitn?cym stanie. Leniwi, potulni Amerykanie jak zwykle zajmowali si? interesami, jakby zawsze marzyli o portretach Lenina na ?cianach i na plakatach.
Niczym si? od nich nie r?ni?em, przypomnia? sobie. Wys?a?em podanie o prac? razem z przysi?g? wierno?ci. Pokornie przyj??em propozycj? pracy guwernera u jakiego? wysokiego dzia?acza partii. Przez trzy lata, w Rio, uczy?em nawet jego przekl?te dzieciaki.
Powinienem pisa? sztuki.
Ale o czym mam pisa?? Mo?e komedie? Jankes i komisarz -?mieszna opowie?? o kobiecie komisarzu, ktra wychodzi za m?? za Amerykanina b??kitnej krwi, producenta maszyn do pisania. Oczywi?cie nie ma kobiet komisarzy, ale trzeba podtrzymywa? iluzj? rwnego i wolnego spo?ecze?stwa.
- Bruce, kochanie - mwi komisarz z delikatnym, ale bardzo seksownym rosyjskim akcentem. - Twoja fabryka maszyn do pisania jest podejrzanie bliska uzyskania dochodu.
- A gdyby przynosi?a straty, donios?aby? na mnie, co, moja ma?a kluseczko?
(Wybuchy ?miechu Rosjan na widowni; Amerykanie nie s? rozbawieni, ale w ko?cu p?ynnie mwi? po angielsku i nie potrzebuj? takich prostych dowcipw. Zreszt? partia i tak musi zaaprobowa? wszystkie recenzje, wi?c nie trzeba si? martwi? o krytykw. Niech Rosjanie si? bawi? i pieprzy? ameryka?sk? widowni?!)
Dialog trwa dalej:
- Wszystko dla dobra Matki Rosji.
- Pieprzy? Matk? Rosj?.
- Zrb to koniecznie - mwi Natasza. - Mo?esz mnie uzna? za jej wcielenie.
O, tak. Rosjanie uwielbiaj? seks na scenie. W Rosji jest oczywi?cie zakazany, ale przecie? wiadomo, ?e Amerykanie s? dekadentami.
Rwnie dobrze mg?bym projektowa? karuzele w Disneylandzie, my?la? Jerry. Albo pisa? teksty do wodewilu. Albo jeszcze lepiej: wsadzi? g?ow? do piekarnika. Chocia? przy moim szcz??ciu pewnie by?by elektryczny.
Mg? zasn?? - nie by? tego pewien. Ale drzwi otworzy?y si?, a on unis? powieki, cho? nie s?ysza? zbli?aj?cych si? krokw. Cisza przed burz?... a teraz burza.
?o?nierze byli m?odzi, ale to nie S?owianie. Pos?uszni, cho? byli Amerykanami. Niewolnicy S?owian. Mo?na by to umie?ci? w jakim? wierszu, pomy?la?, gdyby pozosta? jeszcze kto?, kto chce czyta? polityczne wiersze.
M?odzi ameryka?scy ?o?nierze (maj? nieodpowiednie mundury; nie pami?tani ju? dawnych, ale te nie s? szyte dla ameryka?skich cia?) prowadzili go przez korytarze, po schodach, przez drzwi, a? w ko?cu znale?li si? na dworze i wsadzili go do opancerzonej furgonetki. Czy oni sobie wyobra?aj?, ?e nale?y do spisku i towarzysze przyb?d? mu na ratunek? Czy nie wiedz?, ?e cz?owiek w jego sytuacji nie ma ju? ?adnych przyjaci??
Jerry widzia? ju? co? takiego w Yale. Doktor Swick by? cz?owiekiem lubianym, chyba najlepszym wyk?adowc? na wydziale. Potrafi? najgorsze ?mieci zmieni? w sztuk?, obsadzi? fatalnych aktorw i sprawi?, ?eby dobrze wypadli, wpu?ci? apatyczn? widowni? i zmieni? ich w ludzi pe?nych entuzjazmu i nadziei. A potem, pewnego dnia, policja wpad?a do jego domu i odkry?a, ?e Swick wraz z czwrk? aktorw wystawiali sztuk? dla grupy najwy?ej dwudziestu przyjaci?. C? to by?o... Kto si? boi Virginii Woolf?, przypomnia? sobie Jeny. Smutna sztuka, rozpaczliwa, ale ostra. Dowodz?ca, ?e rozpacz jest czym? paskudnym, niszczycielskim. Ukazuj?ca k?amstwa jako samobjstwo. Krtko mwi?c, sztuka budzi?a w widzach uczucie, ?e, na Boga, co? jest nie tak z ich ?yciem, ?e spokj jest tylko iluzj?, dobrobyt oszustwem, ?e ambicje Ameryki zosta?y wypalone i tak wiele znikn??o z tego, co dobre i dumne...
Jerry u?wiadomi? sobie, ?e ma ?zy w oczach. ?o?nierze, siedz?cy z nim w opancerzonej furgonetce, odwracali g?owy. Jerry wytar? oczy.
Gdy tylko rozesz?a si? wie?? o aresztowaniu Swicka, nagle okaza?o si?, ?e nikt go nie zna. Ktokolwiek mia? jego listy, wiadomo?ci od niego czy nawet notatki z wyk?adw z jego nazwiskiem, zniszczy? je natychmiast. Nazwisko znikn??o z ksi??ki telefonicznej. Klasy, gdzie wyk?ada?, ?wieci?y pustk?, poniewa? nikt nie przychodzi?. Nikt nawet nie liczy? na zast?pstwo, gdy? uniwersytet nie posiada? informacji, ?e w ogle by? taki wyk?ad, a nawet taki profesor. Dom zosta? sprzedany, ?ona si? wyprowadzi?a i nikt nawet jej nie po?egna?. A potem, prawie rok p?niej, w wiadomo?ciach CBS (gdzie zawsze nadawano sprawozdania z oficjalnych procesw) pokazali dziesi?? minut Swicka, ktry p?aka? i powtarza?:
- Ameryka nie zazna?a niczego lepszego ni? komunizm. Z mojej strony by?o to g?upie i niedojrza?e pragnienie wykazania si? i zakpienia z w?adz. Niczego nie planowa?em. Myli?em si?. Rz?d okaza? mi wi?cej ?aski, ni? na to zas?u?y?em.
I tak dalej. G?upie s?owa, ale Jerry patrzy? ca?kowicie przekonany. Mo?e sam tekst nie mia? znaczenia, lecz twarz Swicka wyra?a?a skupienie; mwi? szczerze.
Samochd zahamowa? i tylne drzwi otworzy?y si? w?a?nie w chwili, gdy Jerry przypomnia? sobie, ?e spali? egzemplarz podr?cznika dramatopisarstwa Swicka. Spali?, ale najpierw przepisa? wszystkie g?wne tezy. Niewa?ne, czy Swick o tym wiedzia?, czy nie, ale co? po sobie zostawi?. A co ja zostawi?? - zastanawia? si? Jerry. Dwjk? rosyjskich dzieciakw, ktre pewnie teraz mwi? ju? po angielsku, a ktrych ojciec wylecia? w powietrze na ich oczach; jego krew zachlapa?a im twarze, poniewa? Jerry go nie uprzedzi?? C? za dziedzictwo.
Przez chwil? poczu? wstyd. ?ycie to ?ycie, niewa?ne, czyje i jak prze?ywane.
A potem przypomnia? sobie t? noc, kiedy Peter Andrejewicz (nie, Anderson; ostatnio modne jest udawanie Amerykanina, pod warunkiem ?e naprawd? jest si? Rosjaninem) wezwa? go po pijanemu i jako pracodawca (tzn. w?a?ciciel) za??da?, ?eby Jerry na przyj?ciu odczyta? go?ciom swoje wiersze. Jerry prbowa? si? roze?mia?, ale Peter nie by? a? tak pijany; nalega?. Jerry wrci? wi?c na gr?, przynis? wiersze i czyta? je grupie m??czyzn, ktrzy ich nie rozumieli, i grupie kobiet, ktre rozumia?y i by?y tylko rozbawione.
Ma?y Andre powiedzia? potem:
- To by?y dobre wiersze, Jerry.
Ale Jerry czu? si? jak dziewica, ktra zosta?a zgwa?cona, a potem dosta?a od gwa?ciciela dwa dolary napiwku.
Rzeczywi?cie Peter da? mu premi?, a Jerry j? wyda?.
Charlie Ridge, adwokat Jerry'ego, czeka? na niego tu? za progiem s?du.
- Jerry, ch?opie, nie?le sobie dajesz rad?. W ogle nie straci?e? na wadze.
- Na diecie z czystego krochmalu musia?bym ca?y dzie? biega? dooko?a celi, ?eby zachowa? lini?.
?miech. Cha, cha. Ale? si? ?wietnie bawimy. Ale? jeste?my jowialni.
- Pos?uchaj, Jerry. Musisz to zrobi? jak nale?y. Sam wiesz. Oni mierz? reakcj? widowni i potrafi? oceni?, w jakim stopniu jeste? szczery. Musisz mwi? z przekonaniem.
- Czy dawniej adwokaci nie prbowali walczy? o swoich klientw? - spyta? Jerry.
- Takie podej?cie do niczego ci? nie doprowadzi. Nie ?yjemy w dawnych dobrych czasach, kiedy mogli cz?owieka uniewinni? z powodu jakiego? formalnego uchybienia, a dobry prawnik potrafi? odk?ada? proces przez pi?? lat. Jeste? winny jak diabli, lecz je?li b?dziesz wsp?pracowa?, nic ci nie zrobi?. Po prostu ci? deportuj?.
- Niez?y z ciebie kumpel - odpar? Jerry. - Kiedy stoisz po mojej stronie, to naprawd? nie mam si? o co martwi?.
- S?usznie - powiedzia? Charlie. - I nie zapominaj o tym.
W sali s?dowej sta?y kamery. (Jerry s?ysza?, ?e za dawnych czasw wolnej prasy cz?sto usuwano kamery z sali s?dowej. Ale wtedy oskar?ony zwykle si? nie przyznawa? i prawnicy z obu stron nie mogli realizowa? tego samego scenariusza. Mimo wszystko zosta?a jeszcze prasa i dziennikarze wygl?dali tak, jakby wierzyli, ?e s? wolni.)
Przez prawie p? godziny Jeny nie mia? nic do roboty. Widownia (ciekawe, czy im p?ac?, zastanawia? si? Jeny; w Ameryce na pewno) zaj??a miejsca i przedstawienie zacz??o si? dok?adnie o smej. Wszed? s?dzia; wygl?da? imponuj?co w swojej todze, g?os mia? d?wi?czny i silny, jak ojciec w serialu, upominaj?cy zbuntowanego syna. Ktokolwiek przemawia?, zwraca? si? do kamery, nad ktr? p?on??o czerwone ?wiate?ko. Jeny by? zm?czony.
Wci?? by? zdecydowany wykorzysta? ten proces dla swoich celw, ale zastanawia? si?, co mu z tego przyjdzie. Czy rzeczywi?cie zrealizuje jakie? cele? Z pewno?ci? ukarz? go bardziej surowo. Z pewno?ci? si? rozz?oszcz? i odetn? mu mikrofon. Ale przygotowa? swoj? mow?; by?aby to pe?na pasji scena fina?owa jakiej? sztuki (Crove przeciwko komunistom", a mo?e Ostatni krzyk wolno?ci"), a on by? bohaterem, ktry z rado?ci? oddaje ?ycie za mo?liwo?? wzbudzenia odrobiny patriotyzmu (odrobiny inteligencji, do diab?a z patriotyzmem!) w sercach i umys?ach milionw Amerykanw przed telewizorami.
- Geraldzie Nathanie Crove, wys?ucha?e? postawionych ci zarzutw. Wyst?p i powiedz, czy przyznajesz si? do winy.
Jeny wsta? i przeszed? - mia? nadziej?, ?e z godno?ci? - by zatrzyma? si? na X z ta?my przyklejonej do pod?ogi, gdzie kaza? mu stan?? oskar?yciel. Spojrza? na kamer? z czerwonym ?wiate?kiem. Patrzy? na ni? w skupieniu, szczerze i zastanawia? si?, czy jednak nie lepiej b?dzie powiedzie? nolo contendere, a nawet Jestem winny" i mie? to ju? za sob?.
- Panie Crove - zaintonowa? s?dzia. - Ameryka patrzy. Czy przyznaje si? pan do winy?
Ameryka rzeczywi?cie patrzy?a. A Jeny otworzy? usta i przemwi? nie po ?acinie, lecz po angielsku, s?owami, ktre tak cz?sto wyg?asza? w my?lach:
- Jest w?a?ciwy czas na odwag? i czas na tchrzostwo, czas, kiedy cz?owiek mo?e si? podda? tym, ktrzy proponuj? mu wyrozumia?o??, i czas, kiedy musi si? opiera? dla osi?gni?cia wy?szych celw. Ameryka by?a kiedy? wolnym narodem, ale dopki oni p?ac? nam pensje, jeste?my chyba zadowoleni, ?e zrobili z nas niewolnikw! Nie przyznaj? si? do winy, gdy? ka?de dzia?anie, ktre pozwala os?abi? rosyjsk? dominacj? nad dowolnym narodem na ?wiecie, jest ciosem wymierzonym w imieniu wszystkiego, co czyni ?ycie wartym prze?ywania, przeciwko tym, dla ktrych si?a jest jedynym bogiem!
Aha, elokwencja. Kiedy to uk?ada?, nie s?dzi?, ?e dojdzie tak daleko, a mimo to jako? mu nie przerywali. Odwrci? si? do kamery, spojrza? na oskar?yciela, ktry notowa? co? na ??tej kartce. Spojrza? na Charliego. Adwokat z rezygnacj? kr?ci? g?ow? i chowa? papiery do teczki. Nikt si? specjalnie nie martwi?, ?e Jeny mwi? to wszystko w telewizji. A przekazy by?y na ?ywo - wielokrotnie podkre?lali, ?e musz? zrobi? wszystko jak nale?y za pierwszym razem, gdy? transmisja idzie na ?ywo.
K?amali, oczywi?cie. Jerry urwa? przemow? i wbi? r?ce w kieszenie tylko po to, by odkry?, ?e garnitur, ktry mu dali, nie ma kieszeni (oszcz?dzaj pieni?dze, unikaj?c rzeczy niewa?nych, mwi? slogan reklamowy) i d?onie zsun??y si? bezsensownie po udach.
Oskar?yciel spojrza? zdziwiony, kiedy s?dzia chrz?kn?? znacz?co.
- Przepraszam bardzo - powiedzia?. - Przemowy trwaj? zwykle o wiele d?u?ej. Gratuluj? panu, panie Crove, tej zwi?z?o?ci.
Jeny skin?? g?ow? z drwi?cym podzi?kowaniem, ale nie by?o mu weso?o,
- Zawsze przeprowadzamy prb? - powiedzia? oskar?yciel -aby wy?apa? wszystkich, ktrzy licz? na ostatni? szans?.
- Wszyscy o tym wiedzieli?
- Wszyscy oprcz pana, oczywi?cie. No dobrze, mo?ecie ju? i?? do domu.
Widzowie wstali i spokojnie wyszli.
Oskar?yciel i Charlie podeszli do sto?u. S?dzia opar? podbrdek na d?oni; nie zachowywa? si? ju? po ojcowsku, by? tylko troch? znudzony.
- Ile pan ??da? - zapyta?.
- Nieograniczony - odpar? oskar?yciel.
- Naprawd? jest taki wa?ny?
Rwnie dobrze Jeny'ego mog?o tu nie by?.
- W Brazylii likwiduj? prawdziwych zamachowcw.
- Pan Crove jest Amerykaninem - przypomnia? oskar?yciel -ktry pozwoli? na zabjstwo rosyjskiego ambasadora.
- Dobrze, dobrze - mrukn?? s?dzia, a Jerry zdziwi? si?, ?e nie mia? ?ladu rosyjskiego akcentu.
- Geraldzie Nathanie Grove, s?d uznaje pana za winnego morderstwa i zdrady Stanw Zjednoczonych Ameryki i jej sprzymierze?ca, Zwi?zku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ma pan co? do powiedzenia, zanim og?osz? wyrok?
- Zastanawiam si? tylko - powiedzia? Jeny - dlaczego wszyscy mwicie po angielsku.
- Poniewa? - odpar? lodowatym tonem oskar?yciel - jeste?my w Ameryce.
- Dlaczego w ogle robicie sobie k?opot z procesami?
- ?eby powstrzyma? innych debili od tego, co ty zrobi?e?, tylko chce si? k?ci?, Wysoki S?dzie.
S?dzia uderzy? m?otkiem.
- S?d skazuje Geralda Nathana Crove na ?mier? ka?dym dost?pnym sposobem, do chwili, kiedy przekonuj?co przeprosi lud ameryka?ski za swoje dzia?anie. Rozprawa zako?czona. O Bo?e, ale? mnie boli g?owa.
Nie marnowali czasu. Pewnie go obserwowali, poniewa? o pi?tej rano, ledwie Jeny zd??y? zasn??, natychmiast go obudzili ostrym wstrz?sem elektrycznym poprzez metalow? pod?og?, na ktrej le?a?. Dwch stra?nikw - tym razem Rosjan - wkroczy?o, rozebra?o go i powlok?o za sob? do komory ?mierci, chocia? gdyby mu tylko pozwolili, mg?by sam pj??.
Oskar?yciel ju? czeka?.
- Przydzielono mnie do pa?skiej sprawy - powiedzia? - poniewa? wygl?da na to, ?e b?dzie pan sporym wyzwaniem. Ma pan bardzo ciekawy profil psychologiczny, panie Crove. Chcia?by pan zosta? bohaterem.
- Nie zdawa?em sobie z tego sprawy.
- Wykaza? pan to w sali s?dowej. Z pewno?ci? wie pan, zreszt? sugeruje to pa?skie drugie imi?, jak brzmia?y ostatnie s?owa jednego ze szpiegw podczas rewolucji ameryka?skiej, niejakiego Nathana Hole'a. Powiedzia?: ?a?uj?, ?e mam tylko jedno ?ycie, by odda? je dla mojego kraju". Odkryje pan, jak bardzo si? myli?. Powinien si? cieszy?, ?e ma tylko jedno ?ycie.
Zaczerpn?? tchu.
- Poniewa? aresztowali?my pana kilka tygodni temu w Rio de Janeiro, zd??yli?my ju? wyhodowa? ca?? seri? pa?skich klonw. Przyspieszyli?my ich rozwj, ale do dzisiaj przebywa?y w ?rodowisku bezwra?eniowym. Ich umys?y s? ca?kiem czyste. S?ysza? pan z pewno?ci? o somecu, panie Crove?
Jeny kiwn?? g?ow?. ?rodek usypiaj?cy ze statkw kosmicznych.
- W rym przypadku nie jest nam, oczywi?cie, potrzebny, panie Crove. Ale metoda rejestracji zawarto?ci umys?u, ktrej u?ywano
w lotach mi?dzygwiezdnych, okaza?a si? bardzo u?yteczna. Podczas egzekucji b?dziemy ca?y czas rejestrowa? stan pa?skiego mzgu. Wszystkie pa?skie wspomnienia zostan? do?? bezceremonialnie wt?oczone w g?ow? pierwszego klona, ktry natychmiast stanie si? panem. B?dzie jednak doskonale pami?ta? ca?e pa?skie ?ycie, ??cznie z chwil? ?mierci.
Przerwa?, czekaj?c, a? sens jego s?w dotrze do Jerry'ego. - W dawnych czasach ?atwo by?o zosta? bohaterem, panie Crove. Wtedy nie wiedzia?o si? na pewno, czym jest ?mier?. Czy jest wielkim snem, wielkim cierpieniem emocjonalnym, szybkim opuszczeniem cia?a przez dusz?... ?adna z tych mo?liwo?ci nie jest przesadnie dok?adna.
Jeny by? przera?ony. Oczywi?cie, s?ysza? ju? kiedy? o wielokrotnej ?mierci - podobno istnia?a ze wzgl?du na swe odstraszaj?ce dzia?anie. O?ywiaj? ci? i zabijaj? znowu, i znowu", jak wyczyta? w jakim? opowiadaniu grozy. Teraz wiedzia?, ?e jest prawdziwe. A przynajmniej chcieli, by w to wierzy?.
By? przera?onym rodzajem ?mierci, jaki dla niego wybrali: z haka w suficie zwisa?a p?tla. Mo?na by?o j? wci?ga? i opuszcza?, ale nie by?o ani ?ladu zapadni i szansy na szybki, gwa?towny upadek i skr?cenie karku. Jeny kiedy? niemal ud?awi? si? o?ci?. Wra?enie niemo?no?ci oddychania budzi?o w nim l?k.
- Jak mog? tego unikn??? - spyta?. D?onie mia? mokre od potu.
- Pierwszego razu w ?aden sposb - odpar? oskar?yciel. - Wi?c rwnie dobrze mo?e by? pan dzielny i przy tej okazji okaza? swj heroizm. Potem zrobimy panu prbne zdj?cia i zobaczymy, jak bardzo przekonuj?ca b?dzie pa?ska skrucha. Wie pan, jeste?my sprawiedliwi, staramy si? nie robi? takich rzeczy niepotrzebnie. Prosz? usi???.
Jeny usiad?. M??czyzna w bia?ym fartuchu za?o?y? mu na g?ow? metalowy he?m. Kilka igie? uk?u?o go w czaszk?.
- Pa?ski pierwszy klon w?a?nie uzyskuje ?wiadomo?? - poinformowa? oskar?yciel. - Ma ju? wszystkie pa?skie wspomnienia. W tej chwili prze?ywa pa?sk? panik?, czy te? raczej pa?skie prby odwagi. Niech pan si? skoncentruje na tym, co si? za chwil? stanie. B?dzie pan chcia? pami?ta? ka?dy szczeg?.
- Prosz? - odezwa? si? Jeny.
- Odwagi, m?ody cz?owieku. - Oskar?yciel u?miechn?? si? lekko. - W s?dzie by?e? znakomity. Oka? teraz nieco tego szlachetnego oporu.
Stra?nicy podprowadzili go do p?tli i za?o?yli mu j? na szyj? -ostro?nie, ?eby nie przesun?? he?mu. Zacisn?li mocno i zwi?zali mu r?ce na plecach. Szorstki sznur ?askota? w szyj?. Jeny czeka?, a? unios? go w powietrze. Napina? mi??nie szyi i stara? si? je usztywni?, chocia? wiedzia?, ?e to na nic. Kolana si? pod nim ugina?y. Wci?? czeka?, a? poci?gn? za lin?.
Pokj by? zwyczajny. Nie mia? na czym zatrzyma? wzroku, a oskar?yciel wyszed?. W ?cianie naprzeciw umieszczono lustro. Ledwie mg? na nie spojrze? bez odwracania ca?ego cia?a. By? pewien, ?e to okno obserwacyjne. Oczywi?cie, ?e b?d? patrze?. Mia? ochot? i?? do ?azienki.
Pami?taj, powtarza? sobie. Naprawd? nie umrzesz. Za chwil? obudzisz si? w innym pokoju. Ale cia?o nie by?o przekonane. Nie mia?o dla? znaczenia, ?e kiedy to wszystko si? sko?czy, jaki? Jerry Crove wstanie i odejdzie. Ten Jerry Crove na pewno zginie.
- Na co czekacie? - zapyta?, i jakby to by? sygna?, stra?nicy poci?gn?li lin? i unie?li go w powietrze.
Od samego pocz?tku by?o gorzej, ni? przypuszcza?. Sznur straszliwie mocno zaciska? szyj?; nie by?o mowy, ?eby mu si? opiera?. Z pocz?tku nie odczuwa? mocno braku powietrza - przypomina?o to nurkowanie ze wstrzymanym oddechem. Ale sam sznur sprawia? bl, uciska? szyj? tak, ?e Jerry chcia? krzykn?? z blu, ale g?os nie mg? si? przebi? przez gard?o.
Przynajmniej na pocz?tku.
Czu? jakie? szarpni?cia liny, podskakiwa? w gr? i w d?, kiedy stra?nicy przywi?zywali j? do haka w ?cianie. Raz nawet dotkn?? stopami ziemi.
Zanim jednak znieruchomia?, skutki duszenia by?y coraz silniejsze i zapomnia? o blu. Krew dudni?a mu w g?owie. Czu? obrzmiewaj?cy j?zyk. Nie potrafi? zamkn?? oczu. Marzy? o oddechu... Musia? odetchn??... Cia?o ??da?o powietrza.
Nie panowa? ju? nad nim. Wiedzia? przecie?, ?e nie potrafi si?gn?? pod?ogi, wiedzia?, ?e ?mier? b?dzie tylko chwilowa, ale teraz nie mia? ?adnego wp?ywu na mi??nie. Kopa? nogami i walczy?, by dosi?gn?? ziemi. R?ce napina?y wi?zy. Od tych wysi?kw tylko bardziej wytrzeszcza? oczy, wypychane ci?nieniem krwi nie mog?cej przep?yn?? przez p?tl?. Ale tylko coraz bardziej ?akn?? powietrza.
Nie by?o dla niego ratunku, lecz stara? si? wo?a? o pomoc. D?wi?k przebi? si? przez krta?, ale kosztem powietrza. Mia? wra?enie, ?e co? wpycha mu j?zyk do nosa. Kopa? coraz gwa?towniej, cho? ka?dy ruch przyspiesza? agoni?. Obraca? si? na linie, a? zobaczy? siebie w lustrze. Twarz mia? fioletow?.
Ile to jeszcze potrwa? Z pewno?ci? ju? nied?ugo! Ale trwa?o d?ugo.
Gdyby znalaz? si? pod wod? i wstrzymywa? oddech, na pewno ju? by zrezygnowa? i uton??.
Gdyby mia? pistolet i woln? r?k?, zabi?by si? natychmiast, by sko?czy? z cierpieniem i zwyk?ym fizycznym przera?eniem przed brakiem tchu. Ale nie mia? pistoletu, nie mg? nabra? powietrza, krew dudni?a mu w g?owie, a oczy widzia?y wszystko w odcieniach czerwieni. A? wreszcie nie widzia? ju? nic.
Nic, oprcz tego, co dzia?o si? w jego umy?le, a by? tam chaos, jak gdyby ?wiadomo?? szale?czo stara?a si? znale?? jaki? sposb wyj?cia z tej sytuacji. Ci?gle widzia? siebie w strumyku za domkiem, do ktrego wpad? jako dziecko; kto? rzuca? mu lin?, ale nie mg?, nie potrafi? jej z?apa?. I nagle ta lina owin??a si? wok? jego szyi i wci?gn??a go pod wod?.
Czarne p?atki k?u?y w oczy. Cia?o obrzmia?o, a potem wybuch?o; jelita, p?cherz i ?o??dek wyrzuci?y ca?? zawarto??, tyle ?e wymioty stan??y w gardle i parzy?y.
Dr?enia cia?a zmieni?y si? w konwulsyjne szarpni?cia i spazmy. Przez moment Jerry czu?, ?e osi?ga tak oczekiwany stan nie?wiadomo?ci. A potem nagle odkry?, ?e ?mier? nie jest takim dobrodziejstwem.
Nie istnieje co? takiego, jak spokojne odej?cie we ?nie, nic takiego, jak natychmiastowa ?mier? czy te? ?mier? ?askawie ko?cz?ca bl.
?mier? zbudzi?a go z nie?wiadomo?ci -by? mo?e na czas jednej dziesi?tej sekundy, ale ta jedna dziesi?ta sekundy rozci?gn??a si? w wieczno??. W jej trwaniu do?wiadczy? niesko?czonej agonii zbli?aj?cego si? nieistnienia. ?ycie nie przemkn??o mu przed oczami, natomiast brak ?ycia eksplodowa? i Jerry do?wiadczy? w duchu blu i strachu wi?kszego ni? wszystko, co przynios?o powieszenie.
A potem umar?.
Przez chwil? zawis? w przedpieklu: nie czu? i nie widzia? niczego. P?niej w oczy zak?u?o ?wiat?o i zdarto mu ze skry cienk? piank?. Oskar?yciel sta? przed nim i patrzy?, jak dyszy, prbuje wymiotowa? i chwyta si? za gard?o. Sama mo?liwo?? oddechu wydawa?a si? nieprawdopodobna. Gdyby mia? za sob? tylko duszenie, mg?by teraz odetchn?? z ulg? i powiedzie?: prze?y?em to raz i ju? nie boj? si? ?mierci. Ale duszenie to nic, duszenie by?o tylko preludium. I nadal ba? si? ?mierci.
Zmusili go, by wszed? do pokoju, gdzie umar?. Zobaczy? swoje cia?o o poczernia?ej twarzy, zwisaj?ce z sufitu, wci?? z he?mem na g?owie i wysuni?tym j?zykiem.
- Odetnij to - poleci? oskar?yciel.
Przez chwil? Jerry czeka?, a? ktry? z ?o?nierzy us?ucha rozkazu. Ale oni tylko wr?czyli mu n?.
Wci?? pami?taj?c swoj? ?mier?, Jerry odwrci? si? i zaatakowa? oskar?yciela, jednak stra?nik chwyci? go mocno za r?k?, a drugi przy?o?y? pistolet do g?owy.
- Chcesz tak szybko umrze? znowu? - spyta? oskar?yciel. Jerry j?kn??, uj?? n? i sprbowa? odci?? siebie z liny. Musia? stan?? na palcach, ?eby si?gn?? powy?ej w?z?a. Musia? stan?? tak blisko cia?a, ?e go dotyka?. Smrd by? nie do wytrzymania. I fakt, ?e ?mier? by?a nieunikniona. Jerry ca?y dr?a? i z trudem panowa? nad r?kami, lecz w ko?cu odci?? lin? i zw?oki spad?y na ziemi?, powalaj?c go. Rami? upad?o mu na nogi, a twarz spojrza?a mu prosto w oczy.
Jerry krzykn??.
- Widzisz kamer?? Skin?? g?ow? w ot?pieniu.
- Spojrzysz w obiektyw i przeprosisz za wszystko, co zrobi?e? przeciwko rz?dowi, ktry zaprowadzi? pokj na ?wiecie.
Jerry kiwn?? g?ow?, a prokurator rzuci?: - Mw.
- Drodzy Amerykanie - zacz?? Jerry. - Bardzo mi przykro. Pope?ni?em straszliwy b??d. Myli?em si?. Nie mam nic przeciwko Rosjanom. Pozwoli?em, ?eby zgin?? niewinny cz?owiek. Wybaczcie mi. Rz?d by? dla mnie bardziej ?askawy, ni? na to zas?uguj?.
I tak dalej. Jerry papla? przez ca?? godzin?, t?umacz?c, ?e by? pod?y, ?e jest winny, ?e jest zupe?nie bezwarto?ciowym cz?owiekiem, a rz?d tylko Bogu ust?puje dobroci?.
A kiedy sko?czy?, wrci? oskar?yciel i pokr?ci? g?ow?.
- Panie Crove, na pewno potrafi pan to zrobi? lepiej. ?aden z widzw nawet przez moment panu nie uwierzy?. Nikt z prbnej widowni, nawet jedna osoba nie uzna?a, ?e mwi pan szczerze. Nadal pan uwa?a, ?e ten rz?d nale?y obali?. Musimy wi?c powtrzy? kuracj?.
- Mo?e sprbuj? wyzna? to jeszcze raz.
- Zdj?cia prbne to zdj?cia prbne, panie Crove. Musimy lepiej zaznajomi? pana ze ?mierci?, zanim pozwolimy panu zaanga?owa? si? w ?ycie.
Tym razem Jeny wrzeszcza? od samego pocz?tku. Nawet nie prbowa? udawa? odwa?nego. Obwi?zali go pod pachami i zawiesili nad d?ugim cylindrem pe?nym wrz?cego oleju. Opuszczali powoli. ?mier? nadesz?a, gdy olej si?ga? mu do piersi. Do tego czasu nogi mia? ju? ca?kiem ugotowane, a mi?so du?ymi kawa?ami odchodzi?o od ko?ci.
Potem kazali mu wrci?, i kiedy olej by? ju? dostatecznie ch?odny, wy?owi? wszystkie kawa?ki w?asnego cia?a.
Tym razem szlocha?, wyznaj?c swe winy, lecz prbna widownia pozosta?a nieprzekonana.
- Ten facet oszukuje - mwili. - Nie wierzy w ani jedno swoje s?owo.
- Mamy problem - wyzna? oskar?yciel. - Po ?mierci wydaje si? pan ch?tny do wsp?pracy, ale ma pan pewne opory. Nie mwi pan z g??bi serca. Musimy jeszcze raz panu pomc.
Jerry wrzasn?? i rzuci? si? na oskar?yciela. Kiedy stra?nicy go odci?gn?li, a oskar?yciel rozciera? rozbity nos, Jerry krzycza?:
- Oczywi?cie, ?e k?ami?! Cho?by?cie zabili mnie nie wiem ile razy, nie zmieni to faktu, ?e ten rz?d w?ada g?upcami, a sk?ada si? ze zbrodniczych i k?amliwych drani!
- Wr?cz przeciwnie - odpar? oskar?yciel, staraj?c si? zachowa? dobre maniery i uprzejmy wyraz twarzy mimo ?ciekaj?cej mu z nosa krwi. - Je?li zabijemy pana dostateczn? ilo?? razy, ca?kowicie zmieni pan zdanie.
- Nie zmienicie prawdy!
- Zmienili?my j? dla ka?dego, kto przez to przeszed?. A nie jest pan pierwszym, ktry dotar? do trzeciego klona. Ale tym razem, panie Crove, niech pan nie zapomina o bohaterstwie.
Obdarli go ?ywcem ze skry, zaczynaj?c od r?k i ng, wykastrowali go, a potem zdarli skr? z brzucha oraz piersi. Umar? w milczeniu, kiedy rozci?li mu krta?. Nie, nie w milczeniu, tyle ?e bez g?osu. Odkry?, ?e nawet bez g?osu mo?e szeptem wydawa? krzyk, ktry dzwoni? mu w uszach, kiedy si? zbudzi? i musia? przenie?? swe pokrwawione zw?oki do sk?adnicy odpadkw. Raz jeszcze wyzna? swoje winy, lecz widownia nie by?a przekonana.
Powoli rozgnietli go na miazg?, a kiedy si? zbudzi?, musia? zeskroba? krew z t?oka, ale widownia stwierdzi?a tylko: kogo ten czubek chce oszuka??
Wypruli mu flaki i spalili na jego oczach. Zarazili go w?cieklizn? i pozwolili, by umiera? przez dwa tygodnie. Ukrzy?owali go i odczekali, a? zginie z wycie?czenia i pragnienia. Dwana?cie razy zrzucili go z dachu jednopi?trowego budynku, dopki nie umar?.
A jednak widownia wiedzia?a, ?e Jeny Crove nie ?a?uje za swoje winy.
- Wielki Bo?e, Crove, my?li pan, ?e jak d?ugo jeszcze to wytrzymam? - zapyta? oskar?yciel.
Nie wydawa? si? ju? weso?y. Jerry pomy?la?, ?e wygl?da na zrozpaczonego.
- Robi si? to dla pana k?opotliwe? - zapyta?, wdzi?czny za t? rozmow?, gdy? oznacza?a, ?e ma jeszcze kilka minut do nast?pnej ?mierci.
- Za jakiego cz?owieka mnie pan uwa?a? Powtarzam sobie: i tak za chwil? przywrcimy go do ?ycia, ale nie po to zaj??em si? t? prac?, ?eby wymy?la? nowe ohydne sposoby mordowania ludzi.
- Nie podoba si? to panu? A przecie? ma pan taki naturalny talent.
Oskar?yciel spojrza? ostro.
- Czy?by ironia? Potrafi pan jeszcze ?artowa?? Czy ?mier? nic dla pana nie znaczy?
Jerry zamruga? tylko, prbuj?c powstrzyma? ?zy, ktre ostatnio co kilka minut nieproszone nap?ywa?y mu do oczu.
- Crove, to sporo kosztuje. My?li pan, ?e to wszystko jest tanie? Wydali?my na pana dok?adnie miliardy rubli. To masa pieni?dzy, nawet uwzgl?dniaj?c inflacj?.
- W bezklasowym spo?ecze?stwie pieni?dze nie s? potrzebne.
- Co to ma znaczy?, do cholery? Teraz prbuje si? pan buntowa?? Teraz prbuje pan by? bohaterem?
- Nie.
- Nic dziwnego, ?e musieli?my pana zabi? osiem razy! Ci?gle wymy?la pan chytre argumenty przeciwko nam!
- Przykro mi. Bg ?wiadkiem, ?e mi przykro.
- Poprosi?em, ?eby zwolnili mnie z tego zadania. Najwyra?niej nie potrafi? pana z?ama?.
- Z?ama? mnie! Tak jakbym sam nie marzy?, ?eby si? z?ama?.
- Zbyt wiele nas pan kosztuje. Sk?anianie przest?pcw, ?eby przekonuj?co kajali si? w telewizji, przynosi wyra?ne zyski. Ale pan staje si? zbyt drogi. Stosunek kosztw do zyskw ju? jest ?mieszny. Jest pewna granica sumy, jak? mo?emy na pana wyda?.
- Znam sposb, ?eby?cie zaoszcz?dzili pieni?dze.
- Ja te?. Prosz? przekona? t? przekl?t? publiczno??!
- Kiedy nast?pnym razem mnie zabijecie, nie zak?adajcie mi he?mu.
Oskar?yciel wydawa? si? zaszokowany.
- To by by?a kara g?wna. Jeste?my humanitarnym rz?dem. Nikogo nie zabijamy na sta?e.
Strzelili mu w brzuch i pozwolili wykrwawi? si? na ?mier?. Zrzucili go ze ska?y do morza. Pozwolili, ?eby rekin zjad? go ?ywcem. Powiesili go za nogi tak, ?e g?ow? mia? tu? pod wod?. Kiedy w ko?cu si? zm?czy?, trzymaj?c j? nad powierzchni?, uton??.
Ale przy tym wszystkim Jerry coraz bardziej przyzwyczaja? si? do cierpienia. Umys? nauczy? si? w ko?cu, ?e ?aden z tych zgonw nie jest trwa?y. Teraz, kiedy nadchodzi?a chwila ?mierci, to cho? nadal by?a straszna, znosi? j? lepiej. Mniej krzycza?, spokojniej do tego podchodzi?. Przyspiesza? nawet ca?y proces, ?wiadomie wci?gaj?c do p?uc wielkie porcje wody, ?wiadomie machaj?c r?kami, by zwabi? rekina. Kiedy kazali stra?nikom skopa? go na ?mier?, wrzeszcza? mocniej", dopki nie straci? g?osu.
Kiedy wreszcie zarz?dzili prbne zdj?cia, gor?czkowo t?umaczy? widowni, ?e rosyjski rz?d to najstraszniejsze imperium, jakie zna? ?wiat, poniewa? tym razem na zewn?trz nie pozosta?o ju? ?adne miejsce, z ktrego mogliby przyj?? barbarzy?cy, i poniewa? omamili najbardziej wolny nard w historii i przekonali go, ?eby pokocha? niewol?. Mwi? z g??bi serca - nienawidzi? Rosjan i kocha? pami?? o tym, ?e kiedy? w Ameryce panowa?y wolno??, prawo i sprawiedliwo??.
Oskar?yciel wszed? do pokoju poszarza?y na twarzy.
- Ty draniu - powiedzia?.
- Aha. Czy to znaczy, ?e tym razem przekaz by? na ?ywo?
- Dla stu lojalnych obywateli. A ty zdemoralizowa?e? ich wszystkich z wyj?tkiem trzech.
- Zdemoralizowa?em?
- Przekona?e? ich.
Po chwili milczenia oskar?yciel usiad? i ukry? twarz w d?oniach.
- Straci pan prac?? - spyta? Jeny.
- Oczywi?cie.
- Przykro mi. By? pan w tym dobry. Oskar?yciel spojrza? na niego z nienawi?ci?.
- Nikt jeszcze nigdy dot?d nie zawid? przy takim zleceniu. I nigdy nie musia?em nikogo prowadzi? dalej ni? do drugiej ?mierci. Pan zgin?? dwana?cie razy, Crove, i ju? si? pan przyzwyczai?.
- Nie chcia?em tego.
- Jak pan to robi?
- Nie wiem.
- Co z pana za zwierz?, Crove? Nie potrafi pan wymy?li? k?amstwa i w nie uwierzy??
Crove zachichota?. (Za dawnych czasw na tym poziomie rozbawienia zarycza?by ze ?miechu. Ale przyzwyczajony do ?mierci czy nie, mia? blizny. Ju? nigdy g?o?no si? nie roze?mieje.)
- To by?a moja praca jako dramatopisarza. ?wiadome zawieszenie niewiary.
Drzwi otworzy?y si? i wszed? wa?ny z wygl?du m??czyzna w obwieszonym medalami wojskowym mundurze, a zanim czterech rosyjskich ?o?nierzy. Oskar?yciel westchn?? i wsta?.
- ?egnaj, Crove.
- Do widzenia - odpar? Jerry.
- Jest pan bardzo silnym cz?owiekiem.
- Pan rwnie?. Oskar?yciel wyszed?.
?o?nierze zabrali Jerry'ego z wi?zienia w ca?kiem inne miejsce. Do du?ego kompleksu budynkw na Florydzie. Cape Canaveral. Skazali go na wygnanie, u?wiadomi? sobie Jerry.
- Jak tam jest? - zapyta? technika, ktry przygotowywa? go do lotu.
- A kto to wie? - odpar? tamten. - Nikt jeszcze nie wrci?. Do diab?a, nikt nawet nie dotar? na miejsce.
- Kiedy zasn? na somecu, czy nie b?d? mia? k?opotw z przebudzeniem?
- W laboratoriach, tutaj na Ziemi, nie. Ale tam... Kto mo?e wiedzie??
- Ale my?li pan, ?e prze?yjemy?
- Wysy?aj? was na planety, ktre wygl?daj? na zdatne do zamieszkania. Je?li nie, to trudno. Najgorsze, co mo?e wam si? zdarzy?, to ?e zginiecie.
- Tylko tyle? - mrukn?? Jerry.
- Prosz? si? po?o?y?, a ja zapisz? stan pa?skiego mzgu. Jerry po?o?y? si? i he?m raz jeszcze zarejestrowa? jego my?li.
Nie mo?na si? od tego powstrzyma?, u?wiadomi? sobie Jerry. Kiedy cz?owiek wie, ?e jego my?li s? nagrywane, nie mo?e si? nie stara?, by pomy?le? o czym? wa?nym. Jakby wyst?powa? na scenie. Tyle ?e widownia sk?ada si? tylko z jednej osoby. Jego samego, kiedy si? obudzi.
A my?la? tak: pasa?erowie tego kosmolotu i innych, ktre zosta?y czy zostan? wys?ane, aby kolonizowa? wi?zienne ?wiaty, nie s? tymi, za kogo uwa?aj? ich Rosjanie. To prawda, wi??niowie wys?ani na gu?agowych statkach b?d? lecieli ca?e wieki, zanim wyl?duj?. Wielu, mo?e nawet wi?kszo??, nie prze?yje. Ale niektrym si? uda.
Mnie si? uda, my?la? Jerry, gdy he?m odczytywa? wzorce jego mzgu i przekazywa? je na ta?m?.
Gdzie? tam Rosjanie tworz? w?asnych barbarzy?cw. Ja b?d? Hunem Attyl?. Moje dziecko b?dzie Mahometem, a wnuk D?yngis-chanem.
Pewnego dnia jeden z nas spali Rzym.
Kiedy wstrzykn?li mu somec, ktry ogarn?? go wielk? fal? i zabra? mu ?wiadomo??, Jerry zdumiony zrozumia?, ?e to tak?e jest ?mier?, ale ?mier? oczekiwana. Nie przeszkadza?a mu. Poniewa?, kiedy tym razem si? obudzi, b?dzie wolny.
Nuci? weso?o, dopki pami?ta?, jak si? nuci. A potem jego cia?o z setk? innych u?o?yli na statku i wypchn?li w kosmos, gdzie mieli niesko?czenie spada? w gr?, do gwiazd. Do domu.
2. KLA?NIJ I ZA?PIEWAJ

Na ekranie jaki? kaleka krzycza? do kobiety, przekonuj?c j?, ?e nie powinna ucieka?. Wymachiwa? certyfikatem:
- Jestem zarejestrowanym gwa?cicielem, do diab?a! - wo?a?, -Nie uciekaj tak szybko! Musisz uwzgl?dni? prawa niepe?nosprawnych.
Bieg? za ni?, dziwacznie kulej?c na lew? nog?. Gigantyczna proteza fallusa ko?ysa?a si? wariacko, niczym uszkodzone ?mig?o, ktra jako? nie potrafi zastartowa?. Widownia ?mia?a si? ob??ka?czo. C? za zabawna, ?mieszna scena!
Stary Charlie siedzia? przygarbiony w fotelu i czu? si? tak przypadkowy i niewzruszony jak pozosta?o?? lodowca. Jestem tu przypadkiem, ale nigdy si? nie poruszam. Nie wy??cza? telewizora. Widownia znowu wybuchn??a ?miechem. Nagrane czy na ?ywo? Po osiemdziesi?ciu latach ogl?dania telewizji Charlie nie umia? ju? tego odgadn??. To nie znaczy, ?e nagrany ?miech sta? si? bardziej rzeczywisty: to raczej prawdziwy ?miech zmieni? si? w taki blaszany i sztuczny. Jak gdyby by? nastawiony, ?eby wybuchn?? akurat teraz, niewa?ne, co si? stanie, a biedni aktorzy staraj? si?, ?eby wykona? swoje gagi w odpowiedniej chwili, ale zawsze robi? to odrobin? za wcze?nie lub za p?no.
- Ju? p?no - powiedzia? telewizor.
Charlie ockn?? si?, lekko zdziwiony, ?e program si? zmieni?. Teraz by?a to demonstracja wygodnej elektrycznej pompki do piersi, pozwalaj?cej magazynowa? mleko matki na chwile, kiedy nie mo?e by? przy dziecku.
- Ju? p?no.
- Cze??, Jock - mrukn?? Charlie.
- Nie zasypiaj znowu przed telewizorem, Charlie.
- Daj mi spokj, ?wintuchu - odpar? Charlie. A potem doda?: -No dobrze, wy??cz go.
Nie sko?czy? jeszcze zdania, gdy ekran telewizora zamigota?, pobiela?, a potem pojawi?a si? na nim sta?a wiosenna scena, ktra oznacza?a wy??czony". Ale w tym migotaniu Charlie mia? wra?enie, ?e dostrzega... kogo? Imi?? Z dalekiej przesz?o?ci. Dziewczyn?. Zanim przypomnia? sobie jej imi?, nadesz?o wspomnienie: ma?a d?o?, spoczywaj?ca lekko na jego kolanie, kiedy siedzieli obok siebie - tak lekka, jak d?ugonogi komar na wodzie. We wspomnieniu nie odwrci? si?, by na ni? spojrze?, rozmawia? z kim? innym. Ale wiedzia? dok?adnie, gdzie by si? znajdowa?a, gdyby spojrza?. Drobna, z mysimi w?osami, jej twarz jednak zawsze nale?a?a do ma?ej Juliet. Nie Juliet, nie tak mia?a na imi?, cho? we wspomnieniach by?a w jej wieku. Ja jestem Charlie, pomy?la?. A ona to Rachel.
Rachel Carpenter. Do niej nale?a?a twarz, ktr? w migotaniu ekranu przywo?a? przypadkowy rozb?ysk ?wiat?a. Dlatego przypomnia? sobie Rachel, kiedy podnosi? z fotela podstarza?e cia?o; my?la? o Rachel, kiedy ?ci?ga? ubranie z kruchego szkieletu, delikatnie, ?eby jaki? gwa?towny ruch nie zdar? pomarszczonej skry niczym celofanu.
A Jock, ktry oczywi?cie nie wy??czy? si? razem z telewizorem, wyrecytowa?:
- Cz?ek stary marn? jest istot?, niczym na wieszaku p?aszcz z wytartej we?ny.
- Zamknij si? - rozkaza? Charlie.
- Chyba ?e dusza kla?nie.
- Powiedzia?em, zamknij si?!
- I za?piewa, za?piewa z ochot? dla ka?dej fa?dy i zmarszczki na szacie ?miertelnej.
- Sko?czy?e?? - spyta? Charlie.
Wiedzia?, ?e Jock sko?czy?, w ko?cu sam go zaprogramowa?, ?eby co wieczr recytowa? ten w?a?nie fragment, w chwili gdy jego szorty opadaj? na pod?og?.
Sta? nagi na ?rodku pokoju i wspomina? Rachel, o ktrej nie my?la? od lat. Na tym polega?a sztuczka staro?ci: ?e ten pokj tak ?atwo znika?, a na jego miejscu pojawia?y si? wspomnienia. Zrobi?em maj?tek na maszynach czasu, pomy?la?. A teraz odkrywam, ka?dy stary cz?owiek sam jest tak? maszyn?.
Sta? nagi. Nie, to tylko u?uda pami?ci, ktra czasem wyczynia takie sztuczki. Nie by? nagi. Tylko czu? si? tak, gdy Rachel siedzia?a obok niego w samochodzie. Jej g?os - niemal zapomnia?, jak brzmi - by? delikatny. Nawet kiedy krzycza?a, stawa? si? bardziej szeleszcz?cy. Wi?c kiedy krzykn??a, g?os by? jak wiatr: nie s?ysza? go, czu? tylko ch?d na nagiej skrze. Tym g?osem mwi?a teraz: kocha?am ci?, kiedy mia?am dwana?cie lat, i kiedy mia?am trzyna?cie, i czterna?cie. Ale kiedy wrci?e? z tej swojej zabawy w Boga w Sao Paulo, nie zadzwoni?e? do mnie. Wszystkie te listy, a potem milczenie przez trzy miesi?ce. Pomy?la?e?, wiedzia?am o tym, ?e by?am tylko dzieckiem i zakocha?am si? w... Imi?? Zapomniane imi?. Zakocha?am si? w jakim? ch?opcu. Od tego czasu traktowa?e? mnie jak... Jak? Nie, nigdy nie powiedzia?a smarkul?", nie tym g?osem. Trzeba usun?? troch? gniewu... teraz dobrze. Oto s?owa: Mog?e? mnie mie?, Charlie, ale teraz wszystko, do czego jeste? zdolny, to sprawi?, ?ebym cierpia?a. Jest za p?no, czas si? sko?czy?, wi?c przesta? mnie krytykowa?. Zostaw mnie sam?.
Od pocz?tku do ko?ca, wszystko w jednej pigu?ce. S?owa s? nie- wa?ne, u?wiadomi? sobie Charlie. Dwana?cie kobiet, w?rd nich jego ukochana zmar?a ?ona, wypowiada?o do niego te same s?owa. Za ka?dym razem brzmia?y rwnie p?aczliwie i nieciekawie. R?nica polega?a na tym, ?e kiedy mwi?y to inne, Charlie czu? si? odizolowany tysi?cznymi warstwami oboj?tno?ci. Ale kiedy Rachel mwi?a to do jego wspomnie?, sta? nagi po?rodku pokoju, a zimny wiatr osusza? pergamin jego pomarszczonej skry.
- Co si? sta?o? - spyta? Jock.
A tak, drogi komputerze, zmiana zachowania ograniczone; przyzwyczajeniami starca. Od razu podejrzewasz... Co? Atak ca? Blisk? ?mier?? Dezorientacj??
- Imi? - powiedzia? Charlie. - Rachel Carpenter.
- ?yje czy zmar?a?
Charlie skrzywi? si? znowu, tak jak za ka?dym razem, gdy Jock zadawa? to pytanie. A jednak by?o ono wa?ne i o wiele za cz?sto odpowied? brzmia?a: zmar?a.
- Nie wiem.
- ?ywych i zmar?ych mam w samych archiwach firmy dwa tysi?ce czterysta osiemdziesi?t.
- By?a dwunastolatk?, kiedy mia?em... dwadzie?cia lat. Tak, dwadzie?cia. Mieszka?a w Provo, w Utah. Jej ojciec by? pianist?. Mo?e kiedy doros?a, zosta?a aktork?. Marzy?a o tym.
- Rachel Carpenter. Urodzona w 1959. Provo, Utah. Ucz?szcza?a...
- Nie popisuj si?, Jock. Wysz?a za m???
- Trzykrotnie.
- I nie na?laduj moich manieryzmw. ?yje jeszcze?
- Zmar?a dziesi?? lat temu.
Oczywi?cie. Zmar?a. Sprbowa? j? sobie wyobrazi?... gdzie?
- Gdzie umar?a?
- To nieprzyjemne.
- Powiedz mimo wszystko. Mam dzi? wisielczy nastrj.
- W domu opieki dla psychicznie chorych.
W?a?ciwie to nic dziwnego. W ostatnich czasach ludzie ?yli cz?sto d?u?ej ni? ich umys?y. Ale to smutne. Zawsze by?a b?yskotliwa. My?li miewa?a czasem dziwaczne, ale prowadzi?y zwyk?e do czego? wartego tej cz?sto spl?tanej ?cie?ki. U?miechn?? si?, zanim sobie przypomnia?, z czego si? ?mieje. Tak. Patrze? kolanami. Gra?a Hellen Keller w Cudotwrczym" i powiedzia?a mu, jak wreszcie zrozumia?a, co to ?lepota.
- To nie jest tak, jak wida? czerwie? przy zamkni?tych powiekach, to wiedzia?am. To nawet nie to, co widzie? czer?. To jakby prbowa? widzie? tam, gdzie nigdy nie by?o oczu. Patrze? kolanami. Cho?by? nie wiem jak prbowa?, tam po prostu nie ma wzroku.
Polubi?a go, bo si? nie roze?mia?.
- Powiedzia?am bratu, ale ?mia? si? ze mnie - wyja?ni?a. Ale Charlie si? nie ?mia?.
To by? pocz?tek ??cz?cej ich sympatii, sympatii do tej dwunastolatki, ktra nigdy nie potrafi?a si? trzyma? normalnej, rozpoznawalnej ?cie?ki, ale musia?a brn?? w?asn? drog? przez krzaki g?ste i jaskrawe od kwiatw.
- My?l?, ?e Bg ju? dawno przesta? na nas zwraca? uwag? -powiedzia?a. - Tak samo jak Micha? Anio? nie chcia?by widzie?, jak maluj? na bia?o Kaplic? Syksty?sk?.
Wiedzia?, ?e to zrobi, zanim jeszcze zrozumia?, co takiego. Ona sko?czy?a w przytu?ku dla psychicznie chorych, a on - z najlepsz? opiek? medyczn?, jak? mo?na kupi? - sta? nagi w pokoju i przypomina? sobie czasy, kiedy nami?tno?? wci?? czai?a si? za kratami cnotliwo?ci i z wi?kszym prawdopodobie?stwem prowadzi?a do wiersza ni? do stosunku.
Przesadzi?e? z t? histori?, powiedzia? pomarszczonemu starcowi, ktry kpi? z niego w lustrze. Ona ci? kusi, bo si?. nudzisz. Szukasz pretekstu, bo jeste? okrutny. Po??dasz jej, bo twj stary fiut ni? jest ju? do niczego zdolny.
I us?ysza?, jak stary dra? odpowiada: zrobisz to, poniewa? mo?esz. Ze wszystkich ludzi na ?wiecie ty jeden.
Wyobrazi? sobie, ?e widzi, jak Rachel patrzy na niego, zachwycona, ?e jest pi?kna w wieku czternastu lat, ?mieje si? z ?artu losu, z wiedzy, ?e jest podziwiana przez cz?owieka, ktrego ona tak?e pragnie. ?miej si?, ile chcesz, zwrci? si? Charlie do tej wizji. Wtedy by?em dla ciebie za delikatny. Obawiam si?, ?e teraz wyma?? t? m?odzie?cz? dobro?.
- Wracam - powiedzia? g?o?no. - Znajd? mi jaki? dzie?.
- W jakim celu? - zapyta? Jock.
- To moja sprawa.
- Je?li nie znam twoich celw, jak mog? ci znale?? dzie?? A wi?c musia? to powiedzie?.
- Chc? j? mie?, je?li tylko zdo?am.
Nagle zad?wi?cza? cichy dzwonek i g?os Jocka zast?pi? inny.
- Ostrze?enie. Nielegalne wykorzystanie THIEF-a do manipulacji przesz?o?ci? dopuszczaj?cej zmiany tera?niejszo?ci.
Charlie u?miechn?? si?.
- Badania wykaza?y, ?e zmiana jest dopuszczalna. Kasacja. -I zamkni?cie programu: - Bizancjum.
- Ale? z ciebie sukinsyn - powiedzia? Jock.
- Znajd? mi dzie?. Dzie?, kiedy skutki b?d? najmniej drastyczne, kiedy mog?...
- Dwudziesty smy pa?dziernika tysi?c dziewi??set siedemdziesi?tego trzeciego.
To by?o wtedy, gdy wrci? po podpisaniu kontraktu z Sao Paulo. Sta? si? kapitalist?, zanim sko?czy? dwadzie?cia trzy lata. Ba? si? do niej zadzwoni?, poniewa?, na lito?? bosk?, mia?a dopiero czterna?cie lat.
- Jakie to b?dzie mia?o skutki dla niej, Jock?
- Sk?d mog? wiedzie?? A co to dla ciebie za r?nica? Raz jeszcze spojrza? w lustro.
- R?nica.
Nie zrobi? tego, powiedzia? sobie, wchodz?c do THIEF-a, najbardziej ostentacyjnego symbolu bogactwa: w?asny THIEF w prywatnym mieszkaniu. Nie zrobi? tego, postanowi? raz jeszcze, nastawiaj?c maszyn?, by zbudzi?a go za dwana?cie godzin, czy b?dzie tego chcia?, czy nie. Potem wspi?? si? na legowisko i naci?gn?? na g?ow? kaptur, zrozpaczony, ?e nawet to, nawet zrobienie jej takiej krzywdy, jest dla niego mo?liwe. Dawno temu odruchowo powstrzymywa? si? przed pewnymi czynami, gdy? wiedzia?, ?e s? nies?uszne. Och, co za czasy, pomy?la?. Ale wiedzia? te?, ?e sam si? ok?amuje. Ju? dawno zrezygnowa? ze s?uszno?ci i nies?uszno?ci, zadowalaj?c si? prostszymi normami skuteczno?ci i nieskuteczno?ci, dobroczynno?ci i szkodliwo?ci.
Podr?owa? ju? w THIEF-ie: odby? kilka typowych wypraw w przesz?o??. Wszed? w umys? kogo? z publiczno?ci na pierwszym wykonaniu Mesjasza" Haendla i s?ucha?. Ten biedak, ktrego uszy wykorzystywa?, niczego nie pami?ta?, a zatem przysz?o?? si? nie zmieni?a. To by?o bezpieczne: siedzie? w sali i s?ucha?. By? w umy?le farmera, odpoczywaj?cego przy wiejskiej drodze, kiedy przechodzi? Wordsworth. Zatrzyma? poet? i zapyta? go o nazwisko, a Wordsworth u?miechn?? si?; oboj?tny i ch?odny, zachwyca? si? okolic? bardziej ni? ci, ktrych praca stworzy?a to pi?kno. Ale to by?y podr?e legalne - Charlie nie zrobi? niczego, co mog?oby zmieni? bieg historii.
Tym razem jednak zmieni ?ycie Rachel. Oczywi?cie, nie w?asne, to niemo?liwe. Ale Rachel zapami?ta, co si? sta?o, a ta pami?? zepchnie j? ze ?cie?ki, ktr? powinna pod??a?. Mo?e tylko odrobin?, mo?e to nie b?dzie nic wa?nego. Mo?e po prostu znielubi go troch? wcze?niej lub troch? bardziej. Ale to i tak zbyt wielka zmiana, ?eby by?a legalna, gdyby go kto? przy?apa?.
Ale nie z?api? go. Nie Charliego. Nie cz?owieka, ktry posiada? THIEF-a, a wi?c mg? zdoby? ?wiat. Wszystko by?o zbyt tajne, zbyt wielu agentw wykorzystywa?o jego maszyn?, by uczestniczy? w najbardziej sekretnych naradach wroga. Zbyt cz?sto prokurator generalny przes?uchiwa? nagrania najdoskonalszych pods?uchw. Zbyt cz?sto politycy, ktrzy godzili si? zosta? d?u?nikami Charliego, otrzymywali zgod? na doprowadzenie przeciwnika do b??du, kosztuj?cego g?osy w wyborach. Wszystko to si?ga?o dalej, ni? pozwala?o prawo. Kto o?mieli si? narzeka?, je?eli teraz tak?e Charlie nagnie prawo dla w?asnych celw?
Nikt, oprcz Charliego. Nie mog? tego zrobi? Rachel, my?la?. A potem THIEF przenis? go wstecz do w?asnego umys?u, do w?asnego cia?a, dwudziestego smego pa?dziernika tysi?c dziewi??set siedemdziesi?tego trzeciego roku, o dziesi?tej, w?a?nie kiedy k?ad? si? do ??ka. By? troch? zm?czony, poniewa? o szstej rano obudzi? j go telefon z Brazylii.
Jak zawsze nast?pi?a chwila oporu, a potem spokj, kiedy jego ja?? z tamtego czasu odp?yn??a w nie?wiadomo??. Stary Charlie przej?? cia?o i spojrza? nie w przesz?o??, ale w tera?niejszo??.
Chwil? przedtem sta? przed lustrem, patrz?c na sw? pomarszczon? sm?tn? twarz. Teraz u?wiadamia? sobie, ?e patrzenie w lustro przed snem to przyzwyczajenie ca?ego ?ycia. Jestem narcyzem, mwi? sam do siebie, niepi?knym czcicielem w mojej w?asnej kaplicy. Tylko ?e teraz wcale nie jest taki brzydki. W wieku dwudziestu dwch lat cia?o wci?? ma j?drn?, m?od? skr?. Brzuch mi?kki, poniewa? nie jest atlet?, ale jest w nim jaka? gibko??, ktrej ju? d?ugo nie zachowa. Teraz s?abo pami?tane potrzeby, ktre pchn??y go do tej podr?y, znajduj? fizjologiczn? podstaw?. To, co by?o tylko wspomnieniem, teraz go rozpala.
Dzi? w nocy nie b?dzie spa?, niepr?dko. Ubiera si? znowu, ze zdziwieniem odkrywaj?c dziwaczne, kiedy? modne kolorowe koszule, szerokie u do?u spodnie i buty z pi?ciocentymetrowymi obcasami. Wielki Bo?e, i ja to nosi?em, my?li, a potem wk?ada ubranie. Rodzi- na nie zadaje pyta?; cicho schodzi na d? i siada do samochodu. W gara?u ?mierdzi benzyn?- zapach nostalgiczny jak bez i woskowe ?wiece.
Wci?? pami?ta drog? do domu Rachel, chocia? zaskakuj? go nie zbudowane jeszcze budynki, niewybrukowane drogi i skrzy?owania bez ?wiate?; wie zreszt?, ?e wkrtce je uzyskaj?. Ju? powinny mie?; patrzy na zegarek, to pewnie odruch cia?a, w ktrym si? znalaz?, poniewa? on od dziesi?cioleci nie nosi zegarka. Rami? jest opalone brazylijskim s?o?cem. Nie ma starczych plam ani b??kitnych ?y?, wykre?laj?cych z?o?one mapy pod skr?. Jest wp? do jedenastej. Na pewno posz?a ju? do ??ka.
Niemal go to powstrzymuje. W jego osobistym katalogu grzechw nie zachowa?o si? wiele, ale to z pewno?ci? tak. Spojrza? w siebie, by znale?? wol? i oprze? si? ??dzom wy??cznie dlatego, ?e jego spe?nienie zrani inn? osob?. Zapomnia? ju?, jak si? to robi. Tak dok?adnie zapomnia?, ?e nie mo?e znale?? powodu do oporu.
Pal? si? ?wiat?a, a jej matka, pani Carpenter, niemodna i rozkoszna, roztrzepana w najbardziej czaruj?cy sposb, otwiera drzwi podejrzliwie, ale rozpoznaje go.
- Charlie - wo?a.
- Czy Rachel jeszcze nie ?pi?
- Daj mi minut?, a nie b?dzie!
Czeka, czuje w ?o??dku mrowienie wyczekiwania. Nie jestem prawiczkiem, przypomina sobie, ale cia?o tego nie wie. Cia?o jest napi?te, poniewa? nie uformowa?o jeszcze odruchw pozbawionej znaczenia nami?tno?ci, ktr? Charlie zna a? nazbyt dobrze. I wreszcie Rachel schodzi po schodach. S?yszy, jak tupie po drewnianych stopniach, potem zatrzymuje si? i idzie dalej powoli, udaj?c, ?e si? nie spieszy. Pojawia si? zza rogu, patrzy na niego.
Jest w wyblak?ym szlafroku... Nie pami?ta, ?eby j? w nim kiedy? widzia?. W?osy ma rozczochrane, a po oczach wida?, ?e spa?a.
- Nie chcia?em ci? budzi?.
- Jeszcze nie zd??y?am zasn??. Zreszt? pierwsze dziesi?? minut i tak si? nie liczy.
U?miecha si?. ?zy staj? mu w oczach. Tak, mwi bezg?o?nie. To jest Rachel. W?ska twarz, skra tak przejrzysta, ?e mo?e zajrze? w ni? jak w nefryt, smuk?e ramiona poruszaj? si? nie?mia?o z nie?wiadom? gracj?.
- Nie mog?em si? doczeka?, ?eby ci? zobaczy?.
- Jeste? w domu od trzech dni. My?la?am, ?e zadzwonisz. U?miecha si?. W rzeczywisto?ci nie zadzwoni do niej jeszcze
przez d?ugie miesi?ce. Ale t?umaczy:
- Nie znosz? telefonw. Chc? z tob? porozmawia?. Wyjdziesz na przeja?d?k??
- Musz? zapyta? mamy.
- Zgodzi si?.
Zgadza, si?. ?artuje i mwi, ?e ufa Charliemu. A Charlie, ktrego ona zna, jest godny zaufania. Ale nie ja, my?li Charlie. Oddajesz swoje brylanty w r?ce z?odzieja.
- Jest zimno? - pyta Rachel.
- Nie w samochodzie.
Dlatego nie bierze p?aszcza. Nie szkodzi. Nocny wiatr nie jest ch?odny.
Charlie zaczyna, gdy tylko zamykaj? si? za nimi drzwi. Obejmuje j? w talii. Rachel nie odsuwa si?, nie przyjmuje tego oboj?tnie. Nigdy wcze?niej tak si? nie zachowywa?, poniewa? ona ma tylko czterna?cie lat, jest dzieckiem, ale wtula si? w niego, kiedy id?, jakby robi?a to wcze?niej setki razy. Zaskakuje go, jak zawsze.
- T?skni?em za tob? - mwi.
Ona u?miecha si?, a w oczach b?yszcz? jej by.
- Ja te? za tob? t?skni?am.
Rozmawiaj?c niczym. I bardzo dobrze. Charlie niewiele pami?ta z wyprawy do Brazylii, nie pami?ta, co robi? przez trzy dni od powrotu. ?aden k?opot; wydaje si?, ?e ona chce mwi? tylko o dzisiejszym wieczorze. Jad? do zamku, a Charlie opowiada jego histori?. Wyczuwa ironi? tego faktu. W ko?cu to z jej powodu zna t? histori?. Za kilka lat Rachel b?dzie cz?onkiem zespo?u teatralnego, ktry wykorzysta zamek jako publiczny amfiteatr. Teraz jednak budowla z wolna popada w ruin?. Pomnik dawnego biura robt publicznych, wielki zamek z wie?yczkami i parapetami z miejscowego kamienia. Jest w?asno?ci? stanowego szpitala dla psychicznie chorych, lecz prawie nikt o tym nie wie. S? sami, kiedy wysiadaj? z samochodu i po krusz?cych si? stopniach przechodz? na kamienn? scen?.
Rachel jest oczarowana. Staje po?rodku sceny, twarz? do ?awek. Charlie patrzy, jak podnosi r?k?, a monolog zastyga jej na wargach. Przypomina co? sobie... Tak, tym gestem ?egna?a opiekunk? w Romeo i Julii". Nie ?egna?a. Raczej po?egna. Ale gest ju? w niej tkwi, czeka, a? wydob?dzie go ta scena.
Odwraca si? do niego i u?miecha, gdy? miejsce jest obce i dziwne, nie pasuje do Provo, ale pasuje do niej. Powinna si? urodzi? w renesansie, mruczy cicho Charlie. Rachel s?yszy go. Musia? powiedzie? to g?o?no.
- Powinna? nale?e? do wieku, gdzie muzyka by?a czysta i delikatna, a kobiety nie u?ywa?y makija?u. Nikt nie mg?by si? z tob? rwna?.
?mieje si? z tej pr?no?ci.
- T?skni?am za tob? - mwi.
Dotyka jej twarzy. Rachel nie odsuwa si?. Przytula policzek do jego d?oni, a Charlie wie, ?e ona rozumie, po co j? tutaj przywiz? i co chce zrobi?.
Piersi ma kszta?tne, cho? ma?e, po?ladki ch?opi?ce, szczup?e, jedyne w?osy na ciele to te, ktre opadaj? na ramiona, ktre trzeba odgarn?? z twarzy, ?eby znw j? poca?owa?.
- Kocham ci? - szepcze Rachel. - Kocham ci? przez ca?e ?ycie.
Jest dok?adnie tak, jak w marzeniach, tyle ?e cia?o jest namacalne, ekstaza rzeczywista, wiatr coraz ch?odniejszy, kiedy Rachel znw si? ubiera. Nie rozmawiaj? ju?, kiedy odwozi j? do domu. Jej matka zasn??a na sofie w saloniku ze stronicami Daily Heralda" u stp. Dopiero wtedy Charlie przypomina sobie, ?e dla Rachel przyjdzie jutro, a jutro on nie zadzwoni. Nie zadzwoni przez trzy miesi?ce, a ona go znienawidzi.
Prbuje to za?agodzi?. Prbuje, mwi?c:
- Niektre rzeczy mog? si? przydarzy? tylko raz.
Co? takiego mg?by wtedy powiedzie?. Ale ona k?adzie mu palec na wargach i mwi:
- Nigdy nie zapomn?.
Potem odwraca si? i idzie w stron? matki, aby j? zbudzi?. Ogl?da si? jeszcze i daje znak Charliemu, ?eby wyszed?; macha do niego. On te? ?egnaj? skinieniem, zamyka za sob? drzwi i wraca do domu. Le?y w ??ku, nie mog?c zasn?? - w ??ku, ktre jest dla niego jak samo dzieci?stwo. Chcia?by, ?eby to trwa?o wiecznie. Powinno trwa? wiecznie, my?li. Ona nie jest dzieckiem. Nie by?a dzieckiem, powinno to brzmie?, gdy? THIEF przerzuca go do domu.
- Co si? sta?o, Charlie? - zapyta? Jock.
Charlie zbudzi? si?. Min??o kilka godzin, odk?d THIEF sprowadzi? go z powrotem. By?a noc. Charlie u?wiadomi? sobie, ?e p?aka? przez sen.
- Nic - odpar?.
- P?aczesz, Charlie. Nigdy jeszcze nie widzia?em ci? p?acz?cego.
- Wsad? sobie milion woltw, Jock. Mia?em sen.
- Jaki sen?
- Zniszczy?em j??
- Nie, wcale nie.
- Zachowa?em si? jak pod?y egoista.
- Zrobi?by? to jeszcze raz. Ale nie zrani?e? jej.
- Mia?a tylko czterna?cie lat.
- Wcale nie.
- Jestem zm?czony. Spa?em. Daj mi spokj.
- Charlie, skrupu?y nie s? w twoim stylu.
Charlie, nad?sany, naci?gn?? koc na g?ow? i zastanawia? si?, czy ta dzieci?ca reakcja to nie kolejny dowd, ?e dziecinnieje na staro??.
- Charlie, opowiem ci bajk? na dobranoc.
- Wykasuj? ci?.
- Bardzo dawno, dziesi?? lat temu, pewna stara kobieta imieniem Rachel Carpenter z?o?y?a pro?b? o jeden dzie? z w?asnej przesz?o?ci. To by? dzie? z kim?, a dok?adnie dzie? z tob?. System wywo?a? mnie rutynowo, jak zawsze, kiedy pojawia si? twoje nazwisko.
Znalaz?em jej ten dzie?. Chcia?a odwiedzi? ten czas i prze?y? jeszcze raz dobry dzie?. By?em zdziwiony, Charlie. Nie wiedzia?em, za w twoim ?yciu by?y dobre dni.
Program ju? zbyt d?ugo tkwi? w Jocku. Wiedzia?, jak mu dogry??.
- I rzeczywi?cie nie by?o dni tak dobrych, jak sobie to wyobra?a?a - podj?? Jock. - Jedynie oczekiwanie i rozczarowanie. Tyle tylko potrafi?e? da?, Charlie. Oczekiwanie i rozczarowanie. . - Wiedzia?em, ?e mnie nie zawiedziesz.
- Ta kobieta by?a w przytu?ku dla psychicznie chorych. Dlatego da?em jej ten dzie?. Tylko zamiast rozczarowania czy obietnic, o ktrych wiedzia?a, ?e nie b?d? dotrzymane, podarowa?em jej dzie? odpowiedzi. W?a?ciwie noc odpowiedzi, Charlie.
- Nie mog?e? wiedzie?, ?e ka?? ci to zrobi?. Nie mog?e? tego wiedzie? dziesi?? lat temu.
- Masz racj?. Ale baw si? ze mn? dalej. Przecie? i tak ?nisz, prawda?
- Wi?c nie bud? mnie.
- I tak stara kobieta wrci?a do cia?a m?odej dziewczyny, dwudziestego smego pa?dziernika tysi?c dziewi??set siedemdziesi?tego trzeciego, a m?oda dziewczyna nigdy si? nie dowiedzia?a, co zasz?o. A wi?c nie zmieni?o to jej ?ycia, rozumiesz?
- To k?amstwo.
- Nie. Nie potrafi? k?ama?, Charlie. Zaprogramowa?e? mnie, ?ebym nie k?ama?. My?lisz, ?e pozwoli?bym ci wrci? tam i j? skrzywdzi??
- Ona by?a taka sama. Taka, jak? pami?tam. - To by?o jej cia?o.
- Nie zmieni?a si?. Nie by?a star? kobiet?, Jock. By?a dziewczynk?.
I Charlie pomy?la? o starej kobiecie umieraj?cej w przytu?ku, otoczonej przez ??te ?ciany, jasnoszar? po?ciel i zas?ony. Wyobrazi? sobie m?od? Rachel w tej pomarszczonej formie, uwi?zionej w ciele, ktre nie potrafi?o si? rusza?, schwytan? w umy?le, ktry nie prowadzi? jej ju? niezwyk?ymi, tajemniczymi szlakami.
- Pokaza?em ci jej zdj?cie w telewizorze - powiedzia? Jock.
A jednak, my?la? Charlie, dlaczego ma to by? trudniejsze do zniesienia ni? to, ?e pi?kny ch?opak, ktry tak bardzo chcia? zrobi? to, co w?a?ciwe, ?e wszystko zrobi? ?le i straci? szans?, teraz nie mo?e si? wyrwa? z sumy wszystkich b??dnych wyborw? Wszed?em na drog?, ktr? chcieli pod??y? wszyscy; dotar?em na szczyt, ale nie tam powinienem zmierza?. Wci?? jestem tym ch?opcem. Nie musia?em k?ama?, kiedy poszed?em do niej do domu.
- Znam ci? dobrze, Charlie - mwi? Jock. - Wiedzia?em, ?e jeste? draniem w dostatecznym stopniu, ?eby tam wrci?. I dostatecznie porz?dnym cz?owiekiem, ?eby zrobi? to jak nale?y, kiedy ju? tam trafisz. Wrci?a szcz??liwa, Charlie. Wrci?a zadowolona.
A wi?c ta noc z cudownym dzieckiem by?a oszustwem; to nie by?a m?oda Rachel, a on nie by? m?odym Charliem. Szuka? w sobie gniewu, ale nie mg? go znale??. Zmar?a kobieta ofiarowa?a mu dar i przyj??a dar od niego. I ten dar wci?? by? s?odki.
- Pora spa?, Charlie. ?pij dalej. Chcia?em ci tylko powiedzie?, ?e nie masz powodu do wyrzutw sumienia. Nie ma si? czym d?u?ej dr?czy?.
Charlie przykry? si? szczelnie; nie pami?ta?, ?e to przyzwyczajenie pochodzi?o sprzed lat, kiedy dziwne mroczne kszta?ty ukrywa?y si? w szafie i tylko pod kocem by? bezpieczny. Naci?gn?? go wi?c na g?ow?, zamkn?? oczy i poczu?, jak g?aszcze go jej d?o?. Czu? dotyk jej piersi, biodra i uda, us?ysza? jej g?os, jak oddech na policzku.
- Jak wielki kasztan - powiedzia? Jock, tak jak go tego nauczy? - ...co rozkwit? nad ?wiatem.
- Czy li?ciem jeste?, czy pniem, czy kwiatem?
- Wzroku rozja?niony, muzyko weso?a.
- Kto tancerza od ta?ca odr?ni? dzi? zdo?a?
Widownia w jego my?lach klaska?a przez chwil?, a Charlie zsun?? si? w sen. Zdziwi?o go wra?enie, ?e klaszcz? szczerze. Wyobrazi? sobie, ?e u?miechaj? si? i kiwaj? g?owami. U?miechaj? si? do dziewczyny z uniesion? r?k?; kiwaj? na m??czyzn?, ktry stan?? na wieczno??, a potem wszed? na scen?.
3. PIESER

Znalaz?em si? tam przypadkiem. Tylko dla Piesera wpakowa?em si? w t? histori?. Pieser uzna?, ?e mog? si? przyda?, co by?o prawd?. Powiedzia? jeszcze, ?e mog? si? zabawi?, co ju? zmy?li?, gdy? to, co r?ni ludzie robili ze mn?, by?o o wiele bardziej zabawne od tego, co ja robi?em z nimi.
Kiedy mwi?, ?e my?l? wertykalnie, to oznacza, ?e jestem meta- fizyczny, to znaczy symulowany, to znaczy, ?e martwy, tylko mj mzg jeszcze o tym nie wie i dalej rusza nogami. Oberwa?em, kiedy mia?em dziewi?? lat. Le?a?em spokojnie w ??ku, a jeden cap za ?cian? strzeli? do swojej damy. Pocisk przeszed? przez ?cian? i trafi? mnie w g?ow?. Wszyscy polecieli do nich, bo robili mnstwo ha?asu, wi?c by?em ju? w trzech czwartych trupem, zanim ktokolwiek zauwa?y?, ?e oberwa?em.
Zapakowali mi g?ow? superdobrem i ?wiat?owodami, ale nie wiedzieli, ktry neutron powinien stuka? w ktry s?siedni i mj alchemiczny mzg z galarety sta? si? jak diament. Dobry Ch?opak. Kryszta?owy Dzieciak.
Od owego jasnego, elektrycznego dnia nie uros?em ani o cal, w ?adnym miejscu. Kula nie trafi?a w okolice genitaliw. Po prostu prze??czy?a przycisk dojrzewania w g?owie. ?wi?ty Pawe? mwi?, ?e zosta? eunuchem dla Jezusa, ale dla kogo ja jestem eunuchem?
Najgorsze, ?e mam ju? prawie trzydziestk? i ci?gle musz? wzywa? barmanw do s?du, zanim podadz? mi piwo. Mamy zysk, bo chocia? s?dzia przyznaje mi racj? i to oni p?ac? koszty, cia?o mam tak ma?e, ?e zalewam si? ju? ma?ym piwem, a po du?ym sikam i padam. Nie nadaj? si? na partnera do picia. Poza tym ka?dy, kto si? ze mn? pokazuj e, wygl?da na pedofila.
Nie, nie prbuj? wyciska? z was ?ez. Jestem przyzwyczajony, jasne? By? mo?e krlowa balu nigdy nie okaza?a mi Prawdziwej Mi?o?ci z podparciem na cztery punkty, ale mam pewien talent, niezwykle wa?ny dla niektrych ludzi, i zawsze jako? sobie radz?. Ubieram si? dobrze, je?d?? metrem i nie p?ac? podatku dochodowego. Jestem H-manem, Facetem od Hase?. Dajcie mi pi?? minut z czyim? ?yciorysem, czy mo?e raczej z jego autopsychoskopi?, a dziewi?? razy na dziesi?? podaj? has?o i wprowadzam was w jego najpaskudniejsze, ?liskie, s?odkie zbiory. Szczerze mwi?c, s? to zwykle trzy razy na dziesi??, ale to i tak o wiele wi?ksza szansa, ni? kaza? komputerowi traci? rok na prby wystukania pi?tnastu znakw w taki sposb, ?eby utworzy?y w?a?ciwe H-s?o. Szczeglnie ?e po trzeciej pomy?ce blokuj? wam telefon, blokuj? pliki docelowe i wzywaj? gliny.
Niedobrze wam si? robi? Taki mi?y ch?opiec jak ja, zaanga?owany w pot?pienia godn?, karaln? i nielegaln? dzia?alno??? By? mo?e mam metr dwadzie?cia i p? szklanki wzrostu, ale umiem was zasymulowa? lepiej ni? w?asna mamusia, a im dok?adniej was poznam, tym mocniejszego mam haka. Znam nie tylko wasze aktualne has?o. Mog? napisa? s?owo na kartce, wsadzi? j? w kopert? i zaklei?. a wy idziecie do domu, zmieniacie has?o, otwieracie kopert? i ono tam jest - wasze nowe H, trzy razy na dziesi??. Jestem wertykalny i Pieser o tym wiedzia?. Dziesi?? procent wi?cej dobra i nawet formalnie nie by?bym cz?owiekiem. Jestem jednak ci?gle poni?ej granicy, a to wi?cej, ni? mg?bym powiedzie? o paru ludziach, ktrzy maj? w g?owie sto procent zoo.
Pieser podszed? do mnie pewnego dnia na Carolina Circle, gdzie stoj?c na sto?ku, grywam w elektryczny bilard. Nic nie mwi?, tylko trzepn?? mnie w rami?, wi?c - naturalnie - oberwa? ?okciem w jaja. Sporo dwunastolatkw prbuje mnie popycha? przy grze, wi?c czasem musz? dawa? im szko??. Jack Pogromca Olbrzymw. Bohater czwartoklasistw. Na og? wal? w ?o??dek, tyle ?e Pieser nie by? dwunastolatkiem, wi?c mj ?okie? trafi? ni?ej.
W chwili gdy uderzy?em, wiedzia?em, ?e nie jest dzieciakiem. Nie zna?em go wcale, ale wygl?da? na takiego, co dawniej cz?sto chodzi? g?odny, a teraz nie dba o to, co je.
Teraz oczywi?cie nie my?la? o jedzeniu, siedzia? tylko na pod?odze oparty o gr? Bij Szyitw" i patrzy? na mnie tak, jakbym by? dzidziusiem, ktrego w?a?nie ma przewin??.
- Mam nadziej?, ?e jeste? Dobry Ch?opak - nawija. - Bo jak nie, to odnios? ci? do mamusi w trzech ma?ych plastikowych salaterkach
Nie brzmia?o to tak, jakby chcia? mi grozi?. Raczej jakby by? g?wn? p?aczk? na w?asnym pogrzebie.
- Chcesz robi? interesy, to u?ywaj j?zyka zamiast ?ap - odpowiadam. A mwi? to naprawd? zraszaj?ce, czyli przepraszaj?co z podkre?leniem, ?e ci?gle go jeszcze olewam.
- Chod?my st?d - mwi. - Musz? sobie za?atwi? wsparcie. Podatek p?aci si? od zarobkw.
Poszli?my do Iveya i stan?li?my ko?o odzie?y dzieci?cej. Wyt?umaczy? mi, o co chodzi.
- Jedno H-s?o - mwi. - Tylko ?adnych pomy?ek. Je?li nie trafimy, facet traci robot? i mo?e idzie do pud?a.
Powiedzia?em nie". Trzy trafienia na dziesi?? to najlepsze, na co mnie sta?. ?adnych gwarancji. Moje wyniki ?wiadcz? o mnie, ale nikt nie jest doskona?y, a ja nawet si? nie zbli?y?em do doskona?o?ci.
- Daj spokj - rzuca. - Musz? by? jakie? sposoby, ?eby mie? pewno??. Je?li mo?esz trafi? trzy razy na dziesi??, to co si? stanie, kiedy b?dziesz wiedzia? o facecie wi?cej? Kiedy si? z nim spotkasz?
- No dobra. Mo?e p? na p?.
- Pos?uchaj, nie mo?emy prbowa? drugi raz. Mo?e nie zgadniesz. Ale czy wiesz, kiedy nie trafiasz?
- Mniej wi?cej co drugi raz, kiedy si? pomyl?, wiem, ?e si? pomyli?em.
- Czyli mamy trzy czwarte szansy, ?e b?dziesz wiedzia?, czy je znalaz?e??
- Nie - t?umacz?. - Bo co drugi raz, kiedy trafiam, nie wiem, ?e trafi?em.
- Szlag-g - mwi. - To tak, jak robi? interesy z moim m?odszym bratem.
- I tak ci? na mnie nie sta?. Bior? przynajmniej dwie dychy, a twoja karta ledwie chyba wystarczy na ?niadanie.
- Proponuj? ci udzia?.
- Nie chc? udzia?u. Chc? gotwk?.
- To pewna sprawa - przekonuje, rozgl?daj?c si? uwa?nie. Jak gdyby podejrzewa?, ?e za?o?yli pods?uch w tabliczce z tekstem Szorty ch?opi?ce, rozmiary 10-12".- Mam wtyk? w Kodach Federalnych, 
- To pestka. Ja mam pluskw? w ty?ku Pierwszej Damy i czterdzie?ci godzin nagrania jej pierdni??.
Mam niewyparzon? g?b?. Wiem o tym i po raz kolejny przekonuj? si? dobitnie, kiedy pakuje mi twarz w stos krtkich spodenek.
- Poprbuj tego, Dobry.
Nie cierpi?, kiedy ludzie mnie popychaj?. I wiem, jak ich zmusi?, ?eby przestali. Tym razem wystarczy?o, ?ebym zacz?? p?aka?. G?o?no, jakby mnie bola?o. Wszyscy si? ogl?daj?, kiedy dziecko zaczyna p?aka?.
- Ju? b?d? grzeczny - powtarza?em. - Nie bij mnie! B?d? grzeczny.
- Zamknij si? - powiedzia?. - Wszyscy na nas patrz?.
- To uwa?aj z ?apami - mwi?. - Jestem przynajmniej dziesi?? lat starszy od ciebie i przynajmniej dziesi?? razy sprytniejszy. Teraz wyjd? ze sklepu i je?li zobacz?, ?e za mn? leziesz, zaczn? wrzeszcze?, ?e rozpi??e? rozporek i pokaza?e? mi siusiaka. Kiedy raz zaczn? ci? podejrzewa?, ?e napastujesz dzieci, b?d? ci? zwija? za ka?dym razem, kiedy w promieniu stu mil od Greensboro oberwie jaki? szczeniak.
Zrobi?em to ju? kiedy? i to dzia?a, a Pieser nie by? durniem. Niepotrzebne przes?uchania przez gliny by?y rzecz?, ktrej na pewno wola?by unika?. My?la?em wi?c, ?e ka?e mi si? odpieprzy? i na tym sprawa si? sko?czy.
A on mwi zamiast tego:
- Przepraszam ci?, Dobry. Czasem nie panuj? nad r?kami. Nawet ten cap, ktry mnie postrzeli?, nigdy nie powiedzia?, ?e
przeprasza. Z pocz?tku pomy?la?em, co to za oferma, ?e tak si? p?aszczy. Potem postanowi?em trzyma? si? go, ?eby sprawdzi?, jaki cz?owiek potrafi pokaja? si? przed dzieciakiem wygl?daj?cym na dziewi?? lat. Nie wierzy?em zreszt?, ?eby naprawd? by?o mu przykro. Potrzebowa? mnie do trafienia H-s?a i wiedzia?, ?e nie ma wyboru. Z tym ?e wi?kszo?ci ulicznych bokserw brakuje inteligencji nawet na to, ?eby pod wp?ywem stresu wymy?li? w?a?ciwe k?amstwo. Od razu wiedzia?em, ?e to nie zwyczajny oszust czy drugorz?dny pomocnik, bo tacy zawsze przez jakie? g?upstwo pieprz? ka?d? robot?. W jego twarzy by?a g??bia, to znaczy, ?e na szyi ros?o mu co? wi?cej ni? tylko podstawka pod w?osy, czyli ?e w ?rodku mia? do?? mzgu, ?eby umie? wsadzi? r?ce do kieszeni w innym celu ni? bawienie si? fiutem. Dok?adnie wtedy uzna?em, ?e jest wrednym, k?amliwym sukinsynem. Akurat dla mnie.
- Po co chcesz si? dosta? do Kodw Federalnych? - spyta?em, -Kasacja zapisu?
- Dziesi?? otwartych zielonych - on na to. - Kodowanych na; nieograniczone podr?e mi?dzypa?stwowe. Z ca?? identyfikacj?, jak dla prawdziwej osoby.
- Prezydent ma zielon? kart? - mwi?. - Szefowie Po??czonych Sztabw maj? otwarte zielone. Ale to ju? wszyscy. Nawet wiceprezydent USA nie otrzyma? wystarczaj?cych uprawnie?.
- Owszem, otrzyma?.
- Rozumiem, wiesz wszystko najlepiej.
- Potrzebne mi H. Mj cz?owiek mo?e nam zrobi? czerwone i niebieskie, ale otwarte zielone musi za?atwia? taki biurowy szczur, dwa poziomy w gr?. Ten mj wie, jak si? do tego zabra?.
- Na pewno nie chodzi tylko o has?o - my?l? g?o?no. - Ten go??, ktry robi zielone karty, musi przy?o?y? do tego swj palec.
- Wiem, jak za?atwi? ten palec. Potrzebny jest i palec, i has?o.
- Je?li zabierzesz mu palec, on to gdzie? zg?osi. A nawet je?li go przekonasz, ?eby nie, to i tak kto? zauwa?y, ?e znikn??.
- Lateks - rzuca. - We?miemy odcisk. I nie zaczynaj mnie uczy?, jak mam wykona? swoj? cz??? roboty. Ty za?atwiasz H-s?o, ja palce. Wchodzisz?
- Za gotwk?.
- Dwadzie?cia procent. - Ma?o.
- Facet w Kodach dostaje dwadzie?cia, dziewczyna, ktra za?atwia palec, dostaje dwadzie?cia, a ja bior? cholerne czterdzie?ci.
- Nie sprzedasz ich chyba na ulicy.
- S? warte milion za sztuk? - mwi. - Dla pewnych nabywcw. Oczywi?cie, mia? na my?li Organiczn? Mafi?. Sprzeda dziesi?? i moje dwadzie?cia procent urasta do dwch baniek. Nie do??, ?eby by? bogatym, ale wystarczy na wycofanie si? z ?ycia publicznego, a mo?e nawet na pewne kosztowne leki, ktre mog? wywo?a? zarost na mojej twarzy. Musz? przyzna?, ?e brzmia?o to nie?le.
No wi?c wzi?li?my si? do roboty. Przez par? godzin stara? si? to za?atwi?, nie informuj?c, jak si? nazywa ten jego biuroszczur, przekazuj?c tylko dane od faceta w Kodach Federalnych. Ale to by?o g?upie, dawa? mi takie rzeczy z drugiej r?ki, zw?aszcza ?e potrzebo- wa? stuprocentowej pewno?ci. Szybko to zrozumia? i wci?gn?? mnie do ko?ca. Nie cierpia? zdradzania w?asnych tajemnic. Kiedy ju? do- wiem si? wszystkiego, to co mnie powstrzyma od za?atwienia roboty samemu? Ale nie mia? innego sposobu znalezienia H-s?a, wi?c musia? je dosta? ode mnie, a skoro mia?em je zgadn??, musia?em wiedzie? wszystko. Pieser mia? pod czaszk? mzg, cho? tylko biorozk?adalny. Wiedzia?, ?e s? takie momenty, kiedy trzeba komu? zaufa?. Kiedy trzeba wierzy?, ?e stara si? jak najlepiej nawet wtedy, gdy si? go nie pilnuje.
Zabra? mnie do swojego taniego mieszkania w campusie dawnego Guildford College, niedaleko metra. By?o to wygodne, bo bez ?adnych problemw mog?em dojecha? do Charlotte, Winston czy Raleigh. Nie mia? mi?kkiej pod?ogi, tylko zwyk?e ??ko, ale du?e, wi?c chyba si? przesadnie nie umartwia?. Mo?e kupi? je za dawnych czasw, kiedy by? alfonsem i zdoby? przezwisko. Prowadzi? wtedy ?a?cuszek pieskw o pi?knych imionach: Szprycha, Pi?a albo Ksi??niczka, prawdziwe suczki zadzieraj?ce nogi pod latarniami, ?wietne w tym ?ciskanym interesie. Widzia?em, ?e kiedy? miewa? pieni?dze, ale teraz ju? nie. Znalaz?em kup? ?wietnych ciuchw, robionych na miar?, ale zu?ytych i zdesynchronizowanych. Z tych najstarszych powyrywa? wszystkie przewody, ale wci?? by?o wida?, gdzie kiedy? ?wieci?y diody. Mwimy o czasach neandertalczykw.
- Marno?? nad marno?ciami ko?czy si? blu?nierstwami - stwierdzam trzymaj?c r?kaw kurty, ktra ?wieci?a kiedy? jak schodz?cy do l?dowania samolot.
- Za wygodne, ?eby to wszystko wyrzuci? - odpowiada, ale po g?osie od razu mo?na pozna?, ?e nie ma nadziei nikogo oszuka?.
- Niech to b?dzie dla ciebie lekcj? - stwierdzam. - To w?a?nie si? zdarza, kiedy Treser nie prowadzi.
- Treserzy maj? sta?? robot?. Ale ja, kiedy interes szed? dobrze, czu?em si? obrzydliwie, a kiedy szed? ?le, to ?wietnie. Kiedy prowadzasz kociaki, to masz mo?e jaki? powd do dumy. Ale gdy prowadzasz pieski i wiesz, ?e krzywdz? je za ka?dym razem...
- Maj? wbudowany prze??cznik i nic nie czuj?. To dlatego gliny nigdy si? nie czepiaj? tych od pieskw. Bo nikt naprawd? nie cierpi.
- Owszem. Tylko powiedz, co jest gorsze: kiedy j? ?ciskaj?, a? wrzeszczy, ?eby zrobi? dobrze jakiemu? staremu zbocze?cowi, czy kiedy jej wycinaj? p? mzgu tak, ?e kiedy stary zboczeniec ?ciska, ona nic nie czuje? Mia?em ko?o siebie te kobiece cia?a i wiedzia?em, ?e kiedy? by?y lud?mi.
- Mo?na by? ze szk?a - mwi? - i jeszcze by? cz?owiekiem. Zauwa?y?, ?e odbieram to personalnie.
- Daj spokj - przeprasza. - Jeste? poni?ej granicy.
- Pieski te?.
- Zgadza si? - przyznaje. - Ale kiedy dziewczyna wraca, opowiada, co z ni? robili, i ?mieje si?, musisz wyznaczy? w?asn? granic?.
Rozgl?dam si? po jego n?dznym mieszkaniu.
- Twj wybr.
- Chcia?em czu? si? czysty. Ale to nie znaczy, ?e musz? by? biedny.
- Wi?c ustawiasz ten numer, ?eby powrci?y dawne czasy spokoju i domestykacji.
- Domestykacji? - powtarza. - Co to niby jest? Czemu, do diab?a, stale u?ywasz takich s?w?
- Bo je znam.
- Wcale ich nie znasz, bo co drugi raz wstawiasz je w nieodpowiednie miejsca.
Zademonstrowa?em mu swj najlepszy u?miech ma?ego ch?opczyka.
- Wiem - mwi?. Prawie nikt nigdy nie zauwa?a, ?e u?ywam ich nieprawid?owo, i na tym w?a?nie polega zabawa - ale o tym mu nie mwi?em. Pieser nie by? zwyczajnym alfonsem. Zreszt?, ?aden normalny alfons nie wycofuje si? z interesu z powodu zwichni?tego kr?gos?upa moralnego. Pieser musia? mie? w mzgu par? dziwnych po??cze? i uzna?em, ?e ciekawie b?dzie obejrze?, jak to si? wszystko tam styka.
W ka?dym razie wzi?li?my si? do roboty. Cel nazywa? si? Jesse H. Hunt i naprawd? rozpracowa?em go solidnie. Kryszta?owy Dzieciak pod??czy? si? na powa?nie. Pieser mia? jakie? dwie strony r?nych g?upot: data urodzenia, miejsce urodzenia, p?e? przy urodzeniu (od tego czasu ?adnych zmian), wykszta?cenie, miejsca zatrudnienia. Przypomina?o to wysoki stos pustych pude?ek. Wy?mia?em go.
- Masz gdzie? wej?cie do biblioteki miejskiej? - spyta?em, a on pokaza? mi gniazdo w ?cianie.
Pod??czy?em si?, z wizj? na kieszonkowym sony i w?asn? kryszta?ow? g?wk? na r?ne pi-po-pi-pi. Nie ka?dy, kto ma tyle dobra w mzgu, potrafi my?le? do?? wyra?nie, ?eby tak to za?atwi? - wiecie, przes?a? czysty zapis zwyczajnie my?l?c odpowiednie rzeczy przez port interfejsu za lewym uchem.
Pokaza?em Pieserowi, jak si? robi badanie. Potrwa?o to dziesi?? minut. Znam drog? wprost przez Bibliotek? Publiczn? Greensboro. Mam H-s?a ka?dego bibliotekarza i jestem tak delikatny, ?e nawet si? nie domy?laj?, kiedy p?yn? pod pr?d ich kana?ami dost?pu. Z Biblioteki mo?na si? przedosta? a? do Archiwum Pomocnej Karoliny w Raleigh, a stamt?d do danych personelu federalnego w ca?ym kraju. Co oznacza, ?e pod koniec tego niezwykle pracowitego dnia mieli?my wydruki ka?dego dokumentu na temat Jesse'ego H. Hunta, jaki tylko istnia?: od ?wiadectwa urodzenia i zestawienia ocen z pierwszej klasy, po dane chorobowe i raporty bezpiecze?stwa z czasw, kiedy zaczyna? pracowa? dla rz?du.
Pieser wiedzia? do?? du?o, by okaza? nale?yty podziw.
- Je?li tyle potrafisz - powiada - mo?esz zwyczajnie wyci?gn?? jego H-s?o.
- Nie tak ?atwo, dziecinko - t?umacz? z czaruj?cym u?miechem. - Wyobra? sobie dane federalne jako zamek. Akta osobowe p?ywaj? w fosie. Jest tam par? aligatorw, ale ja ca?kiem nie?le p?ywam. Gor?ce dane trzymaj? w lochu. A H-s?a... H-s?a s? pod ty?kiem krlowej.
- Ka?dy system daje si? z?ama?.
- Sk?d si? tego dowiedzia?e?? Z napisu na ?cianie w sraczu? Gdyby system hase? dawa? si? z?ama? cho?by odrobin?, ci klienci, ktrym chcesz sprzeda? karty, byliby ju? w ?rodku i ogl?dali nas przez okienka, zamiast p?aci? ulicznemu z?odziejaszkowi milion za otwart? zielon?.
Problem w tym, ?e Pieser by? ju? nale?ycie wstrz??ni?ty ca?ym tym ch?amem, jaki wyci?gn??em na temat Jesse'ego H., ale ja sam nie wiedzia?em wiele wi?cej ni? poprzednio. Oczywi?cie, mog?em zgadn?? kilka hase?, ale nic ponadto. Tylko zgadywanie. Nie wiedzia?em nawet, ktre H ma najwi?ksze szans?. Jesse by? zwyk?ym, sm?tnym szczurem. Regulaminowo dobre stopnie w szkole, regulaminowo dobre oceny pracy, zapewne regulaminowo wype?nia? obowi?zki ma??e?skie - wed?ug rozk?adu tygodniowego.
- Chyba nie wierzysz, ?e tej twojej dziewczynie uda si? za?atwi? jego palec - mwi? z obrzydliw? pogard?.
- Nie znasz jej. Gdyby?my potrzebowali fiuta, dostaliby?my odciski w pi?ciu rozmiarach.
- Nie znasz faceta. To najbardziej typowy przeci?tniak w okolicy. Nie wierz?, ?eby oszukiwa? w?asn? ?on?.
- Zaufaj mi. B?dzie mie? jego palec tak elegancko, ?e on si? nawet nie zorientuje, kiedy wzi??a odcisk.
Nie uwierzy?em. Mam talent do poznawania si? na ludziach, a Jesse H. nie udawa?. Chyba ?e zacz?? w wieku pi?ciu lat, a to zdarza si? raczej rzadko. Na pewno nie przeleci pierwszej dziewczyny, na widok ktrej zrobi mu si? ciasno w rozporku. Poza tym by? sprytny. Droga kariery dowodzi?a, ?e zawsze znajdowa? si? we w?a?ciwych miejscach. Odpowiedni ludzie zawsze znali jego nazwisko. Co oznacza, ?e nie nale?a? do typu, ktremu mzg przestaje dzia?a?, kiedy portki robi? si? gor?ce. Powiedzia?em to.
- Jeste? chodz?c? orkiestr?- mwi na to Pieser. - Nie umiesz mi poda? H-s?a, ale doskonale wiesz, ?e facet jest impotentem albo zbocze?cem.
- Ani jednym, ani drugim. Jest twardy i zupe?nie zwyczajny. Ale je?li dziewczyna zacznie si? do niego lepi?, nie pomy?li, ?e s?ysza?a o jego fiucie na lewarach. Pomy?li, ?e czego? chce, i nie da spokoju, dopki si? nie dowie, o co chodzi.
Tylko wyszczerzy? z?by.
- Znalaz?em najlepszego go?cia od hase? w kraju, prawda? Mam cudotwrc?, zwanego Dobrym Ch?opcem, prawda? Lodowy mzg, ktry nazywaj? Kryszta?owym Dzieciakiem. Mam go, prawda?
- Mo?e - mwi?.
- Mam go albo go zabij? - o?wiadcza i pokazuje wi?cej z?bw, ni? powinien mie? przedstawiciel naczelnych.
- Masz mnie - przyznaj?. - Ale jako? sobie nie wyobra?am, ?eby? mg? mnie zabi?.
?mieje si? tylko.
- Mam ciebie, i je?li jeste? tak dobry, to mo?esz chyba uwierzy?, ?e mam te? dziewczyn?, ktra w swoim fachu jest przynajmniej rwnie dobra.
- Nie ma takiej.
- Podaj mi to H-s?o, a b?d? wstrz??ni?ty.
- Chcesz szybkich wynikw? To go popro?, ?eby sam ci je poda?.
Pieser nie nale?y do tych, ktrzy potrafi? ukry? w?asn? w?ciek?o??.
- Chc? wyniku - informuje. - I je?eli tylko zaczn? podejrzewa?, ?e nie mo?esz mi go poda?, wyrw? ci j?zyk. Przez nos.
- ?wietnie. Najlepiej my?l?, gdy klient grozi mi przemoc? fizyczn?. Naprawd? wiesz, jak mnie zdopingowa?.
- Nie chc? ci? dopingowa?. Chc?, ?eby? mi poda? jego has?o. 
- Najpierw musz? si? z nim spotka?.
Pochyli? si? nade mn?, a? poczu?em jego zapach. To znaczy, ?e mam silnie rozwini?te receptory olfaktoryczne i mog? wam powiedzie?, ?e cuchn?? testosteronem. Czyli damy mog? si? wype?nia? dzidziusiami od samego w?chania jego potu.
- Spotka? si?? - pyta. - Czemu go nie poprosisz, ?eby wype?ni? ankiet??
- Czyta?em wszystkie jego ankiety.
- A w jaki sposb taki szklany ?eb jak ty ma zamiar spotka? pana Federalnego? - pyta. - Za?o?? si?, ?e zawsze zapraszaj? was na te same przyj?cia.
- Nie dostaj? zaprosze? na doros?e przyj?cia - wyja?niam. -Chocia?, z drugiej strony, na doros?ych przyj?ciach raczej nie zwracaj? uwagi na takie mi?e dzieci jak ja.
Westchn??.
- Naprawd? musisz si? z nim spotka??
- Chyba ?e ci wystarczy prawdopodobie?stwo p? na p?. Zupe?nie nagle wybuch? jak Nova. Zmit? szklank? ze sto?u, a? rozbi?a si? o ?cian?, potem kopn?? st?, a ja ca?y czas kombinowa?em, jak si? wydosta? ?ywy. Ale ?e w?a?nie dla mnie robi? to przedstawienie, wi?c raczej nie by?o sposobu. Potem przysun?? si? bli?ej i wrzasn?? mi prosto w twarz:
- Nie chc? wi?cej s?ysze? tych twoich p? na p?, sze??dziesi?t na czterdzie?ci i trzy razy na dziesi??, Dobry. Jasne?
A ja odzywam si? naprawd? delikatnie i s?odziutko, bo ten facet jest dwa razy wi?kszy ode mnie i trzy razy ci??szy i nie mam ?adnego oparcia. Wi?c mwi?:
-Nic nie poradz?, Pieser. Musz? mwi? o prawdopodobie?stwie i procentach. Jestem wertykalny, pami?tasz? Mam tu szklane no?niki, a one wydzielaj? procenty tak ?atwo, jak pot u innych ludzi.
Paln?? d?oni? we w?asn? g?ow?.
- To te? nie jest bu?ka z kie?bas?. Ty wiesz i ja wiem, ?e kiedy podajesz mi wszystkie te dok?adne wyliczenia, to i tak tylko zgadujesz. Nie wiesz, jak? masz szans? z tym szczurem, tak samo jak ja nie wiem.
- Nie znam rozk?adu dla niego, Pieser, ale znam w?asny. Przykro mi, ?e ci si? nie podoba ten ?cis?y sposb wyk?adu, ale w mojej Krystalicznej pami?ci znajduje si? ka?de H-s?o, jakie kiedykolwiek odgrzeba?em. To znaczy, ?e mog? ci poda? z dok?adno?ci? do trzeciego miejsca po przecinku, jak cz?sto trafi?em za pierwszym razem Po spotkaniu z obiektem, a jak cz?sto, gdy pos?ugiwa?em si? tylko jego ?yciorysem. W tej chwili, je?li do spotkania nie dojdzie i b?d? dysponowa? tylko tym, co zdobyli?my, masz 48,838 procent szansy, ?e trafi? H-s?o za pierwszym razem, i 66,667 procent szansy, ?e przy pierwszych trzech prbach.
To go troch? uspokoi?o i bardzo dobrze, bo od tego szk?o-trzaskania, sto?o-kopania i gor?cego-oddechu-prosto-w-twarz zaczyna?y mi puszcza? zwieracze. Cofn?? si?, wsadzi? r?ce w kieszenie i stan?? oparty o ?cian?.
- No wi?c wybra?em w?a?ciwego H-mana, co? - mwi, ale si? nie u?miecha. Nie, wypowiada te s?owa, ale nie ma ich w oczach; jego oczy mwi?: nie prbuj mi tu b?yszcze?, bo widz? ci? na wylot, mam najlepsze wewn?trzne filtry, czysta polaryzacja, wygaszam ten twj po?ysk, widz? ci? wyra?nie. Nigdy nie widzia?em takich oczu. Jakby mnie zna?. Nikt mnie nigdy nie pozna? i nie s?dz?, ?eby jemu si? uda?o, ale nie podoba?o mi si? wcale, ?e patrzy na mnie tak, jakby my?la?, ?e mnie zna. A to dlatego, ?e ja siebie nie znam i denerwowa?o mnie, ?e on mo?e mnie zna? lepiej ode mnie, je?li ?apiecie, o co mi chodzi,
- Wystarczy, ?e b?d? ma?ym ch?opcem, ktry zgubi? si? w sklepie - mwi?.
- A je?li on nie jest z tych, co pomagaj? ma?ym ch?opcom, ktrzy si? zgubili?
- My?lisz, ?e nie zwraca uwagi, jak p?acz??
- Nie wiem. A je?li nie? Co wtedy? My?lisz, ?e ujdzie ci drugie spotkanie?
- No dobra, wi?c ch?opiec zgubiony w sklepie odpada. Mog? rozbi? swj rower na trawniku przed jego domem. Mog? mu sprzeda? magazyny telewizji kablowej.
Ale on ju? mnie wyprzedzi?.
- Co do magazynw, to zamyka ci drzwi przed nosem, o ile w ogle je otworzy. Je?li chodzi o rower, to chyba straci?e? rozum w tym swoim szklanym mzgu. Mam dziewczyn?, ktra go w?a?nie obrabia. To potwornie skomplikowane, bo facet nie jest z tych, co ?api? ka?d? okazj?, wi?c ona musi wykona? naprawd? emocjonalne wej?cie typu, ?e w?a?nie rzuci? j? ch?opak i Hunt ma jedyne rami?, na ktrym mo?e si? wyp?aka?, a jego ?ona jest szcz??liwa, maj?c takiego m??czyzn?. W to jeszcze mo?e uwierzy?. I wtedy nagle jaki? ma?y ch?opiec przewraca mu si? na trawniku, a ?e facet jest paranoikiem zaczyna si? zastanawia?, co si? w?a?ciwie dzieje. Zgadza si?? Wiem, ?e jest paranoikiem, bo nie doszed?by tak wysoko, gdyby nie umia? pilnowa? plecw i zabija? nieprzyjaci?, zanim jeszcze si? zorientuj?, ?e to oni na niego poluj?. I taki facet zaczyna podejrzewa?, przez jeden moment, ?e kto? chce go wykiwa?. Co robi?
Wiedzia?em ju?, do czego zmierza Pieser. Mia? racj?, wi?c pozwoli?em mu na to zwyci?stwo, a tak?e by s?owa, ktre chcia? us?ysze?, wymaszerowa?y rwnym szeregiem.
- Zmienia wszystkie swoje has?a, wszystkie zwyczaje i przez ca?y czas ogl?da si? za siebie.
- A mj ma?y projekcik zmienia si? w kup? nawozu. ?adnych otwartych zielonych.
Wtedy poj??em, dlaczego ten ch?opak z ulicy, by?y alfons, dlaczego w?a?nie on mo?e wykona? t? robot?. Nie by? wertykalny jak ja i nie mia? wewn?trznego haka jak ten facet z federalnych, ani wypuk?o?ci pod swetrem, wi?c nie mg? robi? za dziewczyn?. Mia? za to oczy na ?okciach i uszy na kolanach, co oznacza, ?e zauwa?a? wszystko, co by?o do zauwa?enia, a potem my?la? o nowych rzeczach, jeszcze wtedy niezauwa?alnych, i te? je zauwa?a?. Zas?ugiwa? na swoje czterdzie?ci procent. I jeszcze dzia?k? z moich dwudziestu.
Na razie czekali?my, a? dziewczyna wype?ni puste, st?sknione ramiona Jesse'ego i zwinie mu palec. Ca?y czas te? pracowali?my nad tym, ?eby doprowadzi? do naszego spotkania, powoli, ale pewnie i bez komplikacji. Sp?dza?em z Pieserem sporo czasu. Nie prosi? mnie o to, ale jako? tak wychodzi?o, ?e je?dzi?em w k?ko autobusem po jego trasie, dopki mnie nie zabra?, albo jad?em u Bojangle'a, kiedy przychodzi?, ?eby rzuci? kurcz?ta cajun na swj owrzodzony ruszt. Pilnowa?em, czy mu to nie przeszkadza, bo nie mia?em ochoty go zra?a? teraz, gdy pozna?em majestat jego gniewu, ale je?li chcia? mnie odstraszy?, to jako? si? nie ba?em.
Nie prbowa? mnie sp?awi? nawet po paru dniach, kiedy zacz??y nas ?ciga? upiory zimnej, twardej ulicy. Nie wy??czaj?c przypadku, gdy Dzwon powiedzia?:
- Widz?, ?e nie rozprowadzasz ju? pieskw. Zaj??e? si? ch?opcami? Ma?e peda?ki, co? Nazwiemy ci? chyba Pedalerem. A mo?e trzymasz go do osobistego u?ytku? Przerzuci?e? si? na dzieciaki?
Zawsze uwa?a?em, ?e kto? kiedy? zabije Dzwona tylko po to, ?eby go wygarbowa? i pokry? jego skr? dach kabrioletu. Ale Pieser tylko machn?? r?k? i szed? dalej, gdy ja wykonywa?em w stron? Dzwona r?ne ?wi?skie gesty. Wi?kszo?? ludzi ka?e mi si? zmy?, kiedy tylko kto? zaczyna nadawa?, ?e wol? ma?ych ch?opcw, ale nie Pieser. Nie powiedzia?, ?e jeste?my tylko przyjaci?mi ani ?e nic nas nie ??czy. Nie kaza? mi te? spieprza?, co oznacza, ?e nie znalaz?em si? nagle w wodach Trjk?ta Bermudzkiego z ty?kiem ?ci?gni?tym do kostek, co oznacza, ?e nie wstydzi? si? pokazywa? ze mn? na ulicy.
Mo?e dla was nie jest to sze?ciominutowy orgazm, ale dla mnie by?o jak ch?odny powiew w sierpniu. Nie prosi?em go o to i nie wierzy?em, ?e potrwa d?ugo, ale pki trwa?o, podoba?o mi si? bardzo.
Spotka?em w ko?cu Jesse'ego H. Rozwi?zanie by?o genialne, najlepsze, jakie w ?yciu wymy?li?em. Sam si? zastanawia?em, dlaczego nie pomy?la?em o tym wcze?niej, tyle ?e jeszcze nigdy nie mia?em Piesera powtarzaj?cego jak papuga Idiotyczny pomys?" przy ka?dej mojej propozycji. Niemal ton??em w najja?niejszym blasku swego promieniowania. To znaczy, chodzi?em na prawie sto watw, zanim w ko?cu by? zadowolony.
Najpierw sprawdzali?my, kto pilnuje ich dzieci, kiedy Jesse H. i pani Hunt wychodz? do miasta (dla Eleganckich Ludzi w G-boro oznacza to, ?e spaceruj? sobie deptakiem marz?c, by znalaz?o si? co? do zrobienia, a potem id? si? wysika? w publicznej toalecie). By?y dwie nastolatki, ktre za odpowiedni? op?at? regularnie nie zwraca?y uwagi na ich bachory. Kiedy jednak obie panieny mia?y inne zaj?cia, czyli zgodzi?y si?, by za hamburgera i kino jaki? nie do ko?ca rozpi?ty szczeniak po?ciska? je i przelecia? w bramie, dzwonili do Pogotowia Opieki Domowej Mamy Hubbard.
Z najwy?sz? ostro?no?ci? wszed?em do szacownej instytucji Mamy Hubbard, udaj?c ?a?o?nie niedojrza?ego czternastolatka, wyspecjalizowanego w p?nocno-zachodniej cz??ci miasta i dalej, w przedmie?ciach. Zaj??o to tydzie?, ale Pieser si? nie spieszy?. Rb wolno, ale pewnie, mwi?. Je?li dzia?asz za szybko, kto? zauwa?y b?ysk, spojrzy w nasz? stron? i za?atwi nas samym patrzeniem. Ten facet mia? horyzontalny umys?.
Wreszcie nadesz?a ta wspania?a noc, kiedy Huntowie wyszli si? zabawi?, a obie ich panieny by?y akurat ?ciskane w najbardziej przyjemny ze sposobw (a my mieli?my ?wietny ubaw, namawiaj?c dwch szczeniakw, ?eby za?atwili to ?ciskanie akurat tej nocy). Wie?ci dotar?y do pana i pani Hunt w ostatniej chwili, wi?c nie mieli wyj?cia i musieli wezwa? Mam? Hubbard. Czy? to nie cudowny zbieg okoliczno?ci, ?e akurat p? godziny wcze?niej zadzwoni? s?odki, ma?y Stevie Queen, czyli moi, informuj?c, ?e jednak mo?e tej nocy pilnowa? czyich? bachorw. Ein i ein jest zwei i oto wysiada?em z samochodu Mamy Hubbard przed drzwiami Jesse'ego Hunta, po czym nie tylko mog?em spojrze? na wznios?? twarz pana Federalnego, ale te? zosta?em pog?askany przez pani? Federaln?. Nast?pnie skorzysta?em z przywileju przygotowania czego? na kolacj? dla niegrzecznego Federa?a Juniora i wrzaskliwej Federa?ki, pi?cio- i trzylatka, podczas gdy roczny Mikrofedera? (jeszcze nie cz?owiek i je?li mam s?dzi? po charakterze, nie po?yje do?? d?ugo, by si? nim sta?) obla? mi twarz kwasem moczowym podczas przewijania. Wszyscy ?wietnie si? bawili.
Dzi?ki mym heroicznym wysi?kom wszystkie te ma?e kreatury znalaz?y si? wcze?nie w ??kach, a ja, jako niezwykle czujna opiekunka, przeszuka?em dom, czy nie ma w nim jakich? w?amywaczy, zupe?nie przypadkiem trafiaj?c na nadzwyczaj u?yteczne informacje o rym biuroszczurze, ktrego tajemne, wybrane imi? mia?em odgadn??. Po pierwsze, zostawi? w?os w ka?dej szufladzie biurka, tak ?e gdybym mia? ochot? co? ukra??, wiedzia?by o nielegalnej prbie dost?pu. Stwierdzi?em, ?e on i jego ?ona maj? w ?azience wszystko osobno, nawet past? do z?bw, chocia? u?ywali tego samego gatunku. To on, nie ona, zajmowa? si? dzia?alno?ci? profilaktyczn? (i trzeba przyzna?, je?li si? pozna?o ich dzieci, ?e s?usznie si? ni? zaj??). Nie by? typem, ktry korzysta?by z r?nych ma?ci czy rozkosznych ?ebrowa?. Wy??cznie regulaminowa rz?dowa produkcja z twardej jak beton gumy. Mj z?o?liwy umys? doszed? do wniosku, ?e w po?cieli prze?ywa tyle samo przyjemno?ci co ja.
Zdoby?em najr?niejsze zabawne informacje, wy??cznie drobiazgi, wy??cznie najwy?szej wagi. Nigdy nie wiem, ktre z trzymanych nici po??cz? si? gdzie? lumenami moich najja?niejszych g??bi. Ale te? nigdy jeszcze nie mia?em szansy spacerowania bez przeszkd po mieszkaniu osoby, ktrej H-s?a szuka?em. Czyta?em uwagi, jakie dzieci przynosi?y ze szko?y, magazyny, ktre prenumerowa?, i coraz lepiej rozumia?em, ?e Jesse H. Hunt prawie nie styka? si? ze swoj? rodzin?. Jak paj?k wodny sta? na powierzchni ?ycia i nawet nie moczy? stp. Mg?by umrze? i gdyby nikt nie potkn?? si? o jego cia?o, zauwa?yliby to dopiero po paru tygodniach. I to nie dlatego, ?e o nich nie dba?. Po prostu by? bardzo, ale to bardzo staranny. Przygl?da? si? wszystkiemu, ale przez drugi koniec mikroskopu, wi?c wi?kszo?? spraw wydawa?a mu si? ma?a i daleka. Pod koniec nocy by?em ju? bardzo smutnym ma?ym ch?opcem. Szepn??em Mikrofedera?owi, ?e Powinien ?wiczy? siusianie na twarze doros?ych, bo tylko wtedy jego tatu? mo?e zwrci? na niego uwag?.
- A je?li zechce odwie?? ci? do domu? - spyta? mnie Pieser, a ja odpowiedzia?em:
- Wykluczone, nikt tego nie robi.
Ale on i tak za?atwi?, ?ebym mia? gdzie i?? i oczywi?cie to on , a ja spud?owa?em. Przejecha?em si? wozem biurasa, autentyczn? ameryka?sk? drogow? salonk? b?yszcz?c? jak choinka, do domu na sprzeda?, gdzie czeka?a na mnie ponura Mama Pryszcz. Kaza?a Huntowi odjecha? z?a, ?e wracam tak p?no. Kiedy tylko drzwi si? zamkn??y, Mama Pryszcz za?mia?a si? i zachichota?a, z pokoju wyszed? osobi?cie Pieser i powiedzia?:
- Mamo Pryszcz, jeste? mi winna jedn? przys?ug? mniej. A ona na to:
- Nie, ch?opaczku, to ty jeste? mi winien jedn? wi?cej.
I poca?owali si? nami?tnie, je?li mo?ecie w to uwierzy?. Wyobra?acie sobie, ?eby kto? kiedy? ca?owa? w ten sposb Mam? Pryszcz? Pieser jest pe?en niespodzianek.
- Znalaz?e? wszystko, co chcia?e?? - spyta?.
- H-s?a ta?cz? mi w g?owie - mwi?. - Jutro we ?nie poznam to s?owo.
- Trzymaj go i nic nie mw. Nie chc? go zna?, pki nie b?d? mia? palca.
Magiczny dzie? oddalony by? ledwie o par? godzin, gdy? dziewczyna - jej imienia nigdy nie pozna?em i nie widzia?em jej twarzy -w?a?nie jutro mia?a rzuci? czar na pana Federalnego. Jak zauwa?y? Pieser, to nie by?a sprawa na sexy bielizn?. Dziewczyna nie ubiera?a si? dobrze i brakowa?o jej og?ady, ale by?a dobr? sekretark? i przechodzi?a w?a?nie najtrudniejszy okres ?ycia, jako ?e wyci?to jej macic? - biedne dziecko, tak w?a?nie powiedzia?a Federalnemu - i traci?a w?asn? kobieco??, a nigdy jeszcze naprawd? nie czu?a si? kobiet?. A on by? dla niej taki dobry, przez ca?e tygodnie by? dla niej taki dobry. Pieser opowiada? mi p?niej, jak Federalny zamkn?? na klucz drzwi gabinetu, tylko na par? minut, i tuli? j?, i ca?owa?, ?eby poczu?a si? kobiet?. A kiedy tylko jego palce odcisn??y si? na cieniutkiej warstwie elektryzowanego mikroplastiku, pokrywaj?cego jej nagie plecy i piersi, zacz??a p?aka?. Powiedzia?a, ?e nie chce, by zdradza? dla niej ?on?, ?e ju? da? jej cudowny prezent przez to, ?e by? taki mi?y i pe?en zrozumienia, ?e czuje si? lepiej, gdy taki m??czyzna jak on potrafi? jej dotyka?, cho? jest zdefeminizowana. I ?e ma teraz do?? si?, by ?y? dalej. Bardzo przekonywuj?ce i obliczone na to, ?eby dosta? jego ciep?e jeszcze odciski, a jednocze?nie nie powodowa? wyrzutw sumienia, co mog?oby zmieni? jego pogl?dy i podsun?? ca?y zestaw nowych H.
Palce odbi?y si? na mikrowarstwie pod r?nymi k?tami, wi?c Walker w ci?gu jednej nocy wykona? model dla naszej wtyczki. Prawy wskazuj?cy. Przyjrza?em mu si?, chyba troch? sceptycznie, bo w?tpliwo?ci ta?czy?y ju? jak ma?e ?wietlne punkciki w najbardziej wewn?trznych partiach mzgu.
- Tylko jeden palec?
- Mo?emy strzela? tylko raz - wyja?ni? Pieser. - Jedna prba. - Je?li si? pomyli, je?li pierwsze has?o jest b??dne, mg?by sprbowa? drugi raz ?rodkowym.
- Powiedz, mj wertykalny my?laku, czy twoim zdaniem Jesse H. Hunt jest biurakiem, ktry si? myli?
Musia?em przyzna?, ?e nie, a jednak wci?? mia?em w?tpliwo?ci, a wszystkie odnosi?y si? do tego, ?e potrzebujemy drugiego palca. No c?, jestem wertykalny, co oznacza, ?e widz? tera?niejszo?? tak g??boko, jak tylko zechc?. Przysz?o?? jednak nie do mnie nale?y, ?ue sera sera.
Z tego, co opowiedzia? mi Piesio, stara?em si? wyobrazi? sobie reakcj? pana Federalnego na to mi?kkie cia?o, ktre ?ciska?. Gdyby nie ograniczy? si? do u?ciskw, wp?yn??oby to pewnie na zmian? H-s?a. Ale kiedy mu powiedzia?a, ?e nie chce, by zmienia? swe nienaruszalne zasady, umocni? si? we w?asnej opinii o sobie jako najbardziej regularnym czy nawet regulaminowym facecie. Nie zmieni? w?asnego obrazu i H-s?o tak?e pozosta?o bez zmian.
- Invictus-XYZrwr - podyktowa?em Pieserowi, gdy? to by?o w?a?nie jego has?o. Nigdy jeszcze nie czu?em takiej pewno?ci.
- Sk?d, do diab?a, to wytrzasn??e?? - zdziwi? si?.
- Pieser, gdybym wiedzia?, jak to robi?, trafia?bym za ka?dym razem - t?umacz?. - Nie mam nawet poj?cia, czy bior? to z tego ca?ego dobra w g?owie, czy z zoologii. Wszystkie fakty sp?ywaj? do ?rodka, mieszaj? si? i wyskakuj? jako ta?cz?ce has?a, malutkie kawa?eczki H.
- Owszem, ale przecie? nie wymy?li?e? tego tak sobie. Co to znaczy?
- Invictus to poemat w ramce za szk?em, ktry trzyma w szufladzie biurka. Prezent od mamusi, kiedy by? jeszcze ma?ym przysz?ym Federalnym. XYZ on uwa?a za uk?ad losowy, rwr by? pierwszym prezydentem USA, ktry wzbudzi? jego podziw. Nie mam poj?cia, czemu wybra? akurat takie s?owa. Sze?? tygodni temu mia? inne H-s?o z mas? cyfr, za sze?? tygodni zmieni je znowu, ale teraz...
- Sze??dziesi?t procent pewno?ci? - pyta Pieser.
- Tym razem ?adnych procentw. Nigdy przedtem nie p?ta?em si? po ?azience obiektu. To jest to albo mo?esz mi za?atwia? ty?koamputacj?. W ?yciu nie by?em pewniejszy.
Teraz, kiedy zna? ju? H-s?o, jego wtyka zacz?? codziennie nosi? magiczny palec, czekaj?c na moment, kiedy zostanie sam w gabinecie Federalnego. Za?o?y? ju? podstawowe zbiory, jak dla typowego wystawienia zielonej karty, i zakopa? je gdzie? w swoim obszarze roboczym. Teraz musia? tylko wej??, wpisa? si? jako Hunt, i je?li system uzna jego nazwisko, has?o i palec, wywo?a? te zbiory, zaakceptowa? i znikn?? w ci?gu minuty. Ale ta minuta by?a niezb?dna. 
A? nadszed? w cudowny, czarodziejski dzie?, kiedy j? otrzyma?. Federalny mia? spotkanie, sekretarka prysn??a wcze?niej i nasz Wtyczka wkroczy? nios?c absolutnie prawdziw? notk? do Hunta. Usiad? przed terminalem, wbi? nazwisko, H-s?o, przy?o?y? fa?szywy palec - a maszyna rozsun??a swe pi?kne nogi i poprosi?a pi?knie, by w ni? wszed?. Przerzuci? pliki w ci?gu czterdziestu sekund, przycisn?? palec do ka?dej karty, po czym od??czy? si? i wyszed?. ?adnego znaku, ?adnego krzyku, ?e co? si? nie zgadza. S?odkie jak letni wieczr, g?adkie jak ld. Pozosta?o nam tylko siedzie? grzecznie i czeka?, a? karty przyjd? poczt?.
- Komu masz zamiar je opchn??? - spyta?em.
- Nikomu, dopki nie b?d? ich trzyma? w r?ku - mwi. Bo Pieser jest ostro?ny. To, co si? sta?o, nie wynik?o z braku ostro?no?ci.
Codziennie obchodzili?my dziesi?? miejsc, do ktrych mia?y sp?yn?? koperty. Wiedzieli?my, ?e przez co najmniej tydzie? nie ma na co czeka? - na dobre czy z?e, tryby rz?dowej machiny kr?ci?y si? powoli. Codziennie sprawdzali?my u Wtyki, ktrego nazwiska i twarzy mo?ecie si? domy?li?, cho? na nic si? to nie przyda, jako ?e z pewno?ci? ma ju? inne. Za ka?dym razem mwi?, ?e nic si? nie dzieje i nie zmienia. I mwi? prawd?, bo urz?d trwa? ponury i uroczysty, nie zdradzaj?c si? z niczym. Nawet Hunt nie wiedzia?, ?e co? si? wydarzy?o w jego ma?ym krlestwie.
Ale nawet bez ?adnych sygna?w, ktre mg?bym pokaza? palcem, by?em okropnie nerwowy, a nocami nie umia?em zasn??.
- Chodzisz, jakby? musia? biec do ubikacji - mwi mi Pieser i s?usznie. Co? nie gra, powtarzam sobie, co? strasznie nie gra, ale nie mam poj?cia co, wi?c milcz? albo ok?amuj? si? i prbuj? znale?? powody.
- To moja wielka szansa - t?umacz?. - By? w dwudziestu p: centach bogatym.
- Bogatym - poprawia. - Nie tylko w jednej pi?tej.
- Wi?c ty b?dziesz bogaty podwjnie.
A on si? u?miecha, bo jest silnym, milcz?cym facetem.
- W?a?ciwie dlaczego nie sprzedasz tylko dziewi?ciu? - pytam. - Zostaw sobie jedn?. B?dziesz mia? szmal, ?eby za to p?aci?, i zielon? kart?, ?eby je?dzi?, gdzie ci przyjdzie ochota.
Ale on tylko si? ?mieje.
- G?uptas z ciebie, mj mi?y, ostrog?owy, ?wiat?omzgi, ma?y przyjacielu. Je?li kto? zobaczy takiego alfonsa jak ja, wsuwaj?cego gdzie? zielon? kart?, zawiadomi kogo trzeba, bo od razu si? zorientuje, ?e zasz?a omy?ka. Tacy jak ja nie dostaj? otwartych zielonych.
- Przecie? nie b?dziesz si? ubiera? jak alfons ani mieszka? w hotelach alfonsw.
- Jestem szmat?awym alfonsem - t?umaczy mi. - Jakkolwiek bym si? ubra?, b?dzie to w?a?nie strj alfonsa. Gdziekolwiek si? zatrzymam, b?dzie to szmat?awy hotel alfonsw, dopki nie wyjad?.
- By? alfonsem to nie choroba - nie ust?puj?. - Nie tkwi w gonadach ani w genach. Gdyby twoim ojcem by? Kroc, a mam? lacocca, nie by?by? alfonsem.
- Akurat bym nie by? - mwi. - Tyle ?e wysokiej klasy, jak mama i tata. Jak ci si? zdaje, kto u?ywa zielonych kart? Nie da si? sprzedawa? dziewic na ulicy.
My?la?em wtedy, ?e nie ma racji, i dalej tak uwa?am. Je?li ktokolwiek mg?by przeskoczy? z dna na szczyt w ci?gu tygodnia, to tylko Pieser. Potrafi? by? ka?dym i robi? wszystko. No, prawie wszystko. Gdyby nie to prawie", jego historia sko?czy?aby si? inaczej. Ale to nie jego wina. Chyba ?e ma si? pretensje do ?wi?, ?e nie fruwaj?. To ja jestem wertykalny, nie? Powinienem opowiedzie? o swoich podejrzeniach. Wtedy by nie pchn?? tych kart.
Trzyma?em je w d?oni tam, w jego pokoiku, kiedy rozsypa? je na ??ku. Wszystkie dziesi??. Z rado?ci podskakiwa? tak wysoko, ?e stuka? g?ow? o sufit, a? p?ytki si? trz?s?y i sypa?y kurzem dooko?a.
- B?ysn??em mu jedn?, tylko jedn?- krzyczy. - A on rzuci? okr?g?y milion. Pytam: a je?li dziesi??? Roze?mia? si? i kaza? samemu wypisa? czek.
- Powinni?my je sprawdzi? - mwi?.
- Nie mo?na ich sprawdzi?. Jedyny sposb to u?y? jednej, ale wtedy twoje odciski i twarz zostaj? na sta?e w jej pami?ci i nie damy rady jej sprzeda?.
- Wi?c sprzedaj jedn? i upewnij si?, ?e jest czysta.
- Umowa jest na ca?o?? - wyja?nia. - Je?li sprzedam jedn?, oni pomy?l?, ?e mam wi?cej i trzymam, ?eby podnie?? cen?. Mog? nie "O?y? wyp?aty za pozosta?e dziewi??. Mog? mie? wypadek i straci? te maluszki. Dzi? wieczorem spuszczam wszystkie dziesi?? i na zawsze wychodz? z biznesu zielonych kart.
Ale tej nocy ba?em si? bardziej ni? zwykle. On wyszed? i sprzedaje zielone grupie mi?ych d?entelmenw, znanych jako Organiczna Mafia, a ja le?? w jego ??ku, dr?? i ?ni? mi si? koszmary, bo wiem, ?e co? pjdzie absolutnie fatalnie, a ci?gle nie wiem co i dlaczego. Boisz si?, bo nic ci nigdy nie wysz?o, nie mo?esz uwierzy?, ?e kiedykolwiek staniesz si? bogaty i bezpieczny. Powtarzam to sobie bez przerwy, a? w ko?cu sam zaczynam wierzy?, ?e w to wierz?, ale nie do ko?ca, nie naprawd?, wi?c znw dr?? i wybucham p?aczem. Moje cia?o wci?? zachowuje si?, jakbym mia? dziewi?? lat, a kana?y ?zowe dziewi?ciolatkw s? bardzo ?atwo dost?pne, bez ?adnych hase?. A on wraca p?no i my?li, ?e ?pi?, wi?c chodzi po cichutku zamiast skaka? z rado?ci, ale s?ysz? t? rado?? we wszystkich jego ruchach i wiem, ?e ma pieni?dze z?o?one bezpiecznie w banku i kiedy pochyla si? nade mn?, ?eby si? upewni?, ?e zasn??em, pytam:
- Mo?esz mi po?yczy? stw??
Wtedy klepie mnie w rami?, ?mieje si?, ?piewa i ta?czy, a ja prbuj? si? przy??czy?, naprawd?, wiem, ?e powinienem si? cieszy?, ale w ko?cu on mwi:
- Zwyczajnie nie umiesz si? z tym pogodzi?, co? Nie dajesz rady? Wtedy p?acz? na ca?ego, a on obejmuje mnie ramieniem jak filmowy tatu? i klepie mnie po g?owie.
- Znajd? sobie ?on? - mwi. - Mo?e nawet sam? Mam? Pryszcz. Adoptujemy ci? i b?dziemy mieli ma?y domek w Summerfield, i kosiark? do trawy, i prawdziwy trawnik.
- Jestem starszy od ciebie i Mamy Pryszcz - wtr?cam, ale on tylko si? ?mieje. ?mieje si? i ?ciska mnie, a? wreszcie my?li, ?e mi przesz?o.
- Nie wracaj do domu - prosi mnie wtedy, ale ja wiem, ?e musz? i??, bo zaraz znowu zaczn? p?aka?, ze strachu albo co, a nie chc?, ?eby pomy?la?, ?e jego kuracja nie wystarczy?a na d?ugo.
- Nie, dzi?ki - mwi?, ale on nie s?ucha.
- Zosta? tu i p?acz, ile ci si? podoba, Dobry, ale nie wracaj dzi? do domu. Nie chc? by? sam i widz?, ?e ty te? nie.
Wi?c spa?em w jego ??ku, jak z bratem, a on szturcha? mnie, szczypa?, ?askota? i opowiada? ?wi?skie dowcipy o swoich dziwkach. To by?a najlepsza, najbardziej naturalna noc w moim ?yciu, z prawdziwym przyjacielem. Wiem, ?e nie uwierzycie, obracaj?c, ?lini?c i ob?ciskuj?c te swoje brudne my?li. Nic si? nie sta?o wtedy, bo nikt nie szuka? przyjemno?ci cudzym kosztem, po prostu Pieser by? szcz??liwy i nie chcia?, ?ebym si? smuci?.
A kiedy zasn??, strasznie chcia?em wiedzie?, komu je sprzeda?, ?ebym mg? zadzwoni? i powiedzie?:
- Nie u?ywajcie tych zielonych, bo nie s? czyste. Nie wiem jak i dlaczego, ale federalni w tym siedz?. Je?li wykorzystacie karty, przybij? wam paluchy do twarzy.
Tylko pewnie by mi nie uwierzyli. Byli ostro?ni. Inaczej nie zaj??oby to tygodnia. Dali jedn? kart? jakiemu? nic nie znacz?cemu facetowi, ?eby j? sprawdzi?. Nic si? nie sta?o. Wtedy oddali je swoim siedmiu grubym rybom, trzymaj?c dwie w rezerwie. Nawet Organiczna Mafia, Wszystkowidz?ce Oko, przepu?ci?a te karty tak samo jak my.
My?l?, ?e Pieser by? jednak troch? wertykalny. Chyba wiedzia?, ?e co? si? tu nie zgadza, tak samo jak ja. Dlatego sprawdza? nasz? wtyczk? - nie wierzy?, ?eby uda?o si? tak ?atwo. Dlatego nie wyda? ani centa ze swojej dzia?ki. Siedzieli?my spokojnie, jedli?my te same ?wi?stwa co przedtem i p?acili?my tym, co on zarobi? na ulicy albo ja na jakiej? kasacji zapisu.
- Jedzenie ludzi bogatych ma swj smak - mwi?.
A mo?e nie by? wertykalny, tylko my?la?, ?e mo?e jednak mam racj? s?dz?c, ?e co? nie zagra?o. Cokolwiek jednak my?la?, by? dla mnie coraz gorszy, a? pewnego dnia poszed? zobaczy? si? z wtyczk? i wtyczki nie by?o.
Facet znikn??. Na czysto. Jakby nigdy nie istnia?. Jego mieszkanie by?o do wynaj?cia, oczyszczone od pod?ogi po sufit. Dzwonili?my do urz?du. Powiedzieli, ?e wyjecha? na urlop, co znaczy?o, ?e go maj?, ?e nie przeprowadzi? si? zwyczajnie, korzystaj?c ze zdobytego bogactwa. Stali?my tam, w tych jego pustych pokojach, w brudnym, pustym mieszkaniu, i tak dziesi?? razy lepszym ni? cokolwiek, w czym w ?yciu mieszkali?my. I Piesio mwi do mnie spokojnie. Tak mwi:
- O co chodzi? Co ?le zrobi?em? My?la?em, ?e jestem jak Hunt. My?la?em, ?e przy tej robocie nie zrobi?em ?adnego b??du. Przy tej jednej robocie.
I to by?o to, wtedy do mnie dotar?o. Nie przed tygodniem, kiedy mia?oby jakie? znaczenie. W?a?nie wtedy zrozumia?em ostatecznie, co zrobi? Hunt. Jesse nigdy nie pope?nia? b??dw. Ale by? te? paranoikiem i zostawia? w?osy w szufladach, ?eby sprawdzi?, czy opiekun dzieci nie prbuje go okra??. Wi?c cho? nigdy przypadkiem nie pomyli? H-s?a, robi? to celowo.
- Powtarza? za ka?dym razem - mwi? Piesowi. - Jest tak diabelnie ostro?ny, ?e zawsze wybija z?e has?o, a potem powtarza z drugim palcem.
- No wi?c raz trafia od pierwszej prby. I co z tego? - pyta, bo nie zna komputerw tak jak ja, sam w po?owie ze szk?a.
- System pami?ta? ten wzorzec, to z tego. Jesse H. jest tak dok?adny, ?e nigdy go nie zmienia?, wi?c kiedy my trafili?my za pierwsz? prb?, zadzia?a? alarm. To moja wina, Pies. Wiedzia?em, ?e to paranoiczny wariat. Wiedzia?em, ?e co? nie gra, ale a? do teraz nie mia?em poj?cia co. Powinienem si? domy?li?, kiedy trafi?em jego has?o. Powinienem. Przepraszam... lepiej by by?o, gdyby? znalaz? do tej roboty kogo? innego. Gdyby? mnie s?ucha?, kiedy mwi?em, ?e co? nie gra. Powinienem si? domy?li?. Przepraszam.
Co ja zrobi?em Piesiowi, cho? nigdy tego nie chcia?em! Co ja mu zrobi?em! Ca?y czas mog?em na to wpa??, wszystko by?o w mojej ma?ej, szklanej g?owie, ale nie, nic nie wymy?li?em, a? zrobi?o si? za p?no. Mo?e dlatego, ?e naprawd? chcia?em si? myli? co do tych zielonych, ale jakkolwiek by na to spojrze? zrobi?em to, co zrobi?em. Nie jestem biskupem na z?otym tronie, a to oznacza, ?e nie mog? by? sprytniejszy, ni? jestem.
Od razu zatelefonowa? do tych panw z Ofermiastej Mafii, ?eby ich uprzedzi?, ale ja pod??czy?em si? ju? do biblioteki i ssa?em wiadomo?ci najszybciej, jak mog?em. Wiedzia?em wi?c, ?e to na nic, bo z?apali wszystkie siedem grubych ryb i tego niewa?nego faceta-sond?. Zamkn?li ich mocno i szczelnie za nadu?ycie kart.
To, co powiedzieli przez telefon, wyja?ni?o wiele spraw.
- Jeste?my martwi - stwierdzi? Pieser.
- Daj im czas na uspokojenie - poradzi?em.
- Nigdy si? nie uspokoj? - on na to. - Nie mamy szans. Nigdy nam nie daruj?, nawet je?li dowiedz? si? ca?ej prawdy. Spjrz, komu dali te karty: najwi?kszym facetom z pogranicza, takim, co przekupuj? prezydentw mniejszych pa?stw, ?ci?gaj? szmal od takich o?miornic jak Shell czy ITT, a od czasu do czasu zabijaj? kogo? i wychodz? z tego czy?ci. A teraz siedz? w pudle, a w ich mzgach czeka ca?a historia gangu. Nikogo nie zainteresuje, czy tego chcieli?my, czy nie. Gang cierpi, a jedyny sposb, jaki maj? na cierpienie, to przerzuci? je na kogo? innego. Czyli na nas. Chc?, ?eby?my cierpieli, naprawd? mocno i bardzo d?ugo.
W ?yciu nie widzia?em tak przera?onego Piesera. Tylko dlatego sami poszli?my do federalnych. Nie chcieli?my sypa?, ale potrzebowali?my ich ochrony. To by? jedyny powd. Zaproponowali?my, ?e powiemy, jak to zrobili?my. Nawet nie za immunitet, byle tylko zmienili nam bu?ki i wsadzili do jakiego? spokojnego wi?zienia, gdzie mogliby?my odpracowa? wyrok i wyj?? ?ywi. Tyle tylko chcieli?my. Ale federalni nas wy?miali. Mieli nasz? wtyczk? i on mia? zosta? uniewinniony za zeznania.
- Nie jeste?cie potrzebni - mwi?. - Nie obchodzi nas, czy pjdziecie siedzie?, czy nie. Chcieli?my dorwa? te grube ryby.
- Je?li nas pu?cicie - nie ust?puje Pieser - oni pomy?l?, ?e ich wystawili?my.
- Rozbaw nas jeszcze troch? - proponuje federalny. - My mamy pracowa? z takimi ?achami z ulicy? Oni wiedz?, ?e nie schylamy si? tak nisko.
- Od nas kupowali - upiera si? Pieser. - Dla nich byli?my dobrzy, wi?c dla glin te? jeste?my dobrzy.
- Co ty na to? - pyta federalny swojego bli?niaczego asystenta. - Te weso?ki prosz?, ?eby ich posadzi?. S?uchajcie uwa?nie, ch?opcy. A mo?e nie mamy ochoty bra? was na utrzymanie podatnikw? Pomy?leli?cie o tym? Poza tym, u nas by?cie tylko siedzieli, a tamci za?atwi? wam co? wi?cej, co nas nie b?dzie kosztowa? nawet dziesi?taka.
Co mogli?my zrobi?? Pies wygl?da?, jakby kto? w?a?nie odessa? mu ze trzy litry krwi, taki by? blady.
- Teraz si? dowiemy, co znaczy umiera? - powiedzia?, kiedy wychodzili?my z urz?du.
- Piesiu - mwi?. - Nie wsadzili ci jeszcze lufy w z?by, nie wbili no?a w oko. Jeszcze oddychamy, mamy nogi, wi?c chod?my st?d.
- Chod?my! - powtarza. - Kiedy wychodzisz z G-boro, szklanog?owy, trafiasz mi?dzy drzewa.
- To co? - pytam. - Mog? si? pod??czy? i ?ci?gn?? wszystkie dane na temat ?ycia w lesie. Tam jest du?o pustych terenw. Jak my?lisz, gdzie ro?nie marihuana?
- Jestem miejski ch?opak - mwi. - Miejski ch?opak. Stali?my na ulicy przed urz?dem. Rozgl?da? si? dooko?a.
- W mie?cie mam jak?? szans?. Znam miasto.
- Mo?e w Nowym Jorku albo w Dallas - prbuj?. - G-boro jest za ma?e, nieca?e p? miliona ludzi. Nie dasz rady si? tu zgubi?.
- No, dobra - przerywa mi i stale si? rozgl?da. - Teraz to i tak nie ja sprawa, Dobry. Oni nie maj? pretensji do ciebie, tylko do mnie.
- Ale to moja wina. Zostaj? z tob?, ?eby im to powiedzie?.
- My?lisz, ?e b?d? s?ucha??
- Pozwol? si? naszprycowa? gadaczem, wi?c b?d? wiedzie?, ?e mwi? prawd?.
- To niczyja wina. Do ?wier?metrowego fiuta, nie interesuje mnie, czyja. Jeste? czysty, ale je?li b?dziesz si? mnie trzyma?, te? wpadniesz w bagno. Nie potrzebuj? ciebie ani ty mnie. Robota sko?czona. Za?atwione. Sp?ywaj.
Tego nie mog?em zrobi?. Tak samo, jak on nie potrafi? ci?gle rozprowadza? pieskw. Nie mog?em prysn??, ?eby on oberwa? za mj b??d.
- Oni wiedz?, ?e by?em twoim H-manem - mwi?. - Na mnie te? zaczn? polowa?.
- Mo?e przez par? dni. Ale prze?lesz swoj? dzia?k? na Warsztat Twarzy Bobby Joe'ego, ?eby nie chcieli od ciebie forsy, potem przesiedzisz gdzie? spokojnie jaki? tydzie? i zapomn?.
Mia? racj?, ale nic mnie to nie obchodzi?o.
- Wszed?em w interes za dwadzie?cia procent bogactwa, wi?c wchodz? na pi??dziesi?t procent k?opotw.
Wtedy nagle zobaczy? to, czego szuka?.
- Tam s?, Dobry. Te ch?opaki, ktrych po mnie wys?ali. W tym mercedesie.
Spojrza?em, ale widzia?em tylko ?wiat?a. Potem poczu?em jego r?k? na ramieniu. Pchn?? mnie tak, ?e polecia?em z chodnika prosto w krzaki, a kiedy si? wyczo?ga?em, Pies znikn??. Przez jak?? minuty trz?s?em si?, ?e oberw? w rym g?szczu, zanim zrozumia?em, ?e usun?? mnie z drogi, ?eby mnie nie zastrzelili, zad?gali czy przeci?li laserem, cokolwiek planowali dla niego, ?eby wyrwna? rachunki.
By?em bezpieczny, nie? Powinienem pryska?, zmy? si? z miasta. Nie musia?em nawet zwraca? forsy. Mia?em do??, ?eby wyjecha? z kraju i sp?dzi? reszt? ?ycia tam, gdzie nawet Odm?d?ona Mafia by mnie nie znalaz?a.
My?la?em o tym. Sp?dzi?em noc w budzie Mamy Pryszcz, wiedz?c, ?e b?d? pilnowa? mojego mieszkania. Ca?? noc my?la?em o miejscach, gdzie mg?bym pojecha?. Australia. Nowa Zelandia. Czy nawet jaki? obcy kraj. Sta? mnie by?o na dobry kryszta? s?ownikowy, wi?c bez trudu z?apa?bym nowy j?zyk.
Ale rano nie by?em w stanie. Mama Pryszcz nie prosi?a mnie w?a?ciwie, ?ebym zosta?, ale wydawa?a si? taka zmartwiona, a ja mog?em tylko powiedzie?, ?e pchn?? mnie w krzaki i teraz nie wiem, gdzie jest. Kiwn??a g?ow? i dalej szykowa?a ?niadanie. Tylko r?ce jej dr?a?y ze zdenerwowania. Wiedzia?a, ?e Pieser nie ma najmniejszej szansy przeciw Og?upionej Mafii.
- Przykro mi - mwi?.
- Co mo?esz poradzi?? Kiedy ci? chc?, to ci? bior?. Je?li federalni nie dadz? ci nowej twarzy, nigdzie si? nie ukryjesz.
- A je?li go nie chc?? Za?mia?a si?.
- Ca?a ulica zna t? histori?. O aresztowaniach by?o w gazetach i teraz wszyscy wiedz?, ?e mocni faceci szukaj? Piesera. Chc? go tak mocno, ?e wszyscy to czuj?.
- A gdyby wiedzieli, ?e to nie jego wina? - pytam. - Gdyby kto? im powiedzia?, ?e to wypadek? Pomy?ka?
Mama Pryszcz patrzy na mnie z ukosa - niewielu ludzi potrafi zgadn??, kiedy patrzy z ukosa, ale ja tak - i mwi:
- Tylko jeden ch?opak mo?e im to powiedzie? tak, ?eby uwierzyli. - Wiem.
- I je?li ten ch?opak wejdzie i powie: wyt?umacz? wam, czemu nie chcecie robi? krzywdy mojemu przyjacielowi Pieserowi...
- Nikt nie twierdzi, ?e ?ycie jest bezpieczne - mwi?. - Zreszt?, co mog? mi zrobi? gorszego ni? to, co mi si? zdarzy?o, kiedy mia?em dziewi?? lat?
Wtedy podesz?a i po?o?y?a mi r?k? na g?owie. Nic wi?cej. Po prostu trzyma?a j? tam przez chwil? i wiedzia?em, co musz? zrobi?.
I zrobi?em to. Poszed?em do Grubego Jacka i powiedzia?em, ?e chc? pogada? z Ma?ym Mi?t? o Pieserze. W p? minuty wynie?li mnie w alejk?, wrzucili do samochodu i powie?li gdzie? z bu?k? wci?ni?t? w pod?og?, ?ebym nie domy?li? si?, gdzie jad?. Durnie. Nie wiedzieli, ?e kto? tak wertykalny jak ja potrafi poda? liczb? obrotw ka?dego ko?a i wykre?li? dok?adn? trajektori? ka?dego zakr?tu. Mog?em im wyrysowa? map? miejsca, do ktrego mnie zabrali. Tyle ?e gdyby si? o tym dowiedzieli, nigdy bym stamt?d nie wyszed?. A by?a spora szansa, ?e sko?cz? napompowany gadaczem. Wiec wykasowa?em pami??. I bardzo dobrze - to by?a pierwsza rzecz, o jak? mnie zapytali zaraz po zastrzyku.
Dali mi dawk? dla doros?ego, wi?c praktycznie opowiedzia?em im ca?? histori? swojego ?ycia, przekaza?em opinie na temat ich samych i wszystkich innych oraz ca?? reszt?. Sesja trwa?a par? godzin, wed?ug mnie przez wieczno??, ale w ko?cu wiedzieli, wiedzieli z ca?? pewno?ci?, ?e Pieser gra? z nimi czysto. Wi?c kiedy dzia?anie gadacza mija?o i zaczyna?em rozumie?, co mwi?, prosi?em ich, b?aga?em: dajcie mu ?y?! Pu??cie go. Odda pieni?dze, ja te? oddam, tylko go zostawcie.
- Dobra - mwi ten facet. Nie uwierzy?em.
- Nie, naprawd?, wypu?cimy go.
- Macie go tutaj?
- Przywie?li?my go, zanim jeszcze si? zjawi?e?. To nie by?o trudne, - I nie zabili?cie go?
- Zabi?? Musieli?my najpierw odzyska? szmal, wi?c by? nam potrzebny ?ywy a? do rana. A potem ty przyszed?e? i twoja historyjka zmieni?a nasz? opini?, naprawd?. Zrobi?o nam si? g?upio i ?al tego szmat?awego alfonsa.
Przez par? sekund naprawd? wierzy?em, ?e wszystko b?dzie dobrze. Ale zaraz wiedzia?em - z tego, jak na siebie patrzyli, co robili - wiedzia?em tak samo, jak wiem, kiedy szukam has?a.
Wprowadzili Piesera i dali mi ksi??k?. Pieser by? bardzo spokojny, sztywny i zdawa?o si?, ?e wcale mnie nie poznaje. Nie musia?em nawet patrze? na t? ksi??k?, ?eby wiedzie?, co to jest. Oni wymontowali mu ca?y mzg i zast?pili go szk?em, tak jak mnie, tyle ?e poza granic?, daleko, bardzo daleko poza granic?. W jego g?owie nie zosta?a ani odrobina Piesera, tylko to dobro i ?wiat?owody. Ksi??ka by?a instrukcj? obs?ugi i poucza?a, jak go programowa? i sterowa?.
Patrzy?em na niego i to by? Pieser, ta sama twarz, te same w?osy, wszystko. A potem si? rusza? albo odzywa? i by? martwy, by? kim? innym ?yj?cym w ciele Piesera.
- Dlaczego? - pytam ich. - Czemu zwyczajnie go nie zabili?cie, zamiast robi? co? takiego?
- Za du?a sprawa - mwi?. - Wszyscy w G-boro wiedz?, co si? sta?o, wszyscy w kraju, na ca?ym ?wiecie. Nawet je?li to pomy?ka, nie mo?emy pu?ci? tej historii. ?adnych pretensji, Dobry. On ?yje. Ty te?. I tak zostanie, pod warunkiem, ?e b?dziesz si? stosowa? do kilku prostych regu?. On jest powy?ej granicy, wi?c musi mie? w?a?ciciela. Ty nim b?dziesz. Mo?esz go wykorzystywa?, jak zechcesz - wynajmowa? do magazynowania danych, wypo?ycza? jako m?sk? dziwk?, wszystko jedno. Tyle ?e zostaje z tob?. Na zawsze. I codziennie ma spacerowa? po ulicy, tutaj, w G-boro, ?eby?my mogli przywozi? ludzi i pokazywa?, co spotyka facetw, ktrzy pope?niaj? b??dy. Mo?esz nawet zachowa? swoj? dzia?k? z zielonych, ?eby? nie musia? kombinowa?, je?li nie masz ochoty. Sam widzisz, jak ci? lubimy, Dobry. Ale je?li on wyjedzie z G-boro albo nie wyjdzie na spacer cho?by przez jeden dzie?, b?dzie ci bardzo przykro przez ostatnie sze?? godzin ?ycia. Zrozumia?e??
Zrozumia?em. Zabra?em go ze sob?. Kupi?em mieszkanie, ciuchy i tak to leci od tego czasu. Dlatego codziennie wychodzimy na ulic?. Przeczyta?em ca?? instrukcj? i wysz?o mi, ?e mo?e zosta?o gdzie? w ?rodku z dziesi?? procent Piesera. I ta cz??? nie mo?e si? przebi? na powierzchni?, nie umie mwi?, rusza? si? ani nic w tym rodzaju, nie jest zdolna do wspomnie? ani ?wiadomego my?lenia. Mo?e jednak w?czy si? po wn?trzu tego, co kiedy? by?o jego g?ow?, mo?e czasem ogl?da dane, zmagazynowane przez to ca?e dobro. Mo?e pewnego dnia trafi nawet na t? histori? i b?dzie wiedzia?, ?e prbowa?em go ratowa?.
Na razie jednak to jest moja ostatnia wola i testament. Widzicie, robi? r?ne badania na temat Orgiastycznej Mafii, tak ?e pewnego dnia b?d? wiedzia? dosy?, by si?gn?? do wn?trza systemu i rozmontowa? go. Rozmontowa? ca?o??, ?eby te sukinsyny straci?y wszystko, tak jak wszystko odebra?y Pieserowi. Problem w tym, ?e do pewnych miejsc nie mo?na zajrze? bez zostawiania ?ladw. Dobro to tylko dobro, zawsze to powtarzam. Dowiem si?, ?e nie jestem taki ?wietny, jak mi si? wydawa?o, kiedy pewnego dnia kto? podejdzie i wepchnie mi twarz w gor?c? stalow? szczot?. Wtedy rozwal? sobie mzg. Ale jest jeszcze ten drobiazg, ukryty w paruset lokalizacjach w systemie. Trzy dni po tym, jak nie prze?l? swojego kodu do pewnego programu w pewnym punkcie, ca?a historia wyjdzie na jaw. Fakt, ?e j? czytacie, oznacza, ?e jestem trupem.
Albo te?, ?e im odp?aci?em i przesta?em j? ukrywa?, bo ju? mi nie zale?y. Tak wi?c mo?e to moja pie?? ?ab?dzia, a mo?e pie?? zwyci?stwa. Tego si? nie dowiecie, ch?opcy.
Ale b?dziecie si? zastanawia?. To dobrze. B?dziecie o nas my?le?, kimkolwiek jeste?cie, my?le? o starym Dobrym Ch?opcu i Pieserze, zgadywa?, czy te k?y, ktre rozdar?y czaszk? Piesia i zmieni?y go w przedmiot, zap?aci?y za wszystko, a? do ostatniej odrobinki.
Tymczasem mam maszyn? napchan? dobrem, ktrej musz? pilnowa?. To tylko w dziesi?ciu procentach cz?owiek, ale w ko?cu sam nim jestem w czterdziestu procentach. Razem tworzymy po?wk?. Ale t? po?wk?, ktra si? liczy. Po?wk?, ktra wci?? czego? chce. Dobro w jego g?owie i dobro w mojej to tylko ?wiat?owody i elektryczno??. ?wietlne ?mieci. Ale mnie pozosta?o par? pragnie? i mo?e Pieserowi te?, cho? pewnie jeszcze mniej. I dostaniemy to, czego chcemy. Ka?dy okruch. Ka?d? iskierk?. Mo?ecie mi wierzy?.
4. STARAMY SI? TEGO NIE OKAZYWA?

Nie by?o kolejki. Hiram Cloward zwrci? na to uwag? stoj?cemu za lad? cz?owiekowi o w?skiej twarzy.
- Nie ma kolejki.
- To departament skarg. Jeste?my dumni, ?e tak niewiele osb si? skar?y. - Cz?owiek o w?skiej twarzy u?miecha? si? z wy?szo?ci?, co Hirama irytowa?o. - Co si? sta?o z pa?skim telewizorem?
- Pokazuje tylko mydlane opery, to si? sta?o. I jakie? krety?skie horrory.
- No c?... to sprawa programowania, prosz? pana, a nie uszkodzenie mechaniczne.
- Jest mechaniczne. Nie mog? tego dra?stwa wy??czy?.
- Prosz? poda? nazwisko i numer ubezpieczenia.
- Hiram Cloward. 528-80-693883-7.
- Adres? -ARF-487-U7b.
- To dla osb samotnych. Dlatego nie mo?e pan wy??czy? telewizora.
- Czy to znaczy, ?e nie mog? wy??czy? telewizora, bo nie jestem ?onaty?
- Wed?ug autoryzowanych przez Kongres bada? naukowych, prowadzonych w okresie trzech lat od tysi?c dziewi??set osiemdziesi?tego dziewi?tego do tysi?c dziewi??set dziewi??dziesi?tego pierwszego, niezb?dne jest, aby osoba mieszkaj?ca samotnie mia?a przez ca?y czas zapewnione towarzystwo telewizora.
- Lubi? samotno?? i cisz?.
- Ale Kongres wyda? takie prawo, prosz? pana, a nie mo?emy narusza? prawa...
- Czy mog? porozmawia? z kim? inteligentnym? Cz?owiek o w?skiej twarzy rozz?o?ci? si? chyba, gdy? uszy zap?on??y mu czerwieni?. Ale natychmiast si? opanowa?.
- Szczerze mwi?c - odpar? spokojnym g?osem - gdy ktokolwiek ze sk?adaj?cych skarg? staje si? agresywny czy z?o?liwy, natychmiast kierujemy go do sekcji A6.
- A co tam jest? Pluton egzekucyjny?
- To za tymi drzwiami.
Hiram spojrza? we wskazanym kierunku, na szklane drzwi na drugim ko?cu poczekalni. Za nimi by? gabinet pe?en wygodnych domowych sprz?tw: kilka krzese?, biurko... I m??czyzna tak wyzywaj?co nordycki, ?e nawet Hitler by go nie cierpia?.
- Dzie? dobry - powiedzia? ciep?o Aryjczyk.
- Cze??.
- Prosz? usi???.
Uprzejmo?? i ciep?o wzbudza?y w Hiramie jeszcze wi?ksz? odraz?. Czy?by chcieli go przekona?, ?e wcale nie nadu?ywaj? jego cierpliwo?ci?
- A wi?c nie podoba si? panu co? w pa?skim oprogramowaniu -stwierdzi? Aryjczyk.
- W waszym oprogramowaniu, chcia? pan powiedzie?. Na pewno nie jest moje. Nie wiem, dlaczego Bell Television uwa?a, ?e ma prawo przez dwadzie?cia cztery godziny na dob? narzuca? mi swoje pomys?y co do zabawy i rozrywki. W ka?dym razie ja mam tego dosy?. Ju? wcze?niej by?o ?le, ale przynajmniej mia?em jak?? odmian?, a przez ostatnie dwa miesi?ce zosta?y tylko mydlanki i horrory.
- I dopiero po dwch miesi?cach pan to zauwa?y??
- Stara?em si? nie zwraca? uwagi na telewizor. Lubi? czyta?. Mo?e by? pan pewien, ?e je?li mia?bym troch? wi?cej pieni?dzy ni? ta idiotycznie ma?a emerytura od waszego ukochanego rz?du, zap?aci?bym za pokj bez telewizora i mia?bym wreszcie troch? spokoju.
- Nie mog? nic poradzi? na pa?sk? sytuacj? finansow?. A prawo jest prawem.
- Tyle tylko od pana us?ysz?? Prawo? To samo mwi? ten chuderlawy czubek na zewn?trz.
- Panie Cloward, patrz?c w pa?skie akta, rzeczywi?cie widz?, ?e opery mydlane i horrory nie s? dla pana w?a?ciwym programem. 
- Nie s? w?a?ciwe dla nikogo, kto ma IQ powy?ej o?miu. Aryjczyk pokiwa? g?ow?.
- Uwa?a pan, ?e ludzie, ktrzy lubi? opery mydlane i horrory, nie dorwnuj? inteligencj? ludziom, ktrzy ich nie lubi?.
- Jasne. Mam doktorat z literatury, na lito?? bosk?! Aryjczyk by? uosobieniem wsp?czucia.
- Oczywi?cie, ?e nie lubi pan oper mydlanych! Jestem pewien, ?e to pomy?ka. Staramy si? nie robi? pomy?ek, ale jeste?my tylko lud?mi. Z wyj?tkiem komputerw, oczywi?cie.
To mia? by? ?art, ale Hiram si? nie roze?mia?. Aryjczyk papla? o niczym, patrz?c na zakryty przed Hiramem ekran monitora.
- Mo?e i jeste?my jedyn? sieci? telewizyjn? w mie?cie, ale...
- Ale staracie si? tego nie okazywa?.
- Tak. No c?, musia? pan s?ysze? nasze reklamy.
- Nieustannie.
- Zobaczmy. Hiram Cloward. Doktorat, Uniwersytet Nebraska 1981. Literatura angielska dwudziestego wieku i literatura rosyjska. Praca magisterska o wp?ywie Dostojewskiego na pisarzy angloj?zycznych. Prawie doskona?y indeks obecno?ci studentw na zaj?ciach, reputacja cz?owieka aroganckiego, lecz kompetentnego.
- Jak du?o w ogle o mnie wiecie?
- Tylko standardowe dane badawcze konsumenta. Ale istotnie mamy pewien problem.
Hiram czeka?, ale Aryjczyk wcisn?? tylko klawisz, odchyli? si? i popatrzy? na niego. Oczy mia? ?agodne, ciep?e, skupione. Hiram poczu? si? nieswojo.
- Panie Cloward... - Tak?
- Jest pan bezrobotny.
- Nie z w?asnej woli.
-Niewielu ludzi jest bezrobotnych z w?asnej woli, panie Cloward. Nie ma pan pracy. Nie ma pan tak?e rodziny. Nie ma pan przyjaci?.
- To s? badania rynku? A co, tylko ludzie z przyjaci?mi kupuj? ry?owe chrupki?
- Je?li ju? o tym mowa, chrupki ry?owe preferuj? ludzie samotni. Musimy wiedzie?, kto najprawdopodobniej b?dzie reagowa? na reklam? i zgodnie z tym uk?adamy nasze programy.
Hiram przypomnia? sobie, ?e prawie codziennie jada na ?niadanie ry?owe chrupki. Poprzysi?g? sobie, ?e przerzuci si? na co? innego. Na owsiank?, na przyk?ad. Na pewno jest bardziej towarzyska.
- Rozumie pan wag? ustawy o selektywnym doborze programw z roku osiemdziesi?tego pi?tego, prawda?
- Tak.
- S?d Najwy?szy uzna?, ?e to niesprawiedliwe, ?eby wszystkie programy by?y kierowane do wi?kszo?ci, przez co mniejszo?ci s? pokrzywdzone. Tak wi?c Bell Television uzyska? zamwienie na przygotowanie indywidualnie dobieranego systemu nadawania, tak aby ka?dy uczestnik we w?asnym domu odbiera? programy dla niego idealne.
- Wiem o tym wszystkim.
- Musz? jednak jeszcze raz panu przypomnie?, panie Cloward, poniewa? chc? pomc panu zrozumie?, dlaczego nie mo?emy zmieni? pa?skiego programowania.
Hiram zesztywnia? na krze?le i zacisn?? palce.
- Wiedzia?em, ?e niczego nie zmienicie, dranie.
- Panie Cloward, my, dranie, z rado?ci? zmieniliby?my pa?ski program. Ale jeste?my ?ci?le kierowani przez rz?d i mamy obowi?zek ka?demu ameryka?skiemu obywatelowi zapewni? najzdrowsze dla niego programy. A teraz, pozwoli pan, wrc? do wywiadu.
- A ja wrc? do domu, je?li to panu nie przeszkadza.
- Panie Cloward, jeste?my sk?onni przygotowa? program dla mniejszo?ci tak niewielkich, jak dziesi?? tysi?cy ludzi, ale nie mniej. Nawet dla dziesi?ciotysi?cznych grup programowanie jest niesamowicie kosztowne. Produkcja wzrokominuty programu, ogl?danego przez tak niewielk? grup?, kosztuje o wiele wi?cej ni? tego, ktry ogl?da trzydzie?ci czy czterdzie?ci milionw osb. Jednak pan nale?y do mniejszo?ci o wiele mniej licznej ni? dziesi?? tysi?cy.
- Czuj? si? wyj?tkowy.
- Co wi?cej, ustawa o ochronie konsumenta programw z sze??dziesi?tego dziewi?tego roku oraz zarz?dzenia konsumenckiej agencji telewizyjnej wytyczaj? nam bardzo ?cis?e tory dzia?ania. Panie Cloward, nie mo?emy pokaza? panu programu, w ktrym wyst?puj? akty przemocy.
- Dlaczego nie?
- Poniewa? ma pan sk?onno?? do agresji, ktr? ogl?danie przemocy tylko podwy?szy. Podobnie nie mo?emy pozwoli? panu na ogl?danie programu erotycznego.
Cloward zaczerwieni? si?.
- Nie ma pan ?adnego ?ycia seksualnego, panie Cloward. Czy zdaje sobie pan spraw?, jakie to niebezpieczne? Nawet si? pan nie masturbuje. Pa?skie wewn?trzne napi?cia i stresy musz? by? gigantyczne.
Cloward poderwa? si? na nogi. S? pewne granice tego, co cz?owiek mo?e znie?? spokojnie. Ruszy? do drzwi.
- Przepraszam pana, panie Cloward. - Aryjczyk ruszy? za nim. - Nie wymy?lam sobie tego. Nie chcia?by pan raczej wiedzie?, dlaczego zapadaj? takie decyzje?
Hiram zatrzyma? si? z r?k? na klamce. Aryjczyk mia? racj?. Lepiej wiedzie? dlaczego, ni? ich za to nienawidzi?.
- Jak? - spyta? Hiram. - W jaki sposb wiedz?, co robi?, a czego nie robi? w swoim domu?
- Nie wiemy, oczywi?cie, ale jeste?my niemal pewni. Studiujemy ludzi od lat i wiemy, ?e ci, ktrzy realizuj? pewien wzorzec zakupw, pewien wzorzec ?ycia, zachowuj? si? w ten w?a?nie sposb. Niestety, ma pan bardzo silne sk?onno?ci destrukcyjne. T?umienie i odmowa to pa?skie g?wne sposoby reakcji na stres. Czasami tak?e wybuch.
- Co to w?a?ciwie znaczy, do diab?a?
- To znaczy, ?e ok?amuje pan siebie, a gdy ju? nie pan d?u?ej mo?e, wtedy zwraca si? pan przeciwko sobie.
Hiram czu? ?ar na twarzy i pulsowanie w skroniach. Musz? wygl?da? jak pomidor, pomy?la? i z wysi?kiem si? uspokoi?. Nie obchodzi mnie to, stwierdzi?. I tak nie maj? racji. Durne naukowe testy. .
- Czy nie ma ?adnych filmw, ktre mogliby?cie mi zaprogramowa??
- Przykro mi, ale nie.
- Nie we wszystkich filmach wyst?puje seks i przemoc. Aryjczyk u?miechn?? si? ?agodnie.
- Te, w ktrych nie wyst?puj?, i tak by pana nie zaciekawi?y.
- Wi?c wy??czcie to dra?stwo i pozwlcie mi czyta?!
- Tego nie mo?emy zrobi?.
- Nie mo?ecie tego wy??czy?? - Nie.
- Rzygam ju?, s?ysz?c o Sarze Wynn i jej cholernym ?yciu uczuciowym!
- A czy Sara Wynn nie jest atrakcyjna? - zapyta? Aryjczyk. Hiram znieruchomia?. Czasami ?ni? o Sarze Wynn. Milcza?. Nic
go w Sarze Wynn nie poci?ga?o.
- Jest, prawda? - naciska? Aryjczyk. - Kto jest kim?
- Sara Wynn.
- A kto tu mwi o Sarze Wynn? A co z filmami dokumentalnymi?
- Panie Cloward, by?by pan wyj?tkowo agresywny, gdyby?my nadawali do pana wiadomo?ci. Sam pan wie.
- Walter Cronkite ju? nie ?yje. Mo?e teraz by mi si? bardziej podoba?o.
- Pana nie obchodz? wiadomo?ci z prawdziwego ?wiata, panie Cloward, prawda?
-Nie.
- Wi?c sam pan widzi, jak to wygl?da. Ani sekunda naszych programw nie jest dla pana odpowiednia. Ale dziewi??dziesi?t procent jest dla pana wr?cz szkodliwe. Nie mo?emy jednak wy??czy? telewizora ze wzgl?du na ustaw? o samotno?ci. Rozumie pan nasz problem?
- A pan rozumie mj?
- Oczywi?cie, panie Cloward. I bardzo panu wsp?czuj?. Prosz? znale?? jakich? przyjaci?, panie Cloward, a wy??czymy panu telewizor.
Spotkanie dobieg?o ko?ca.
Przez dwa dni Cloward chodzi? sm?tny. Przez ca?y ten czas Sara Wynn rozpacza?a po swoim trzydniowym ma??onku, ktry zgin?? w wypadku samochodowym przy Wiltshire Boulevard, gdziekolwiek by to by?o. Ale teraz, kiedy cia?o ju? wystyg?o, jej dawni konkurenci ofiarowywali si? z pomoc?, prbowali da? sw? mi?o??.
- Czy nie mo?esz uzale?ni? si? ode mnie, cho?by troch?? - pyta? Teddy, ten przystojny i bogaty.
- Nie lubi? by? zale?na od ludzi - odpar?a Sara.
- By?a? zale?na od George'a. - George to m??, ten co zgin??.
- Wiem - powiedzia?a i zap?aka?a. P?acz rzeczywi?cie dobrze jej wychodzi?.
Hiram Cloward odwrci? kolejn? kartk? Braci Karamazow.
- Potrzebujesz przyjaci? - nalega? Teddy.
- Och, Teddy, wiem o tym - odpar?a szlochaj?c. - B?dziesz moim przyjacielem?
- Kto pisze te bzdury? - zapyta? na g?os Hiram Cloward. Mo?e Aryjczyk w biurze stacji telewizyjnej mia? racj?? Znajd? przyjaci?. Niech wy??cz? ten cholerny telewizor, niezale?nie od kosztw.
Wsta? i wyszed? na korytarz budynku. Na ?cianach wywieszono kilka og?osze?:
K?ko szachowe 17-21 ?rody.
Grupy zapoznawcze codziennie o 19.
Robtki r?czne 18.30 (przynie? w?czk? i druty).
Gry, gry i gry w pokoju gier (w piwnicy).
Chcesz porozmawia?? Przyjaciele Rodziny
codziennie od 19.30 do 22.30
Przyjaciele Rodziny? Hiram parskn??. Rodzina to jego p?aczliwa matka i jej bezustanny szloch rozpaczy nad ?yciem, ktre by?o dla niej takie trudne. Narzeka?a nieustannie, ?e nikt przy zdrowych zmys?ach nie urodzi?by si? kobiet?, gdyby tylko mia? jaki? wybr. Ale nie by?o ?adnego wyboru. Ma??e?stwo to tylko pu?apka, jak? m??czy?ni zastawiaj? na kobiety, daj?c im par? minut rozkoszy za ca?e ?ycie harwki. Kln? si? na Boga, ?e gdyby nie mj ma?y Hiramek, rzuci?abym drania na dobre. To dla ciebie zostan?, mj malutki, poniewa? gdybym odesz?a, wyrs?by? na takiego drania jak ten twj ojciec z brzuchem wielkim od piwa.
A przyjaciele? Jacy przyjaciele mogli si? zjawi?, gdy dobry tatu? pi? wd? i bi? pasem ka?dego, kogo tylko z?apa??
Czytam. To w?a?nie robi?. Ksi??? i ?ebrak, Jankes na dworze krla Artura, Duma i uprzedzenie. ?wiaty w ?wiatach, wszystkie takie ?liczne, eleganckie i zabawne jak diabli.
Przyjaciele Rodziny... Mo?e warto sprbowa?.
Hiram dotar? do windy i zjecha? osiemna?cie pi?ter w d?, na poziom rozrywkowy. Przyjaci? Rodziny znalaz? w ca?kiem sporym pomieszczeniu z alkoholem po jednej stronie i z wod? sodow? po drugiej. Zdziwi? si?, ?e powrci?a nazwa woda sodowa". Podszed? do sto?u i poprosi? kobiet? o coca-col?.
- Ile fili?anek kawy dzi? pan wypi?? - spyta?a. - Trzy.
- Przykro mi, ale nie mog? panu poda? napoju z kofein?. Mog? zaproponowa? sprite'a?
- Nie mo?e pani - odpar? Hiram, zaciskaj?c z?by. - Za bardzo nas nia?cz?.
- Tak samo uwa?am - odezwa?a si? kobieta ze sprite'em w r?ku. - Chroni? nas, chroni? i chroni?, i na co to wszystko? Ludzie i tak umieraj?.
- Podejrzewa?em to - odpar? Hiram, u?miechaj?c si? z wysi?kiem. Nie by? pewien, czy jego ?art wyda si? zabawny, czy tylko sarkastyczny. Chyba zabawny. Kobieta roze?mia?a si?.
- Zabawny pan jest - powiedzia?a. - Czym si? pan zajmuje? 
- By?em kiedy? wyk?adowc? literatury w Princeton.
- Ale jak mo?e pan mieszka? tutaj i pracowa? tam? Wzruszy? ramionami.
- Nie pracuj? tam. Powiedzia?em: by?em. Kiedy wprowadzili te nowe wyk?ady przez telewizj?, mia?em za ma?o studentw. Nie jestem osobowo?ci? telewizyjn?.
- Niewielu z nas jest - odpowiedzia?a z m?dr? min?. Kiwn??a g?ow? i u?miechn??a si?. - Och, t?skni? za dawnymi czasami. Kiedy brzydcy m??czy?ni, tacy jak David Brinkley, mogli czyta? wiadomo?ci.
- Pami?ta pani Brinkleya?
- Szczerze mwi?c, nie - odpar?a ze ?miechem. - Matka mi o nim opowiada?a.
Hiram przyjrza? si? jej z uznaniem. Nos niezbyt prosty, rzeczywi?cie, ale to chyba jedyne, co by jej przeszkadza?o w telewizji. Mi?y g?os. ?adna twarz. Cia?o.
Po?o?y?a d?o? na jego udzie.
- Co dzisiaj robisz? - spyta?a.
- Ogl?dam telewizj?- skrzywi? si?.
- Naprawd?? A co masz?
- Sar? Wynn. Pisn??a z rado?ci.
- To cudownie! Musimy by? pokrewnymi duszami! Ja te? mam
Sara Wynn!
Hiram sprbowa? si? u?miechn??.
- Czy mog? wst?pi? do twojego mieszkania?
Sygna? zagro?enia. D?o? na udzie. Zaproszenie do mieszkania. Seks. -Nie.
- Dlaczego nie?
Hiram przypomnia? sobie, ?e aby pozby? si? telewizji, musi wykaza?, ?e nie jest samotny. A u?o?enie sobie ?ycia seksualnego... to znaczy rozpocz?cie ?ycia seksualnego, na pewno pozwoli na zmian? tych przekl?tych profili.
- Chod?my - powiedzia? i bez wi?kszych ceregieli zostawi? Przyjaci? Rodziny.
W mieszkaniu natychmiast zdj??a buty, bluzk? i usiad?a na staromodnej sofie przed telewizorem.
- Ojej - powiedzia?a. - Tyle ksi??ek. Naprawd? jeste? profesorem, co?
- Owszem - przyzna?, wyczuwaj?c, ?e nast?pny ruch nale?y do niego. Tyle ?e nie mia? poj?cia, co w?a?ciwie powinien zrobi?.
Przypomnia? sobie swoj? jedyn? niezr?czn? prb? seksu, kiedy mia? (ile) trzyna?cie? (nie) czterna?cie lat, a dziewczyna pi?tna?cie i robi?a to dla kawa?u. Posz?a z nim wzd?u? koryta strumienia (wtedy by?y jeszcze strumienie i otwarty teren), nagle zatrzyma?a si? i odpi??a mu spodnie (wtedy by?y jeszcze zaniki b?yskawiczne), ale sko?czy?, zanim ona jeszcze porz?dnie zacz??a. Wi?c zrezygnowa?a niech?tnie, zabra?a jego spodnie i uciek?a. Mia?a na imi? Diana. Wrci? do domu bez spodni i nie potrafi? sensownie wyja?ni? tego matce. Matka przyj??a go ze wzgard? i przez d?ugie lata powraca?a do tego tematu, powtarzaj?c, ?e m??czyzna zawsze pozostaje m??czyzn? i cho?by nie wiadomo jak go traktowa?, zale?y mu tylko na jednym, a o biedn? dziewczyn? w ogle nie dba. Ale Hiram przyzwyczai? si? do takich rozmw i s?owa sp?ywa?y po nim jak woda. Wspomina? tylko nieopanowane dr?enie cia?a, ekstaz?, a potem wyraz niesmaku na twarzy dziewczyny. Pomy?la?, ?e to dlatego... mniejsza z tym.
Mniejsza z tym, wi?cej o tym nie b?d? my?la?.
- No chod? - powiedzia?a kobieta.
- Jak ci na imi?? - zapyta? Hiram. Spojrza?a w sufit.
- Agnes, na mi?o?? bosk?. No chod?.
Pomy?la?, ?e zdj?cie koszuli mo?e by? niez?ym pocz?tkiem. Przygl?da?a mu si? przez chwil?, a potem prbowa?a pomc.
- Nie - powiedzia?. - Co?
- Nie dotykaj mnie.
- Co z tob?, na mi?o?? bosk?? Jeste? impotentem?
Nie. Wcale nie. Po prostu go to nie interesuje. A co, nie wolno?
- Pos?uchaj: nie mam ochoty na zabaw? z psycholem. Mam inne sprawy do za?atwienia. Bior? stw? za numer. Standardowy, jasne?
Standardowe co? Hiram pokiwa? g?ow?, poniewa? nie ?mia? spyta?, o czym ona mwi.
- Ale ty najwyra?niej, Bg wie w jaki sposb, ch?opie, nie masz poj?cia, co si? dzieje na ?wiecie. Dwadzie?cia dolcw. Wystarczy za te dziesi?? minut, ktre mi wyrwa?e?. Zgoda?
- Nie mam dwudziestu dolcw - o?wiadczy? Hiram. Jej oczy spochmurnia?y.
- Niech to licho porwie. Ale trafi?am. S?uchaj ch?opie, nast?pnym razem, gdy zechcesz poderwa? panienk?, najpierw si? zastanw, co chcesz z ni? robi?. Dobra?
Zabra?a buty i bluzk?, i wysz?a. Hiram zosta? sam.
- Nie, Teddy - powiedzia?a Sara Wynn.
- Ale jeste? mi potrzebna. Rozpaczliwie potrzebna  zapewnia? Teddy na ekranie.
- Min??o dopiero kilka dni. Jak mog? i?? do ??ka z innym m??czyzn? kilka dni po ?mierci George'a? Ledwie cztery dni temu, razem z... nie, Teddy. Prosz?.
- Wi?c kiedy? Jak d?ugo? Tak bardzo ci? kocham.
?miecie, uzna?a analityczna cz??? umys?u Hirama, w oczywisty sposb oparte na historii Penelopy. Bez w?tpienia jej George, jej Odyseusz powrci, cudownie o?ywiony, gotw porwa? j? znowu w ma??e?sk? rozkosz. Ale, jak na razie, s? zalotnicy: wystarczaj?ca ich liczba, ?eby sprzeda? pi?tna?cie tysi?cy samochodw, sto tysi?cy pude?ek podpasek i czterysta tysi?cy paczek ry?owych chrupek.
Jednak nieanalityczna cz??? mzgu zupe?nie nie przejmowa?a si? Penelop?. Nie wiedzia? dlaczego, ale zaciska? i rozprostowywa? palce. Nie wiedzia?, dlaczego ca?y dr?a?. Nie wiedzia?, dlaczego osun?? si? na kolana przy sofie, ?ciska? Zbrodni? i kar?, a oczy prbowa?y p?aka?, lecz nie potrafi?y.
Sara Wynn p?aka?a.
Ale ona ?atwo p?acze, pomy?la? Hiram. To nieuczciwe, ?e ona tak ?atwo potrafi p?aka?. Tkaj len, Penelopo.
Zadzwoni? budzik, ale Hiram ju? nie spa?. Przy ??ku telewizor ?piewa? o myde?ku Dove z lanolin?. Produkty si? nie zmieniaj?, my?la? Hiram. Nigdy si? nie zmieniaj?. Reklamowali Dove z lanolin? na takich ma?ych straganach wok? krzy?a, na ktrym Jezus wykrwawi? si? na ?mier?. By? tego pewien. Dla delikatnej skry.
Wsta?, ubra? si? i usi?owa? czyta?, nie mog?c sobie przypomnie?, co zdarzy?o si? zesz?ej nocy i dlaczego jest taki rozdra?niony i nerwowy. Nie potrafi?. W ko?cu postanowi? wrci? do Aryjczyka w biurze Bell Television.
- Pan Cloward - powita? go Aryjczyk.
- Jest pan psychiatr?, prawda? - spyta? go Hiram.
- Nie, panie Cloward, jestem przedstawicielem biura skarg poziomu A6 w Bell Television. Co mog?, dla pana zrobi??
- Nie mog? ju? wytrzyma? z Sara Wynn - odpar? Hiram.
- To fatalnie. Mniej wi?cej za dwa tygodnie wszystko jej si? zacznie lepiej uk?ada?.
Wbrew sobie, Hiram mia? ochot? spyta?, co si? stanie. To nieuczciwe, ?e ten nordycki nadcz?owiek na d?ugie tygodnie przede mn? wie, co zrobi ma?a Sara. Zwalczy? jednak to uczucie, zawstydzony, ?e da? si? wci?gn?? g?upiej mydlance.
- Prosz? mi pomc.
- Jak mam panu pomc?
- Mo?e pan zmieni? moje ?ycie. Mo?e pan usun?? z mojego mieszkania telewizor.
- Ale? dlaczego, panie Cloward? - spyta? Aryjczyk. - Przecie? to w ?yciu jedyna rzecz, ktra jest absolutnie za darmo. Tyle ?e musi pan ogl?da? reklamy. A wie pan rwnie dobrze jak ja, ?e reklamy s? zabawne. Nie uwierzy pan, ale s? nawet ludzie, ktrzy podwajaj? czas reklam w swoich osobistych programach. Dostajemy dziennie tysi?ce pr?b o ostatni filmik McDonalda. Nie ma pan nawet poj?cia.
- Mam doskona?e poj?cie. Chc? czyta?. Chc? by? sam.
- Wr?cz przeciwnie, panie Cloward, marzy pan, ?eby nie by? samotnym. Rozpaczliwie potrzebuje pan przyjaciela.
Gniew.
- A sk?d jest pan taki cholernie pewien?
- Poniewa?, panie Cloward, pa?skie reakcje s? ca?kowicie typowe dla pa?skiej grupy. To grupa, o ktr? bardzo si? martwimy. Nie dysponujemy bud?etem, ?eby specjalnie dla was opracowa? program. Jest was tylko dwa tysi?ce w ca?ym kraju. Zreszt? bud?et niewiele by tu pomg?, bo nie wiemy, jakich programw tak naprawd? chcecie.
- Nie nale?? do ?adnej grupy.
- Nale?y pan do niej tak bardzo, ?e mo?na by pana nazwa? typowym. Dominuj?ca matka, nieobecny lub wrogi ojciec, ?adnych d?ugoterminowych zwi?zkw. ?adnego ?ycia seksualnego.
- Mam ?ycie seksualne.
- Je?eli istotnie prbowa? pan podj?? aktywno?? seksualn?, to z pewno?ci? z prostytutk?, a ona oczekiwa?a od pana zbytniego wyrafinowania. ?atwo pana zawstydzi?, nie mg? pan sobie z tym poradzi?, a zatem do stosunku nie dosz?o. Zgadza si??
- Kim pan jest?! Co pan chce ze mn? zrobi??!
- Jestem psychoanalitykiem, oczywi?cie. Ka?dy, czyjej skargi nie potrafi za?atwi? nasza biurokratyczna figura w pierwszym pokoju, potrzebuje pomocy, a nie innego biurokraty. Chc? panu pomc. Jestem pa?skim przyjacielem.
Nagle gniew zosta? zast?piony przez ca?kowicie bzdurn? wizj? nordyckiego nadcz?owieka, ktry chce pomc ma?emu Hiramowi Clowardowi. Bezrobotny profesor roze?mia? si? g?o?no.
- Humor! Bardzo zdrowo! - pochwali? go Aryjczyk".
- O co tu chodzi? My?la?em, ?e psychiatrzy powinni by? subtelni.
- Wobec pewnych ludzi, zw?aszcza typw paranoidalnych, ktrym pan nie jest, i schizoidalnych, ktrym tak?e pan nie jest.
- A czym jestem?
- Powiedzia?em panu. Strategia odmowy i represji. Bardzo niezdrowe. Niezdolny do dzia?ania, jeszcze mniej zdrowe. Ale jest pan wyj?tkowo inteligentny, pod wieloma wzgl?dami uzdolniony. Osobi?cie uwa?am za skandal, ?e nie mo?e pan uczy?.
- Jestem ?wietnym nauczycielem.
- Testy ze studentami wykaza?y, ?e wyj?tkowo silnie podkre?la pan wszystko, co ezoteryczne. Tylko ludzie podobni do pana lubiliby wyk?ady takiej osoby, jak pan. A nie ma wielu takich ludzi. Nie pasuje pan do typowych kategorii.
- Dlatego jestem prze?ladowany.
- Niech pan nie prbuje udawa? paranoika. - Aryjczyk u?miechn?? si?.
Hiram odpowiedzia? u?miechem. To szale?stwo. Lewisie Carrollu, gdzie jeste?, kiedy naprawd? ci? potrzebuj??
- Je?li jest pan psychiatr?, to powinienem swobodnie z panem rozmawia?.
- Je?li tylko pan chce.
- Nie chc?.
- A dlaczego?
- Dlatego, ?e jest pan tak cholernie doskona?ym Aryjczykiem. Aryjczyk pochyli? si? z zaciekawieniem.
- Czy to panu przeszkadza?
- Mam ochot? si? wyrzyga?.
- Dlaczego?
Zaciekawiony wzrok by? zbyt czujny, zbyt zachwycony. Hiram nie mg? si? oprze?.
- Nic pan nie wie o moich prze?yciach z czasw wojny, nie myl? si?, prawda?
- Jakiej wojny? Nie mieli?my ostatnio ?adnej...
- By?em jeszcze bardzo ma?y. W Niemczech. Wie pan, moi rodzice nie s? moimi prawdziwymi rodzicami. Pracowali w Niemczech w ambasadzie ameryka?skiej. W Berlinie, w tysi?c dziewi??set trzydziestym smym, zanim wybuch?a wojna. Moi prawdziwi rodzice te? tam byli: niemieccy ?ydzi albo na wp? ?ydzi. Prawdziwy ojciec, dajmy temu spokj, nie potrzebuje pan pe?nej genealogii. Powiedzmy tyle, ?e mia?em dopiero jedena?cie dni, gdy zd??yli mnie zarejestrowa? i mj ?ydowski ojciec zabra? mnie do swojego przyjaciela, pana Clowarda z ambasady ameryka?skiej, ktrego ?ona niedawno poroni?a. We? moje dziecko", powiedzia? ojciec. Dlaczego?", spyta? Cloward. Poniewa? mamy z ?on? doskona?y, ca?kowicie pewny plan zamordowania Hitlera. Tyle ?e w ?aden sposb nie zdo?amy tego prze?y?". I tak Cloward, mj adoptowany ojciec, wzi?? mnie na wychowanie. A nast?pnego dnia przeczyta? w gazecie, ?e moi rodzice zgin?li w wypadku" na ulicy. Zbada? t? spraw? i odkry?, ?e ca?kiem przypadkiem, kiedy wprowadzali w ?ycie swj doskona?y plan, jakie? brunatne koszule zauwa?y?y ich na ulicy. Kto? krzykn??, ?e to ?ydzi. M?odzi nudzili si? i dlatego zaatakowali. Naturalnie nie mieli poj?cia, ?e ratuj? ?ycie Hitlerowi. Ci nordyccy nadludzie zacz?li bi? moj? matk? i zmusili ojca, by patrzy?, jak rozbieraj? j? i gwa?c?, a potem rozpruwaj? brzuch. Na ojcu potem eksperymentowano najnowszy model zgniatacza j?der. W ko?cu z blu odgryz? sobie j?zyk i wykrwawi? si? na ?mier?. Nie lubi? nordyckich typw.
Hiram usiad?. Oczy mia? pe?ne ?ez i ?alu. U?wiadomi? sobie, ?e rzeczywi?cie potrafi p?aka? - nie za wiele, ale dawa?o to nadziej?, i
- Panie Cloward - powiedzia? Aryjczyk. - Urodzi? si? pan w Missouri w tysi?c dziewi??set pi??dziesi?tym pierwszym roku. Pa?scy zarejestrowani rodzice s? naturalnymi rodzicami.
Hiram u?miechn?? si?.
- Ale to by?a w?ciekle freudowska fantazja, prawda? Zgwa?cona matka, wykastrowany ojciec, pozbawiony dziedzictwa i tak dalej...
Aryjczyk u?miechn?? si?.
- Powinien pan by? pisarzem, panie Cloward.
- Wol? czyta?. Prosz?, pozwlcie mi czyta?.
- Nie mog? zabroni? panu czytania.
- Wy??czcie Sar? Wynn. Wy??czcie te posiad?o?ci, sk?d m?ode dziewczyny uciekaj? przed gro?b? ma??e?stwa z m??czyzn?, ktry okazuje si? przyjazny i kochaj?cy. Wy??czcie reklamwki samochodw i prezerwatyw.
- I zostawi? pana samego, ?eby zatopi? si? pan w kataleptycznych fantazjach po?rd przyt?aczaj?cych, pos?pnych rosyjskich powie?ci?
Hiram pokr?ci? g?ow?. Czy?bym ?ebra??, zastanowi? si?. Tak,
zdecydowa?.
- B?agam. Moje rosyjskie powie?ci nie s? przyt?aczaj?ce ani pos?pne. S? zachwycaj?ce, pobudzaj?ce, wspania?e.
- To jeden z objaww pa?skiej choroby, panie Cloward. Pragnie pan by? przyt?oczony.
- Za ka?dym razem, kiedy czytam Dostojewskiego, czuj? si?
spe?niony.
- Po dwadzie?cia razy przeczyta? pan wszystkie teksty Dostojewskiego. I dziesi?? razy wszystko To?stoja.
- Za ka?dym razem, kiedy czytam Dostojewskiego, to jest pierwszy raz!
- Nie mo?emy zostawi? pana samego.
- Zabij? si?! - krzykn?? Hiram. - Nie potrafi? tak d?u?ej ?y?!
- Wi?c niech si? pan z kim? zaprzyja?ni - odpar? z prostot? Aryjczyk.
Hiram dysza? ci??ko, prbuj?c zapanowa? nad w?ciek?o?ci?. To si? nie zdarzy?o. Nie jestem z?y. Odsu? to, schowaj, opanuj si?, u?miechnij. U?miechnij si? do Aryjczyka.
- Jest pan moim przyjacielem, tak? - spyta? Hiram.
- Je?li mi pan pozwoli - odpar? Aryjczyk.
- Pozwol? panu - powiedzia? Hiram. Po czym wsta? i wyszed? z gabinetu.
W drodze do domu min?? ko?ci?. Cz?sto go widywa?. Co prawda religia nie bardzo go interesowa?a - jak na jego gust, zosta?a zbyt dok?adnie przeanalizowana w powie?ciach. To co ?y?o jeszcze po Twainie, zwi?d?o po Dostojewskim i zgin??o po Pasternaku. Ale matka Hirama by?a szczer? prezbiteriank?. Dlatego zajrza? do ko?cio?a.
W przedniej cz??ci budynku znajdowa? si? olbrzymi ekran telewizyjny. Z ekranu przemawia? charyzmatyczny m?ody cz?owiek. G?os wia? przyciszony i tylko ci przed ekranem mogli go s?ysze?. Ci z ty?u chyba medytowali. Cloward ukl?k? w ?awce, aby tak?e pomedytowa?.
Nie potrafi? jednak oderwa? spojrzenia od ekranu. M?ody cz?owiek odsun?? si?, a jego miejsce zaj?? starszy, intonuj?c co? o Chrystusie. Hiram s?ysza? tylko s?owo Chrystus", ?adnych innych.
?ciany ozdabia?y krzy?e, kolejne rz?dy krzy?y. Ko?ci? by? protestancki, wi?c na ?adnym nie wisia?a krwawi?ca posta? Chrystusa, jednak wyobra?nia Hirama uzupe?ni?a ten brak. Jezus z d?o?mi i stopami przybitymi do krzy?a i z szyj? na przeci?ciu ramion.
W?a?ciwie dlaczego krzy?? Przeci?cie dwch ca?kowicie przeciwstawnych linii prostopad?ych, ktre stykaj? si? tylko w jednym punkcie. Wizerunek ?ycia cz?owieka, p?yn?cego przez wieczno?? i nie ogl?daj?cego si? na tych, ktrych spotyka po drodze, ka?dego na w?asnej niesko?czenie rozbie?nej linii. Krzy?. Ale to nie jest symbol dnia dzisiejszego, uzna? Hiram. Dzisiaj ?yjemy w kulach. Dzisiaj jeste?my krzywymi, nie prostymi, i splatamy si? w sobie, stykamy ze wszystkimi, jeszcze raz i znowu, owijamy si? ma?ymi kulami, nikt nie o?miela si? wyj?? na zewn?trz. Wci?gnijcie mnie do ?rodka, krzyczymy, wci?gnijcie i trzymajcie tam bezpiecznie, nie pozwlcie wypa??, nie pozwlcie skoczy? z kraw?dzi ?wiata.
Ale ?wiat ma dzisiaj kraw?d?, uzna? Hiram. Wszyscy to widz?. Wiemy, gdzie ona jest, i nie chcemy pozwoli?, by ktokolwiek znalaz? w?asn? drog? na gr?.
Czy ja chc? zosta? na grze?
Wiek krzy?y si? sko?czy?. Weszli?my w wiek sfer. Kul.
- Jeste?my twoimi przyjaci?mi - powiedzia? starszy m??czyzna na ekranie. - Mo?emy ci pomc.
Jest pewna chwa?a w tym, odpar? bezg?o?nie Hiram, ?e brnie si? samemu.
- Czemu masz by? sam, skoro Jezus mo?e wzi?? twoje brzemi?? - zapyta? m??czyzna na ekranie.
Gdybym by? sam, odpowiedzia? Hiram, nie mia?bym ?adnego brzemienia.
- Podnie? swj krzy?, sta? do walki po stronie dobra. Gdybym tylko potrafi? znale?? krzy? do podniesienia.
I wtedy Hiram u?wiadomi? sobie, ?e nadal nie s?yszy g?osu z telewizora. Zamiast tego wypowiada w?asn? modlitw? i to na g?os. W g??bi ko?cio?a przygl?da?a mu si? trjka ludzi. U?miechn?? si? skr?powany, przepraszaj?co skin?? g?ow? i wyszed?. Pogwizduj?c wrci? do domu.
Powita? go g?os Sary Wynn.
- Teddy! Teddy! Co my zrobili?my? Patrz, co zrobili?my.
- To by?o pi?kne - odpar? Teddy. - Ciesz? si? z tego.
- Och, Teddy! Jak zdo?am to sobie wybaczy?? - I Sara zap?aka?a. Hiram znieruchomia? wpatrzony w ekran. Penelopa si? podda?a. Penelopa porzuci?a len i posz?a do ??ka z zalotnikiem! To b??d, pomy?la?.
- To b??d - powiedzia?.
- Kocham ci?, Saro - powiedzia? Teddy.
- Nie mog? tego znie??, Teddy - odpar?a. - W g??bi serca czuj? si? tak, jakbym zamordowa?a George'a! Zabi?am go!
Penelopo, czy ju? nie ma cnoty na ?wiecie? Czy nie ma Artemidy na ?owach? Tylko Afrodyta, k?ad?ca si? co godzin? z ka?dym cz?owiekiem, bogiem czy baranem, ktry obiecuje wieczno??, a darowuje tylko chwil?? Takie umowy nigdy nie s? dotrzymywane, nigdy, my?la? Hiram.
I w tej w?a?nie chwili na ekranie pojawi? si? George.
- Kochana - zawo?a?. - Moja najdro?sza Saro! Przez d?ugie dni w?czy?em si? po mie?cie z amnezj?! To jaki? autostopowicz sp?on?? w moim wozie! Wrci?em do domu!
A Hiram krzycza?, krzycza? i krzycza?.
Wiadomo?? o tym dotar?a do Aryjczyka do?? szybko, w tym samym czasie, co alarmuj?ce meldunki od grup badawczych analizuj?cych opery mydlane. Pokr?ci? g?ow?, czuj?c, ?e ?o??dek podchodzi mu do gard?a. Biedny pan Cloward. Bo?e, pomy?la?, jakich cierpie? przysparzamy w imi? ochrony ludzi.
- Przykro mi - powiedzia? Hiramowi.
Lecz Hiram nie zwraca? na niego uwagi. Siedzia? na pod?odze, wpatruj?c si? w telewizor. Oczywi?cie, gdy tylko nadesz?y raporty, wszystkie opery mydlane, a zw?aszcza Sara Wynn, zesz?y z anteny. Teraz pokazywali teleturnieje - chwilowo, dopki nie zastan? poprawione wszystkie b??dy.
- Przykro mi - powtrzy? Aryjczyk, ale Hiram tylko wzruszy? ramionami.
Czarna kobieta w?a?nie zamieni?a jakie? pude?ko na pieni?dze w kopercie. Hiram te? by to zrobi?, i op?aca?o si?. Pi?? tysi?cy dolarw zamiast osio?ka ci?gn?cego wzek z ma?pk? w ?rodku. Niewiele brakowa?o, by j? wykiwali.
- Panie Cloward. My?la?em, ?e to z panem s? k?opoty, ale to nieprawda. Owszem, jest pan marginalny, to fakt. Ale nie zdawali?my sobie sprawy, co robi z lud?mi Sara Wynn.
Sara-poczwara, pomy?la? wpatrzony w ekran Hiram. Czarna kobieta podskakiwa?a z rado?ci.
- To ca?kowicie nasza wina. Tysi?com tak marginalnych osobnikw jak pan Sara Wynn bardzo powa?nie zaszkodzi?a. Nie mieli?my poj?cia, jak silna jest identyfikacja. Nie mieli?my poj?cia.
Oczywi?cie, ?e nie, pomy?la? Hiram. Za ma?o czytacie. Nie wiecie, co robi? z lud?mi mity. Ale teraz zbli?a? si? Wielki Fina? i Hiram pokr?ci? g?ow?, ?eby Aryjczyk ju? sobie poszed?.
- Oczywi?cie Agencja Ochrony Konsumenta b?dzie panu do?ywotnio wyp?aca? zado??uczynienie. Trzykrotn? warto?? pa?skich obecnych dochodw i koszty wszelkich mo?liwych kuracji.
Cierpliwo?? Hirama w ko?cu si? wyczerpa?a.
- Id? sobie! - zawo?a?. - Musz? si? dowiedzie?, czy ta kobieta wygra samochd.
- Nie wiem, co wybra? - powiedzia?a kobieta.
- Bramk? numer trzy! - krzykn?? Hiram. - O Bo?e, prosz?, bramk? numer trzy!
Aryjczyk przygl?da? mu si? w milczeniu.
- Bramka numer dwa! - powiedzia?a w ko?cu kobieta. Hiram j?kn??. Prowadz?cy u?miechn?? si?.
- A wi?c - powiedzia? - czy samochd znajduje si? za bramk? numer dwa? Sprawd?my!
Rozsun??a si? kurtyna; za ni? siedzia? m??czyzna w ubraniu trapera i brzd?ka? na odrapanym banjo. Publiczno?? j?kn??a z zawodu. M??czyzna ?piewa? Domek w grach. Kobieta westchn??a.
Rozsun?li wszystkie zas?ony i samochd sta? za bramk? numer trzy.
- Wiedzia?em - powiedzia? Hiram. - Nigdy mnie nie s?uchaj?, i Bramka numer trzy, mwi?, a oni zawsze swoje.
Aryjczyk podszed? do drzwi.
- Mwi?em przecie?, prawda? - szlocha? Hiram.
- Tak - przyzna? Aryjczyk.
- Wiedzia?em. Zawsze wiedzia?em. Mia?em racj?. - Hiram ukry? twarz w d?oniach i zap?aka?.
- Tak - odpar? Aryjczyk, po czym wyszed?, aby podpisa? dokumenty kieruj?ce Hirama na zamkni?te leczenie psychiatryczne. Teraz nale?a? ju? do jakiej? kategorii. Nikt nie mo?e istnie? poza nimi, u?wiadomi? sobie Aryjczyk. Tworzymy nowego cz?owieka. Homo categoricus, cz?owieka sklasyfikowanego.
Ale okaza?o si?, ?e jednak nie musi nic podpisywa?. Hiram poszed? do ?azienki, nape?ni? wod? wann? i do??czy? do najwi?kszej kategorii ze wszystkich.
- Niech to szlag - powiedzia? Aryjczyk, kiedy si? o tym dowiedzia?.
5. GENOTOPIA

Podr? zaj??a nam trzy tygodnie - d?u?ej ni? ktokolwiek za naszej pami?ci przebywa? w przestrzeni. W dodatku we czwrk? t?oczyli?my si? w ma?ym kutrze Hunter III. Wzbudzi?o to w nas serdeczny podziw dla pionierw, ktrzy pe?zali przez kosmos z jedn? dziesi?t? pr?dko?ci ?wiat?a. Nic dziwnego, ?e za?o?yli tylko trzy kolonie. Pozostali pozjadaliby si? ?ywcem po pierwszym miesi?cu lotu.
Harold zaatakowa? Amaur ostatniego dnia. Gdyby?my nie z?apali sygna?u naprowadzaj?cego, kaza?bym zmieni? kurs i wraca? do Niincamais, gdzie mamusia czeka?a z szarlotk? na wszystkich oprcz mnie - ja jestem z Pensylwanii. Ale trafili?my na sygna?, komputer przeskanowa? stare mapy i po paru godzinach stan?li?my na orbicie stacjonarnej nad Prescott w Arizonie.
Tak przynajmniej twierdzi? geolog, a komputery nie k?ami?. Chocia? nie przypomina?o to Arizony wed?ug starych ksi??ek.
By? jednak sygna? naprowadzaj?cy, powtarzaj?cy w staroangielskim: Bo?e, b?ogos?aw Ameryk?. Przybywajcie, gwarantujemy bezpieczne l?dowanie". Komputer zapewni? nas, ?e w staroangielskim s?owo gwarantujemy" nie jest obsceniczne, ma raczej zwi?zek ze stwierdzeniem szczeglnie wiarygodnym - z czego si? troch? po?miali?my.
Byli?my te? bardzo podekscytowani. Kiedy nasi praprapra do ktrej? tam pot?gi dziadowie i babki osiemset lat temu startowali w swoich balonach ze starej Terra Firma, uciekali przed zniszczeniami wojny mikrobiologicznej, ktra w?a?nie si? zaczyna?a (par? zarazkw w podst?pnym ataku na Madagaskar, szybko rozrastaj?ce si? do epidemii, i ca?y ?wiat jako zak?adnik Afryki Po?udniowej, posiadaj?cej antidotum; szybkie uderzenia odwetowe wirusowym rakiem; reszty mo?na si? domy?la?). Nawet z wysoko?ci paru mil w kosmosie by?o jasne, ?e wojna na tym si? nie sko?czy?a. A mimo to odbierali?my sygna? naprowadzaj?cy.
- Obviamente automatica - zauwa?y? Amauri.
- Que maquina, que nao pofa em tantos anos, bichinha! Nao acredito! - odwarkn?? Harold i zacz??em si? obawia?, ?e czeka nas powtrka poprzedniego dnia.
- Po angielsku - powiedzia?em. - Mo?emy od razu si? do tego przyzwyczaja?. B?dziemy musieli mwi? po angielsku przynajmniej przez kilka dni.
Vladimir westchn??:
- Merda. Roze?mia?em si?.
- No, dobrze, swoje skatologiczne komentarze mo?esz wyg?asza? w lingua deporto.
- Jeste? taki pewien, ?e kto? tam jeszcze ?yje? - zapyta? spokojnie Vladimir.
Co mog?em odpowiedzie?? ?e czuj? to w ko?ciach? Rzuci?em w niego tylko g?bk?, przez co woda pitna rozprysn??a si? po ca?ej kabinie i przez par? minut polewali?my si? ni? nawzajem. Wiem: dyscyplina, dyscyplina. Ale nie jeste?my armi?. Zreszt?, do diab?a z rym wszystkim. Wol?, ?eby moja za?oga zachowywa?a si? jak zwariowane dzieciaki ni? jak zwariowani doro?li.
Prawd? mwi?c, nie wierzy?em, ?e przy tym poziomie techniki, jaki nasi przodkowie osi?gn?li w tysi?c dziewi??set dziewi??dziesi?tym drugim, potrafili zbudowa? maszyn? dzia?aj?c? do roku dwa tysi?ce osiemset dziewi?tego. Na dole musia? pozosta? kto? ?ywy -albo nagle zm?drzeli. Chocia? wygl?d starej Terry nie sugerowa?, ?eby ktokolwiek tam nagle zm?drza?.
Kto? na dole ?y?. A w?a?nie o tym mieli?my si? przekona?.
Nie byli zachwyceni, kiedy natychmiast kaza?em im w?o?y? ma?pie skafandry.
- Przecie? na dole jest Matka Ziemia! - przekonywa? Harold. Jak na halibuta z IQ 150, czasem rzeczywi?cie zachowywa? si? jak baran.
- Poka? mi miasta - odpar?em. - Poka? mi miliony ludzi, ktrzy biegaj? w ko?o na s?o?cu w swoich letnich kostiumach ze skry.
- Mog? tam by? zarazki - doda? Amauri swoim najbardziej z?o?liwym tonem i natychmiast wybuch?a kolejna k?tnia mi?dzy dwjk? ludzi dostatecznie br?zowych, ?eby oczekiwa? od nich wi?kszego rozs?dku.
- Post?pujemy - powiedzia?em surowym g?osem dowdcy -wed?ug standardowej procedury planetarnej, czy mamy tam Matk? Ziemi?, czy matk?...
W tej w?a?nie chwili monotonny sygna? naprowadzaj?cy zmieni? si? nagle.
- Odpowiedzcie, podajcie identyfikacj?, odpowiedzcie, bo inaczej zestrzelimy wam ty?ki z nieba.
Odpowiedzieli?my. I wkrtce potem spacerowali?my w ma?pich skafandrach poprzez g?st? grochwk? si?gaj?c? nam po p?pki (gdyby?my potrafili znale?? bez mapy nasze p?pki, otoczone aparatur? ochronn?), czekaj?c, a? kto? otworzy nam drzwi.
W ko?cu si? otworzy?y i musieli?my si? podnie?? z bardzo twardej pod?ogi. Troch? grochwki spad?o przez w?az razem z nami. Do sterylnej komory, gdzie czekali?my, wpu?cili jaki? gaz i wkrtce potem grochwka opad?a, zmieniaj?c si? w b?oto.
- Mariajoseijesus! - mrukn?? Amauri. - Aquela merdi vivia!
- Po angielsku - mrukn??em do mikrofonu. - I wyra?aj si? bardziej elegancko.
- To gwno ?yje - powiedzia? Amauri, zmieniaj?c j?zyk i wyra?aj?c si? bardziej elegancko.
- Teraz ju? nie, ale my owszem. - Trudno by?o zachowa? cierpliwo??.
Nic nie wiedzieli?my. Rwnie dobrze to, co tutaj uchodzi?o za ludzi, mog?o zjada? astronautw. Albo sk?ada?o ich w ofierze jakim? miejscowym bstwom. Sp?dzili?my w tej kabinie cztery nerwowe godziny. U?o?y?em ju? pi?? beznadziejnych planw ucieczki, kiedy nagle drzwi si? otworzy?y i w progu stan?? jaki? cz?owiek.
Ubrany by? w bia?y kombinezon farmerski albo co? tym rodzaju. By? bardzo niski. U?miechn?? si? uprzejmie i skin?? na nas. Dowd pozytywny: ?ywe istoty ludzkie. Misja zako?czona sukcesem. Teraz wiemy, ?e nie by?o si? z czego cieszy?, lecz wtedy bardzo si? ucieszyli?my. Klepi?c po plecach i obejmuj?c naszego gospodarza (delikatnie, ?eby go nie zgnie??), weszli?my w labirynt Bazy Broni Mikrobiologicznej 004.
Wszyscy tu byli bardzo niscy, nie wi?cej ni? metr czterdzie?ci, i od razu przysz?a mi do g?owy my?l, ?e ludzko?? bardzo przez ten czas wyros?a. Gwiazdy dobrze nam zrobi?y, pomy?la?em.
Spokojny, metodyczny Vladimir, jak zwykle blady jak duch, znacz?co nacisn?? klamk? i dotkn?? prze??cznika ?wiat?a (naprawd? by?y mechaniczne). Oba by?y na poziomie oczu naszych ma?ych przyjaci?. To nie my, koloni?ci, wyro?li?my - to nasi kuzyni ze starej Gai zmaleli.
Prbowali?my dowiedzie? si? czego? o historii, ale ich interesowa?a tylko polityka.
- Czy jeste?cie Amerykanami? - pytali ci?gle.
- Pochodz? z Pensylwanii - odpar?em - ale te ofermy s? z Nuncamais.
Nie zrozumieli.
- Nuncamais. To znaczy nigdy wi?cej" w lingua deporto. Znowu zdziwienie. Ale zadali kolejne pytanie.
- A sk?d si? wzi??a wasza kolonia? - My?leli tylko o jednym.
- Pensylwania zosta?a zasiedlona przez Amerykanw z Hawajw. Nie prbujemy nawet zgadywa?, dlaczego nazwali t? cholern? planet? Pensylwani?.
- To jasne - zapiszcza? jeden z maluchw. - Kolebka wolno?ci. A oni?
- Z Brazylii - odpar?em.
Naradzali si? przez moment. Potem najwyra?niej uznali, ?e chocia? brazylijskie pochodzenie nie jest zbrodni?, nie implikuje jednak w pe?ni ludzkiego statusu. Od tej chwili nie prbowali nawet rozmawia? z moj? za?og?. Obserwowali ich tylko uwa?nie i mwili do mnie.
Mnie kochali.
- Bo?e, b?ogos?aw Ameryk? - powiedzieli. By?em sk?onny do zgody.
- Bo?e, b?ogos?aw Ameryk? - odpar?em.
A potem znowu chrem wyg?osili obsceniczn? sugesti?, co takiego powinienem zrobi? z Rosjanami. Zerkn??em na moich wsp?w?drowcw i wzruszy?em ramionami. Powtrzy?em ?yczenia maluchw, dotycz?ce seksualnych rozkoszy Rosjan.
Pora na fakty. Nie b?d? was nudzi? referowaniem wszystkich sprytnych pyta? i sugestii, ktre pozwoli?y mi uzyska? poni?sze informacje. Po cz??ci dlatego, ?e nie wymaga?o to ?adnych pyta?. Wydawa?o si?, ?e przez lata ?wiczyli, co powiedz? go?ciom z kosmosu, a zw?aszcza potomkom dawno zapomnianych kolonistw. Mwili tak:
Wojna biologiczna zacz??a si? na dobre jakie? trzy lata po naszym odlocie, kiedy wypuszczono trzy bardzo chytrze zaprojektowane rakotwrcze wirusy. Pozornie nie by?o winnych, gdy? Rosjanie i Amerykanie zgodnie zaprzeczali, a Chi?czycy byli ju? martwi. Wtedy w?a?nie naukowcy zacisn?li pasa i wzi?li si? do pracy.
Kiedy moi przodkowie wyruszali do gwiazd, wiedza o rekombinacjach DNA by?a jeszcze w powijakach, zreszt? przez ten czas nie rozwin?li?my jej zbytnio. Kiedy zasiedla si? dzikie planety, cz?owiek ma wa?niejsze rzeczy do roboty. Ale pod naciskiem wojny, genetyka na Ziemi dokona?a prawdziwych post?pw.
- Ca?y czas opracowujemy nowe szczepy wirusw i bakterii -mwili, - Ca?y czas jeste?my bombardowani przez najnowsz? bro? Rosjan.
Mieli mnstwo roboty. Niewielu ich ju? zosta?o na tym stanowisku bojowym, a ataki wroga by?y coraz sprytniejsze.
Wreszcie, wszyscy rwnocze?nie, zrozumieli?my sytuacj?. To Harold powiedzia? g?o?no:
- Fossa-me mae! Chcecie powiedzie?, krliczki, ?e od o?miuset lat tkwicie tutaj na dole?
Nie odpowiedzieli, dopki to ja nie zada?em pytania - tylko uprzejmiej, gdy? zauwa?y?em pewne zaci?ni?cie szcz?k, kiedy Harold nazwa? ich krliczkami. No c?, byli krliczkami, tak bia?ymi, jak to tylko mo?liwe. Jednak to nie?adnie, ?e Harold tak ich nazwa?, zw?aszcza wobec Vladimira, ktry te? mia? pewne tendencje do jasnej karnacji.
- Czy?by?cie wy, Amerykanie, byli tu uwi?ziem od pocz?tku wojny? - zapyta?em, staraj?c si? wyrazi? g?osem pewien podziw, co si? uda?o. Zreszt? groza nie jest a? tak od podziwu odleg?a.
Rozpromienili si?, chyba z dumy. Nauczy?em si? interpretowa? pewne wyrazy ich twarzy. Dopki dobrze mwi?em o Ameryce, wszystko by?o w porz?dku.
- Tak, kapitanie Kane Kaneo, my i nasi przodkowie przebywamy tu od samego pocz?tku.
- Nie by?o wam troch? ciasno?
- Ameryka?scy ?o?nierze nie dbaj? o takie rzeczy, kapitanie. Za prawo do ?ycia, wolno?ci i pogoni za szcz??ciem jeste?my sk?onni po?wi?ci? wszystko. - Nie pyta?em nawet, w jaki sposb w tej dziurze mo?liwe s? wolno?? i pogo? za szcz??ciem. Nasz bohater mwi? dalej: - Walczymy, by miliony mog?y ?y? swobodnie, oddychaj?c ?wie?ym ameryka?skim powietrzem, nie zagro?one szponami komunizmu.
Potem chrem od?piewali par? hymnw na temat b??kitnych gr i z?ocistych fal, z powtarzaj?cym si? jak refren Bo?e, b?ogos?aw Ameryk?". Zako?czyli g?o?nym okrzykiem Lepiej zara?ony ni? czerwony". Kiedy sko?czyli, spyta?em, czy mo?emy si? ju? po?o?y?, gdy? wed?ug czasu naszego statku trwa?a noc.
Umie?cili nas w niewielkim pokoju z trzema zbyt krtkimi dla nas kojami. Zreszt?, to bez znaczenia. W naszych ma?pich skafandrach i tak nie by?oby nam wygodnie.
Gdy tylko zostali?my sami, Harold chcia? przej?? na lingua deporto, ale zdo?a?em go przekona?, nie naciskaj?c nawet klawisza dyscyplinera w moim skafandrze. Nasi gospodarze nie powinni podejrzewa?, ?e mamy przed nimi jakie? tajemnice. Przyj?li?my bez dyskusji, ?e nas pods?uchuj?.
W efekcie prowadzili?my rozmow?, ktrej bezpiecznie mog?a s?ucha? banda ob??kanych patriotw.
Amauri:
- Jestem zdumiony ich mi?o?ci? do Ameryki, niezmienn? od tylu wiekw.
I t?umaczenie:
- Dlaczego tym czubkom odbija na punkcie czego? tak martwego, jak staro?ytne imperium Stanw Zjednoczonych?
Ja:
- Mo?e dzi?ki swej niezachwianej lojalno?ci wobec sztandaru, Boga, ojczyzny i wolno?ci (przyznaj?, ?e troch? przesadzi?em, ale lepiej si? zabezpieczy?) zdo?ali tak d?ugo przetrwa?.
T?umaczenie:
- Mo?e tylko fanatyzm utrzyma? ich przy ?yciu w tej dziurze. Harold:
- Ciekawe, jak d?ugo mo?emy pozosta? w tym bastionie demokracji, zanim niech?tnie powrcimy do naszej kolonii, b?d?cej spe?nieniem ameryka?skich marze?.
T?umaczenie:
- Jakie s? szans?, ?e nas wypuszcz?? S? tak szurni?ci, ?e mog? uzna? nas nawet za szpiegw.
Vladimir:
- Mam tylko nadziej?, ?e b?dziemy si? mogli od nich uczy?. Ich nauka niesko?czenie przewy?sza wszystko, co dot?d osi?gn?li?my przy naszych skromnych mo?liwo?ciach.
T?umaczenie:
- Nigdzie si? nie ruszymy, dopki nie b?d? mg? wykona? swojej roboty, to znaczy zbada? miejscow? flor? i faun?. Osiemset lat rekombinacji DNA na pewno doprowadzi?o do czego?, co mo?emy zabra? na Nuncamais.
I tak to trwa?o, a? dostawali?my ju? md?o?ci od sp?ywaj?cych nam z ust kwiatw i s?odyczy. Potem poszli?my spa?.
Nast?pny dzie? by? dniem wycieczki, rosyjskiego ataku, a niewiele brakowa?o, by sta? si? dniem ostatnim dla za?ogi dobrego statku Pollywog.
Podczas wycieczki prawie przez ca?y ranek na przemian wchodzili?my i schodzili?my. Vladimir w??czy? ?ledzenie na komputerze swojego skafandra. Mj by? zbyt zaj?ty analiz? ich komentarzy, a Amauri rejestrowa? dane naukowe. Harold natomiast prbowa? znale?? sposb na d?ubanie w nosie w r?kawicach. Harold zabra? si? z nami jako ekspert od broni, tak na wszelki wypadek. I dzi?ki Bogu.
Zacz?li?my odr?nia? jednego malucha od drugiego. George Washington Steiner by? naszym przewodnikiem. G?wny szef, ktry wyk?ada? nam wczoraj histori?, nazywa? si? Andrew Jackson Wallichinsky. A facet, ktry dyrygowa? chrem, to RichardNixon Dixon. Komputer wyja?ni? nam, ?e s? to imiona ukochanych ameryka?skich prezydentw, do ktrych dodane zosta?y nazwiska.
Analiza komputera w moim skafandrze wyja?ni?a te?, ?e ten muzyczny dyrygent jest prawdziwym szefem, a Andy Jack Wallichinsky to po prostu dyrektor naukowy. Wychodzi na to, ?e politycy kieruj? mzgowcami zamiast odwrotnie.
Nasz przewodnik G.W. Steiner by? bardzo dumny z tej funkcji. Pokaza? nam wszystko. To znaczy, ?e chocia? ma?pi skafander likwidowa? trzy czwarte grawitacji, w porze lunchu (szybki ?yk regeneruj?cego xixi i coco) bola?y mnie ju? nogi. To robi?o wra?enie. Znowu opowiem to w formie skrconej.
Baza by?a w zasadzie hermetyczna, ale wrogie wirusy i bakterie do?? swobodnie przenika?y do ?rodka. Zdaje si?, ?e na pocz?tku dwudziestego pierwszego wieku Rosjanie zaprzestali nadawania jakichkolwiek audycji radiowych. (Wiem, wydaje si?, ?e to nie ma zwi?zku. Ale cierpliwo?ci.) Z pocz?tku Amerykanie z 004 s?dzili, ?e zwyci??yli. A potem nast?pi? kolejny atak zupe?nie inn? chorob?. Do tego czasu za?ogi 004 ?adna choroba nie zaatakowa?a bezpo?rednio - hermetyzacja dzia?a?a znakomicie. Ale ich wczesny dowdca. Rodney Fletcher, by? bardzo podejrzliwy.
- Uwa?a?, ?e to komunistyczna sztuczka - t?umaczy? nam George Washington Steiner.
Zaczyna?em pojmowa? ?rd?a patriotyzmu w historii 004.
I tak Rodney Fletcher poleci? naukowcom zaj?? si? wzmacnianiem systemu antycia? u personelu bazy. Po trzech tygodniach opracowali trzy nowe szczepy bakterii, ktre selektywnie poch?ania?y praktycznie wszystko, co nie powinno znale?? si? w ludzkim ciele. I w sam? por?, bo w?a?nie wtedy uderzy?a nowa choroba. Nie zatrzyma? jej system hermetyzacji, poniewa? nie by? to wirus, tylko dwa drobne aminokwasy i moleku?a laktozy, z?o?one razem tak jak trzeba. Przecisn??y si? przez filtry i przebi?y barier? antybiotykw. Znalaz?y si? w p?ucach ka?dego m??czyzny, kobiety i dziecka w Bazie 004. I gdyby Rodney Fletcher nie by? paranoikiem, wszyscy by umarli. Dzi?ki niemu prze?y?a po?owa.
Te dwa aminokwasy i moleku?a laktozy miary zdolno?? wpasowania si? w pewien konkretny punkt ludzkiego DNA i zmuszania go do replikacji w pewien konkretny sposb. Jedna drobna zmiana i wkrtce przestawa?y dzia?a? nerwy.
Uda?o si? spowolni? dzia?anie tych aminokwasw i moleku?y laktozy do czasu, gdy znaleziono zatyczk?, ktra jeszcze lepiej pasowa?a do tego punktu w DNA i nie dopuszcza?a do niego rosyjskich maszynek. (Czy mo?na je nazwa? wirusami? Czy by?y ?ywe? Pozostawiam ten problem ludziom pobo?nym i filozofom.)
Niestety, zatyczki powodowa?y, ?e dzieci ?o?nierzy by?y bardzo niskie, na og? traci?y z?by i ?lep?y w wieku trzydziestu lat. G.W. Steiner by? bardzo dumny z faktu, ?e po czterech pokoleniach uda?o im si? skorygowa? problem oczu. U?miechn?? si? po raz pierwszy i zauwa?yli?my, ?e naprawd? ma inne z?by ni? my.
- Budujemy je z bakterii, ktre twardniej? wystawione na dzia?anie pewnego szczeglnego wirusa. Wymy?li?a to moja w?asna praprababka - wyja?ni? Steiner. - Stale tworzymy nowe i u?yteczne narz?dzia.
Poprosi?em, ?eby nam pokaza?, jak to robi?, co znowu doprowadzi?o nas do tego, co ju? ogl?dali?my podczas wycieczki. Widzieli?my laboratoria, gdzie jedenastu naukowcw bawi?o si? z DNA. Niczego nie zrozumia?em, ale ma?pi skafander zapewni?, ?e komputer wszystko rejestruje.
Obejrzeli?my te? system u?ycia broni. Bardzo sprytny. Polega? na umieszczeniu w ma?ym pude?ku p?ytki z kultur? wyj?tkowo paskudnej broni. Potem zamykano klapk? i naciskano guzik, ktry otwiera? drug?, prowadz?c? z pude?ka w zewn?trzny ?wiat.
- Czekamy, a? wiatr je rozniesie - wyja?ni? Steiner. - Wed?ug naszych szacunkw, mniej wi?cej po roku nowa bro? dociera do Rosji. Przez ten czas muruje si? tak mocno, ?e jest nie do powstrzymania.
Spyta?em, czym ?ywi? si? bakterie. Roze?mia? si?.
- Czymkolwiek - odpar?.
Okazuje si?, ?e podstaw? wszelkiej broni s? bakterie, zdolne rwnocze?nie do fotosyntezy i rozpuszczania wszelkich postaci ?elaza.
- Cokolwiek zmieniamy w konkretnym typie broni, to pozostaje na zawsze - wyja?ni? Steiner. - Dzi?ki temu mo?e dotrze? wsz?dzie bez gospodarza. Kwarantanna na nic si? nie przyda.
Harold wpad? na pewien pomys?. By? z niego dumny.
- Je?li te ma?e zarazki mog? rozpuszcza? stal, George, to dlaczego, do diab?a, nie rozpuszcz? ca?ej tej instalacji?
Steiner zrobi? min?, jakby mia? nadziej?, ?e zadamy to pytanie.
- Kiedy stworzyli?my nasz? kultur? podstawow?, wyhodowali?my te? ple??, ktra powstrzymuje bakteri? od reprodukcji i od?ywiania si?. Ple?? ro?nie tylko na metalu, a zarodniki gin?, je?li nie zetkn? si? zarwno z ple?ni? czy metalem w ci?gu jednej siedemdziesi?tej sidmej sekundy. To oznacza, ?e ple?? porasta ca?? instalacj? i nic wi?cej. Opracowa? to mj czternasty prawujek, William Westmoreland Hannamaker.
- Dlaczego - spyta?em - ca?y czas powo?ujesz si? na swoje wi?zy rodzinne z wynalazcami? Przecie? po o?miuset latach wszyscy s? tu spokrewnieni?
Zdawa?o mi si?, ?e zadaj? proste pytanie, ale G.W. Steiner spojrza? na mnie z niech?ci? i odwrci? si?, prowadz?c nas do kolejnego pokoju.
Znale?li?my tam bakterie, ktre przerabia?y inne bakterie, ktre przerabia?y jeszcze inne bakterie, ktre zmienia?y ludzkie ekskrementy w smaczne i po?ywne jedzenie. Uwierzyli?my im na s?owo, ?e by?o smaczne. Wiem, przez rurki skafandrw ci?gle zjadali?my zutylizowanych siebie. Ale przynajmniej wiedzieli?my, gdzie nasze jedzenie by?o wcze?niej.
Mieli bakterie, ktre bez pomocy ?wiat?a s?onecznego przerabia?y dwutlenek w?gla i wod? z powrotem na tlen i skrobi?. To tyle, je?li chodzi o fotosyntez?.
Dostali?my te? list? wszystkiego, co kolejne probwki broni mog? zrobi? z nieprzygotowanym ludzkim cia?em. Gdyby ktokolwiek st?uk? je na Nuncamais, Pensylwanii czy Kijowie, wszyscy by znikn?li, ca?kowicie poch?oni?ci i wbudowani w systemy ?yciowe bakterii, wirusw i programowanych aminokwasw.
Gdy tylko o tym pomy?la?em, powiedzia?em g?o?no. Ale doszed?em tylko do s?owa Kijw".
- Kijw? Jedna z kolonii nazywa si? Kijw? Wzruszy?em ramionami.
- S? tylko trzy skolonizowane planety. Kijw, Pensylwania i Nuncamais.
- Rosyjskiego pochodzenia?
O ?esz, pomy?la?em. O ?esz" to s?owo oglnego stosowania, zast?puj?ce dowolne przekle?stwo, blu?nierstwo oraz wszelkie pornograficzne i fekalno-analne wyra?enia, jakie przychodzi?y mi wtedy do g?owy.
W tym miejscu wycieczka dobieg?a ko?ca.
W sypialni zdali?my sobie spraw?, ?e go?cinno?? naszych gospodarzy uleg?a wyczerpa?a si?. Po chwili Harold zrozumia?, ?e to moja wina.
- Kapitanie, do licha, gdyby pan nie wspomnia? o Kijowie, nie zamkn?liby nas w ten sposb!
Zgodzi?em si? w nadziei, ?e to go uspokoi, ale w?cieka? si? dalej, dopki nie nacisn??em klawisza dyscyplinera w moim ma?pim skafandrze.
Potem skonsultowali?my si? z komputerami.
Mj poinformowa?, ?e we wszystkim, co nam mwiono, pomini?to ca?kowicie dwie dziedziny wiedzy. Po pierwsze, by?o jasne, ?e w przesz?o?ci ma?e ludziki intensywnie pracowa?y nad ludzkim DNA, ale nikt nawet nie sugerowa?, ?e jakiekolwiek badania prowadzone s? wsp?cze?nie. Po drugie, chocia? pokazywano nam r?nego rodzaju bro? wysy?an? przeciwko Rosjanom na drugim ko?cu ?wiata, tutaj nie zobaczyli?my nawet ?ladu broni osobistej.
- Oho - ucieszy? si? Harold. - Czyli je?li tylko uda si? wywa?y? drzwi, nic nas nie powstrzyma. A mog? to zrobi?, kiedy tylko zechc? - oznajmi?, bawi?c si? klawiszami skafandra.
Poprosi?em go, ?eby zaczeka?, dopki nie sko?czymy raportw.
Amauri o?wiadczy?, ?e zgromadzi? do?? informacji z rozmw i przez ma?pie oczy, wi?c mo?emy wraca? do domu z ca?? wiedz? o rekombinacjach DNA, zmagazynowan? w naszych komputerach.
A potem skafander Vladimira wy?wietli? holomap? Bazy 004.
Jaskrawozielone, niesko?czenie cienkie linie oznacza?y ?ciany, , drzwi i korytarze. Natychmiast rozpoznali?my te, po ktrych chodzili?my przez ca?y ranek. Odnale?li?my laboratorium i pokj, gdzie nas uwi?ziono. A potem zauwa?yli?my na ?rodku holomapy do?? spory obszar, ktry wydawa? si? pusty.
- Widzieli?cie tak? sal?? - spyta?em.
Pokr?cili g?owami. Vladimir spyta? holomap?, czy tam byli?my. Skafander odpowiedzia? swoim szeleszcz?cym ma?pim g?osem:
-Nie. Oznaczy?em tylko niespenetrowany obwd i otwory, ktre by? mo?e stanowi? wej?cia.
- A wi?c tam nas nie wpu?cili - uzna? Harold. - Wiedzia?em, ?e dranie co? ukrywaj?.
- Mo?emy zgadywa? - powiedzia?em. - Ta sala ma co? wsplnego z broni? osobist? albo z pracami nad ludzkim DNA.
Przez krtk? rozwa?ali?my wszystkie te wnioski i stwierdzili?my, ?e niewiele nam daj?. Wreszcie przemwi? Vladimir. Taki p?krlik zawsze wpadnie na jaki? pomys? niedost?pny trzem br?zowym. Niez?y dowd na to, ?e teoria rasowa jest tylko stekiem bzdur.
- Do diab?a z broni? osobist? - rzuci? Vladimir. - Nie potrzebuj? ?adnej broni osobistej. Wystarczy, ?e zrobi? nam ma?e dziurki w skafandrach i pozwol? dosta? si? zarazkom.
- Skafandry natychmiast si? zamkn? - odpar? Amauri, ale od razu si? poprawi?. - Wirus chyba nie potrzebuje tyle czasu, ?eby si? przedosta?, prawda?
Harold nie zrozumia?.
- Niech tylko ktry? z tych krliczkw sprbuje mnie dotkn?? no?em, a rozpruj? go od dupy po pachy.
Nie zwracali?my na niego uwagi.
- Dlaczego s?dzisz, ?e s? tu jakie? wirusy? Nasze skafandry niczego nie wykazuj?- zauwa?y?em.
Vladimir ju? wszystko przemy?la?.
- Pami?taj, co mwili o Rosjanach, ktrzy wprowadzili tutaj te swoje potworki z aminokwasw.
- Rosjanie - parskn?? lekcewa??co Amauri.
- Masz racj? - przyzna? Vladimir. - Ale nie podno? g?osu, viado. Amauri zaczerwieni? si?.
- Quem e que ce chama de viado! - zawo?a? gniewnie. Przycisn??em klawisz dyscyplinera. Nie mieli?my wcze?niej czasu na k?tnie.
- Uwa?aj, co mwisz, Vladimir. Mamy ju? do?? problemw.
- Przepraszam, kapitanie, i ciebie, Amauri. Jestem troch? zdenerwowany.
- Jak wszyscy.
Vladimir nabra? tchu i mwi? dalej.
- Kiedy te zarazki si? tu dosta?y, 004 by?a pewnie ca?kiem przepuszczalna. Ci, hm, Rosjanie, pompowali tu wtedy coraz wi?cej odmian.
- Dlaczego wszyscy nie umarli?
- My?l?, ?e wielu ludzi zgin??o, lecz ocaleli ci, ktrych cia?a lepiej przyjmowa?y te wymy?lone zatyczki. Teraz zatyczki s? normalnymi elementami przemian chemicznych w ich ciele. Przecie? musz? by?, prawda? Mwili, ?e s? przekazywane z DNA kolejnym pokoleniom.
Zrozumia?em. Amauri rwnie?.
- A zatem mieli siedem czy osiem wiekw doboru ze wzgl?du na adaptowalno?? - zauwa?y?.
- Czemu nie? - odpar? Vladimir. - Zauwa?y?e?? Jedenastu badaczy rozwija nowe ?rodki ataku, a tylko dwch zajmuje si? obron?. Nie martwi? si? specjalnie.
- Matko Ziemio... - pokr?ci? g?ow? Amauri. - Co w ciebie wst?pi?o?
- Przezi?bi?a si? - stwierdzi? Vladimir i roze?mia? si? g?o?no. -To wirus. Tak zwana ludzko??.
Przez chwil? przygl?dali?my si? holomapie. Znalaz?em cztery r?ne drogi z naszej celi do tej tajnej sali, gdyby?my chcieli si? tam dosta?. Znalaz?em te? trzy trasy do wyj?cia. Pokaza?em je pozosta?ym.
- Tak - przyzna? Harold. - K?opot w tym, ?e nie wiadomo, czy te drzwi naprawd? prowadz? do nieznanego obszaru. To znaczy, ?e za trzema lub czterema mog? by? komrki na szczotki albo jakie? warsztaty.
Racja.
Zastanawiali?my si?, czy powinni?my raczej ucieka? do statku, czy przekona? si?, co przed nami ukrywali. I wtedy w?a?nie rosyjski atak pomg? nam podj?? decyzj?. Pod?oga zadr?a?a, jakby jaki? gigantyczny pies wzi?? Baz? 004 w z?by i potrz?sn?? ni? mocno. Potem ?wiat?a zamigota?y i zgas?y.
- Idealna okazja - powiedzia?em w ma?pie usta.
Zgodzili si?. Zapalili?my reflektory skafandrw i skierowali?my je na drzwi. Harold poczu? si? nagle bardzo wa?ny. Podszed? i przesun?? magicznym p?etwopalcem wzd?u? futryny. Potem cofn?? si? i dotkn?? d?wigni na skafandrze.
- Lepiej si? odwr?cie - poradzi?. - Mo?e mocno b?ysn??. Chocia? patrzy?em na tyln? ?cian? celi, wybuch i tak o?lepi? mnie na par? sekund. Gdy si? odwrci?em, ?wiat?o wydawa?o si? lekko zielonkawe. Drzwi le?a?y na pod?odze w kawa?kach, a sam otwr po nich te? nie wygl?da? zbyt rwno.
- Niez?a robota, Haroldzie - pochwali?em go.
- Gracas a deus - odpar? i musia?em si? roze?mia?. Zabawne, ?e te religijne frazy nie gin? nawet u takiego bezbo?nego filho de punta jak Harold.
Potem przypomnia?em sobie, ?e do mnie nale?y wydawanie rozkazw. Wi?c wyda?em.
Drugie ze sprawdzanych drzwi prowadzi?y do sal, ktre chcieli?my obejrze?. Ale w chwili, gdy tam weszli?my, zapali?y si? ?wiat?a.
- Do licha. Przywrcili funkcjonowanie bazy - mrukn?? Amauri. Ale Vladimir tylko wskaza? r?k? korytarz.
Grochwka przedosta?a si? do wewn?trz. Przelewa?a si? w nasz? stron?.
- Cokolwiek zrobili Rosjanie, wybili spor? dziur? w pow?oce stacji - stwierdzi? Vladimir, mierz?c w ma? laserowym palcem. Nawet przy pe?nej mocy, zmieni? w par? tylko niewielki punkt. Reszta zbli?a?a si? nadal.
- Kto? ma ochot? pop?ywa?? - spyta?em. Nikt nie chcia?. Pogoni?em ich wi?c do niespecjalnie ukrytego pomieszczenia.
By?o tam kilku ma?ych ludzikw, kul?cych si? w ciemno?ci. Harold owin?? ich w kokony i wepchn?? do k?ta. Mogli?my si? rozejrze?.
W?a?ciwie nie by?o nic do ogl?dania. Typowe wyposa?enie laboratoryjne i trzydzie?ci dwa akwaria, mniej wi?cej po metrze kwadratowym. Nad nimi pali?y si? lampy kwarcowe. Zajrzeli?my do ?rodka.
Zwierz?ta wygl?da?y na galaretowate. Wtedy nie dotkn??em jeszcze ?adnego, ale widzia?em, jak powoli wysuwaj? nibyn?ki. Uzna?em, ?e ten, ktremu si? przygl?dam, ma do?? tward? skr?, a w ?rodku galaret?. Wszystkie by?y jasnobr?zowe, ja?niejsze nawet ni? skra Vladimira. Ale tu i tam widzia?em zielone punkty. Ciekawe, czy s? zdolne do fotosyntezy, pomy?la?em.
- Patrz, w czym one p?ywaj? - rzuci? Amauri i zda?em sobie spraw?, ?e to grochwka.
- Pewnie wyhodowali gigantyczne ameby, ktre ?ywi? si? wszystkimi innymi mikroorganizmami - stwierdzi? Vladimir. - Mo?e wytresowali je do przenoszenia bomb. Przeciwko Rosjanom.
W tej w?a?nie chwili Harold otworzy? ogie? ze swojego arsena?u. Zauwa?y?em, ?e ma?e ludziki zebra?y si? przy drzwiach, wyra?nie podniecone. Kilku z nich, z przodu, wygl?da?o na martwych.
Harold pewnie pozabija?by wszystkich, tyle ?e wci?? stali?my przy akwarium z gigantyczn? ameb?. Kiedy krzykn??, zobaczyli?my, ?e paskudztwo chwyci?o go za nog?. Na naszych oczach upad?, dolna po?owa nogi odpad?a, a ameba dalej w?era?a si? w udo.
Gapili?my si? tak d?ugo, ?e malcy zd??yli nas z?apa?. By?o ich tylu, ?e opr straci? sens. Poza tym nie mogli?my oderwa? wzroku od Harolda.
Ameba przesta?a je?? mniej wi?cej na wysoko?ci pachwiny. Ale to nie mia?o ju? znaczenia. Harold nie ?y?. Nie wiedzieli?my, jaka choroba go zabi?a, ale gdy tylko skafander si? rozerwa?, zacz?? wymiotowa?, a twarz pokry?a si? krostami. Krtko mwi?c, Vladimir mia? racj? co do obecno?ci wirusw w Bazie 004.
Ameba ukszta?towa?a si? w pi?ciok?t. Pi?cioma g?adkimi bokami siedzia?a na wielkiej ranie, ktra kiedy? by?a miednic?. Nagle, po krtkiej konwulsji, wszystkie boki podzieli?y si? na po?owy, tworz?c ostre k?ty, tak ?e teraz by?o ich dziesi??. Potem po?rodku pojawi?y si? cieniutkie p?kni?cia i - jak rozci?ta w po?owie galareta, ktra postanowi?a si? wreszcie rozdzieli? - obie po?wki opad?y na boki. Szybko utworzy?y dwa nowe pi?ciok?ty, a potem znw zmieni?y si? w nieregularne bry?y i wrci?y do po?erania Harolda.
- No tak - rzek? Amauri. - Maj? bro? osobist?.
Gdy przemwi?, p?k? czar milczenia. Ludziki rozci?gn??y nas na sto?ach, kieruj?c w nasz? stron? ostre przedmioty. Gdyby cho? jeden z nich przebi? skafander, byliby?my martwi. Le?eli?my nieruchomo.
Richard Nixon Dixon, czo?owy halibut, przes?uchiwa? nas osobi?cie. Zacz??o si? od pytania o Rosjan. Kiedy ich odwiedzili?my, dlaczego postanowili?my s?u?y? im, a nie Amerykanom, itd. Powtarzali?my, ?e to bzdura.
Ale kiedy zagrozili, ?e wytn? otwr w skafandrze Vladimira, uzna?em, ?e do?? tego.
- Powiedz im! - krzykn??em w ma?pie usta, a Vladimir zawo?a?:
- Dobrze. Ludziki odst?pi?y.
- Nie ma ?adnych Rosjan - powiedzia? Vladimir. Ludziki przygotowa?y si? do wycinania dziury.
- Nie, czekajcie, to prawda! Kiedy odebrali?my wasz sygna? namiarowy, przed l?dowaniem, kilka razy oblecieli?my ca?? planet?. Nie ma tam ?adnego ?ycia. Tylko tutaj!
- Komunistyczne ?garstwa - uzna? Richard Nixon Dixon.
- ?wi?ta prawda! - zawo?a?em. -Nie dotykaj go, cz?owieku! On mwi prawd?. Na ca?ej planecie jest tylko ta grochwka. Pokrywa ka?d? pi?d? ziemi, ka?dy centymetr wody, z wyj?tkiem paru dziur na biegunach.
Dixon troch? si? zmiesza?, a ludziki poszepta?y mi?dzy sob?. Chyba mj g?os zabrzmia? szczerze.
- Je?eli nie ma tam ludzi - zapyta? Dixon - to sk?d si? bior? rosyjskie ataki?
Odpowiedzia? Vladimir. Szybko my?la?, jak na krlika.
- Spontaniczna rekombinacja. Wy i Rosjanie wyhodowali?cie nowe szczepy ka?dego mikroba, a one rozwija?y si? jak szalone. Wszyscy ludzie, wszystkie zwierz?ta i wszystkie ro?liny zgin??y. Prze?y?y tylko mikroby, lecz ci?gle wprowadzali?cie nowe szczepy, wsp?zawodnicz?ce z tymi potworkami na zewn?trz. Te, ktre nie mog?y si? zaadaptowa?, gin??y. A teraz zosta?y tylko takie, ktre si? adaptuj?. Bez przerwy.
Andrew Jackson Wallichinsky, szef naukowcw, pokiwa? smutno g?ow?.
- To brzmi rozs?dnie.
- Przez ostatnie tysi?c lat jednego nauczyli?my si? o komunistach - rzek? Richard Nixon Dixon. - Nie mo?na im ufa?.
- No c? - zauwa?y? Andy Jack. - ?atwo to sprawdzi?.
- Prbuj. - Dixon skin?? g?ow?.
Trzech ludzikw podesz?o do akwariw i ka?dy wyj?? ameb?. W jednej chwili sta?o si? jasne, ?e chc? je na nas po?o?y?. Amauri wrzasn??. Vladimir poblad?. Te? bym krzykn??, gdybym nie by? zaj?ty po?ykaniem w?asnego j?zyka.
- Spokojnie - powiedzia? Andy Jack. - Nie zrobi? wam krzywdy.
- Acredito! - wrzasn??em. - Tak jak Haroldowi!
- Harold zabija? ludzi. Te nic wam nie zrobi?. Chyba ?e b?dziecie k?ama?.
?wietnie, pomy?la?em. To jak prba czarownic. Rzuca sieje do wody i je?li si? potopi?, s? niewinne, a je?li p?ywaj?, s? winne, wi?c si? je zabija.
A mo?e Andy Jack mwi? prawd? i rzeczywi?cie ameby nic nam nie zrobi?... Je?li nie pozwolimy po?o?y? na sobie tych bestii, b?d? wiedzieli, ?e k?amali?my, i przek?uj? nam skafandry.
Powiedzia?em wi?c ludzikom, ?eby sprbowa?y tylko ze mn?. Nie musz? sprawdza? nas wszystkich.
Potem wsun??em j?zyk mi?dzy z?by, gotw zgry?? mocno i wci?gn?? krew do p?uc, gdyby to dra?stwo zacz??o mnie po?era?. Uzna?em, ?e przyjemniej b?dzie zej?? z tego ?wiata samodzielnie.
Po?o?yli stwora na moich ramionach. Nie przebi? skafandra. Przela? si? tylko w stron? g?owy.
Potem obj?? szyb? he?mu i zapad?a ciemno??.
- Kane Kanea - rozleg?a si? delikatna wibracja szyby.
- Meu deus - szepn??em.
Ameba potrafi?a mwi?. Ale ja nie musia?em jej odpowiada?. Pytania dochodzi?y przez wibracj? szyby he?mu. Le?a?em bez ruchu, a ona zna?a odpowied?. Prosta sprawa. By?em tak przera?ony, ?e w czasie tej rozmowy dwa razy si? zsika?em. Ale mj niezawodny ma?pi skafander oczy?ci? wszystko i zamieni? w ?niadanie - jak zwykle.
Wreszcie przes?uchanie si? sko?czy?o. Ameba zsun??a si? z he?mu i wrci?a na ramiona jednego z ludzikw, ktry przenis? j? do Andy'ego Jacka i Ricky'ego Nicka. Obaj po?o?yli na niej d?onie, a potem spojrzeli na nas zaskoczeni.
- Mwili?cie prawd?. Nie ma Rosjan. Vladimir wzruszy? ramionami.
- Dlaczego mieliby?my k?ama??
Andy Jack ruszy? w moj? stron?, trzymaj?c w r?kach monstrum, ktre mnie przes?uchiwa?o.
- Pr?dzej si? zabij?, ni? pozwol?, by to mnie znowu dotkn??o. Andy Jack zatrzyma? si? zdziwiony.
- Wci?? si? boisz?
- Jest inteligentne - odpar?em. - Czyta?o w moich my?lach. Vladimir by? zaskoczony, a Amauri mrukn?? co? pod nosem.
Andy Jack tylko si? u?miechn??.
- Nie ma w tym nic tajemniczego. Potrafi czyta? i interpretowa? fale elektromagnetyczne twojego mzgu w po??czeniu z amitronow? emisj? tarczycy.
- Co to jest? - spyta? Vladimir. Andy Jack spojrza? z dum?.
- Ten jest moim synem.
Czekali?my na puent? tego dowcipu. Nie nadesz?a. I nagle zrozumieli?my, ?e znale?li?my to, co nas interesowa?o: wynik bada? ma?ych ludzikw nad rekombinacjami ludzkiego DNA.
- Pracowali?my nad nimi od dawna. W ko?cu uda?o nam si?, jakie? cztery lata temu - wyja?ni? Andy Jack. - S? nasz? ostatni? lini? obrony. Ale teraz, gdy wiemy, ?e Rosjanie s? martwi, nie ma powodu, ?eby pozostawa?y w gniazdach.
Pochyli? si? i w?o?y? ameb? do grochwki, ktra zalewa?a ju? pod?og? na g??boko?? oko?o sze??dziesi?ciu centymetrw. Ameba rozp?aszczy?a si? natychmiast na powierzchni, a? osi?gn??a jaki? metr ?rednicy. Przypomnia?em sobie szepcz?cy g?os, s?yszany przez szyb? skafandra.
- To jest zbyt elastyczne, ?eby mie? mzg - stwierdzi? Vladimir.
- Bo nie ma - przyzna? Andy Jack. - Funkcje mzgu s? rozdzielone na ca?e cia?o. Gdyby go poci?? na czterdzie?ci kawa?kw, ka?dy z nich mia?by do?? pami?ci i funkcji mzgowych, ?eby ?y? dalej. Jest niezniszczalny. A kiedy kilka z nich zbierze si? razem, generuj? pole wsp?czulne. I staj? si? wtedy bardzo inteligentne.
- Klasowy prymus i w ogle. Jasna sprawa - mrukn?? Vladimir. Nie potrafi? ukry? obrzydzenia w g?osie.
Co do mnie, to stara?em si? nie wymiotowa?.
Wi?c to jest kolejny etap ewolucji, my?la?em. Cz?owiek r?nie planet?, a? nadaje si? tylko dla mikrobw, a potem zmienia sam siebie tak, ?e ?yje na diecie z bakterii i wirusw.
- To naprawd? idealny krok ewolucyjny - oznajmi? Andy Jack. - Ten maluch niemal odruchowo adaptuje si? do nowych odmian paso?ytniczych bakterii i wirusw. ?wiadomie kontroluje swj zestaw DNA. Manipuluje DNA innych organizmw, absorbuj?c je przez p?przepuszczalne membrany specjalizowanych komrek, potem przekszta?ca je i uwalnia.
- Jako? nie mam ochoty go karmi? ani zmienia? mu pieluch. Andy Jack roze?mia? si? lekko.
- Rozmna?aj? si? przez podzia?, wi?c nigdy nie s? dzie?mi. Oczywi?cie, je?li ktry? kawa?ek jest za ma?y, potrzebuje czasu, aby zyska? pe?ni? mo?liwo?ci. Ale w normalnym trybie zawsze s? doros?e.
Andy Jack wyci?gn?? r?k? i pozwoli?, by syn owin?? mu si? wok? ramienia. Potem ruszy? do miejsca, gdzie sta? Richard Nixon Dixon. Andy Jack po?o?y? mu r?k? z ameb? na ramieniu.
- A przy okazji, sir- powiedzia?. - Kiedy Rosjanie s? martwi, to cholerna wojna jest zako?czona, sir.
- I co? - zdziwi? si? Dixon.
- Nie potrzebujemy ju? dowdcy.
Zanim Dixon zd??y? odpowiedzie?, ameba przegryz?a mu szyj? i ju? nie ?y?. Do?? gwa?towny przewrt, pomy?la?em i zerkn??em na pozosta?ych ludzikw, oczekuj?c jakiej? reakcji. Zdaje si?, ?e nikomu to nie przeszkadza?o. Najwyra?niej ich superpatriotyczny militaryzm nie si?ga? zbyt g??boko. Poczu?em niejasn? ulg?. Mo?e jednak mieli ze mn? co? wsplnego.
Postanowili nas wypu?ci?, a my z zadowoleniem skorzystali?my z oferty. W drodze do wyj?cia pokazali nam jeszcze, co spowodowa?o wybuch przy ostatnim rosyjskim" ataku. Ta ple??, ktra pokrywa?a stalowe powierzchnie instalacji, w jednym miejscu zmutowa?a si? lekko, dopuszczaj?c stalo?erne bakterie do symbiozy. Mutacja przypadkiem nast?pi?a w miejscu, gdzie o ?cian? opiera?y si? zbiorniki wodoru. Kiedy powsta? otwr, jeden z pierwszych uk?adw aminokwasw, jaki wla? si? z grochwk?, okaza? si? takim, ktry reaguje gwa?townie z czystym wodorem. Skutkiem by?a trzysekundowa eksplozja populacji. Wyrwa?a solidny kawa? Bazy 004.
Kiedy wrcili?my na kuter, byli?my zadowoleni, ?e zostawili?my star? dobr? Pollywog, unosz?c? si? jakie? czterdzie?ci metrw nad ziemi?. I tak nie obesz?o si? bez uszkodze?. Jeden z powietrznych mikrobw mia? talent zag??biania si? w cieniutkie szczeliny i gwa?townego rozmna?ania, przez co poszerza? mikroskopowe p?kni?cia w strukturze statku. Mimo to Amauri uzna?, ?e mo?emy startowa?.
Nikogo nie uca?owali?my na po?egnanie.
I tak przekaza?em wam teraz prawdziw? histori? naszych odwiedzin na Matce Ziemi w roku dwa tysi?ce osiemset dziesi?tym. Odniesienia do obecnej sytuacji powinny by? oczywiste. Je?li pozwolimy, aby Pensylwania da?a si? wci?gn?? w t? n?dzn? wojenk? mi?dzy Kijowem a Nuncamais, b?dziemy zas?ugiwali na to, co nas spotka. Bo to, co robi? te przekl?te konwertery antymaterii, sprawi, ?e wojna biologiczna wyda si? przyjemna jak w?chanie go?dzikw.
A je?eli cokolwiek ludzkiego przetrwa t? wojn?, na pewno nie b?dzie przypomina?o tego, co nazwaliby?my cz?owiekiem.
By? mo?e obecnie nie ma to dla nikogo znaczenia. Dla mnie ma. Nie podoba mi si? perspektywa ameb jako wnukw, a posiadanie kuzynw z antymaterii poci?ga mnie jeszcze mniej. Przez ca?e ?ycie by?em cz?owiekiem i zd??y?em si? przyzwyczai?.
Dlatego radz?: w??czmy nasze represory i przeczekajmy t? wojn?. Czekajmy do chwili, a? unicestwi? si? nawzajem, a potem we?my si? do pracy nad zachowaniem ludzko?ci ?ywej i ludzkiej.
Tyle traktatw politycznych. Je?li zag?osujecie za wojn?, obiecuj?, ?e niejeden kuter wyruszy w pustk?. Kiedy? kolonizowali?my planety, wi?c mo?emy to zrobi? raz jeszcze. Na wypadek, gdyby kto? nie zrozumia? aluzji, jest to wezwanie dla ochotnikw - o ile, je?li i kiedy. Sko?czy?em.
Nie ca?kiem sko?czy?em. Po pierwszym wydruku tego programu otrzyma?em wiele pyta?, dlaczego nie z?o?yli?my meldunku, kiedy wrcili?my do domu. Odpowied? jest prosta. Na Nuncamais fa?szowanie dziennika statku jest zbrodni?. A musieli?my to zrobi?.
Gdy tylko wystartowali?my z Matki Ziemi, Vladimir kaza? komputerowi przedstawi? wszystkie znaleziska, wszystkie dane, wszystkie wnioski na temat rekombinacji DNA. A potem je wykasowa?.
Pewnie bym go powstrzyma?, gdybym si? zorientowa?, co zamierza. Ale kiedy sko?czy?, obaj z Amaurim zrozumieli?my, ?e mia? racj?. Na takie merda nie ma miejsca we wszech?wiecie.
Potem systematycznie zatarli?my wszystkie ?lady. Usun?li?my wpisy dotycz?ce Bazy 004, wymazali?my wspomnienia o sygnale namiarowym. W komputerze pozosta? tylko zapis naszego lotu orbitalnego, ukazuj?cy wy??cznie si?gaj?c? od morza do morza grochwk?. Nie by?o to ?atwe, ale w drodze do domu dodali?my jeszcze powa?ne uszkodzenie systemu podtrzymywania ?ycia w skafandrze, ktre kosztowa?o nas istnienie naszego drogiego przyjaciela i towarzysza Harolda.
A potem zapisali?my w dzienniku statku: Planeta niezdatna do zamieszkania przez ludzi. Nie odkryto ?adnych ?ladw ludzkiego ?ycia".
Do diab?a. To nawet nie by?o k?amstwo.
6. W PSIEJ BUDZIE

Kiedy Mklikluln si? zbudzi?, odczuwa? tak? sam? depresj? jak wtedy, kiedy zasypia? dziewi??dziesi?t siedem lat temu. I chocia? wiedzia?, ?e jego nastrj tylko si? pogorszy, natychmiast przeskanowa? tyln? cz??? nieba, szukaj?c gwiazdy, ktra by?a s?o?cem. Nie znalaz? jej. To znaczy?o, ?e nawet po dodaniu czasu przyspieszania i hamowania, ?wiat?o nowej czy supernowej nie dotar?o jeszcze do systemu, ktry by? jego celem.
Mniejsza z sentymentalizmem, pomy?la?, skupiaj?c uwag? na danych zbli?aj?cego si? uk?adu. To co, ?e lodowe urwiska stopniej?, a l?dy zmieni? si? w ogromne, pokrywaj?ce ca?? planet? jeziora? To co, ?e atmosfera uleci w ?arze? Kogo to obchodzi? Ludzko?? jest bezpieczna.
Tak bezpieczna, jak tylko mog? by? bezcielesne umys?y, spoczywaj?ce we w?asnych polach my?lowych gdzie? w kosmosie, czekaj?ce na natychmiastowy przekaz wie?ci, ?e tutaj dost?pne s? cia?a, tutaj jest dom dla milionw, dla ktrych zabrak?o statkw, tutaj mo?emy raz jeszcze...
Raz jeszcze co?
Niewa?ne, jak daleko szukamy, przypomnia? sobie Mklikluln; nie ma ?adnej szansy natrafienia na te pi?kne, symetryczne, heksagonalnie delikatne cia?a, jakie pozostawili?my za sob? na pastw? p?omieni.
Oczywi?cie, Mklikluln wci?? jeszcze mia? swoje cia?o, ale tylko na krtko.
Trzyna?cie planet, z ktrych dwie wsp?orbitowa?y jako planeta podwjna na pozycji trzeciej. Ignoruj?c gazowe giganty i zamarzni?te odpryski poza zasi?giem strefy ?ycia, Mklikluln uzyskiwa? coraz ciekawsze z?o?one dane o planecie podwjnej i o pojedynczym czerwonym karze?ku na czwartej orbicie.
Czerwona by?a martwa, mniejsza z podwjnej pary jeszcze gorsza, ale wi?ksza, b??kitno-zielona, nadawa?a si? idealnie. Nie dlatego, ?e warunki na niej odpowiada?y ojczy?nie Mkliklulna, to by?o niemo?liwe. Ale dlatego, ?e istnia?o na niej ?ycie. Nie tylko ?ycie, lecz ?ycie inteligentne.
A przynajmniej do?? rozumne. Promieniowanie energetyczne w widmie sub- i suprawidzialnym przewy?sza?o odbicie promieniowania gwiazdy (nie, musz? my?le? o niej jako s?o?cu) i to do?? znacznie. Energia najwyra?niej pochodzi?a z rozbijania sk?adowych w?glowych; aktualna teoria (aktualna? nie, sprzed dziewi??dziesi?ciu siedmiu lat) uznawa?a, ?e jest to logiczna baza energetyczna cywilizacji rozwijaj?cej si? w takiej temperaturze. Naukowcy b?d? zachwyceni.
Po kilku miesi?cach manewrw pojazdem znalaz? si? na orbicie stacjonarnej wok? wi?kszej z planet podwjnych. Zacz?? monitorowa? komunikacj? na suprawidzialnych d?ugo?ciach fal. Szybko nauczy? si? j?zyka, chocia? oczywi?cie jego cia?o nie mog?o wydawa? takich d?wi?kw. Westchn?? tylko, gdy zrozumia?, ?e obcy, tak jak jego w?asny lud, nazwali sw? ma?? gwiazd? s?o?cem", mniejsz? podwjn? ksi??ycem", a swoj? n?dzn? przegrzan? planet? ziemi?" (terr?, mundi itd.). Zestaw j?zykw by? imponuj?cy; pomy?le?, ?e ludzie zadali sobie tyle trudu, by dla samej mi?o?ci logicznego my?lenia stworzy? setki ca?kowicie r?nych sposobw komunikacji. Musz? mie? wspania?e umys?y!
Przez moment b?ysn??a mu my?l, ?eby przej?? dla jego ludu te dwuno?ne cia?a dominuj?cej rasy inteligentnej. Ale prawo to prawo. Jego rodacy pope?niliby masowe samobjstwo, gdyby zrozumieli -a musieliby zrozumie? - ?e zdobyli cia?a kosztem innej inteligentnej rasy. Takie dwunogi mo?na by uzna? za prawie ludzi, nie brakowa?o im nawet poczucia humoru, ktre przypomina?o Mkliklulnowi jego ?on? (och, Glundnindn, by?a? pilotem, ktry zg?osi? si?, by zanurkowa? w s?o?ce i pobra? prbki; ciebie to zabi?o, ale ocali?o cywilizacj?!); nie chcia? jednak po niej rozpacza?.
Dominuj?ca by?a wykluczona Inne podobne dwunogi ?y?y w zbyt ma?ej liczbie, budzi?y l?k i niezrozumienie w rasie dominuj?cej. Innym zwierz?tom o w?a?ciwie rozwini?tych populacjach brakowa?o funkcji cia?a, ktre mog?yby bez wi?kszych przerbek podtrzyma? inteligencj?. Wiele by?o zbyt s?abych, ?eby prze?y? bez pomocy, i ?y?o zbyt krtko, ?eby stworzy? cywilizacj?.
I tak jego wybr ograniczy? si? do dwch czworonogw, zupe?nie r?nych typw, oczywi?cie, ale w dopuszczalnych granicach, Oba mia?y pe?ny dost?p do mieszka? rasy dominuj?cej, a tak?e odpowiedni? konstrukcj? cia?a, pozwalaj?c? na utrzymanie intelektu. Oba posiada?y potencjalne ?rodki komunikacji; by?o ich dostatecznie wiele, by przyj?? umys?y czekaj?ce w mi?dzygwiezdnej przestrzeni.
Mklikluln w my?lach wykona? odpowiednik rzutu monet?; rzuci?by monet?, gdyby nie to, ?e nie mia? ani r?k, ani monety, ani odpowiedniej grawitacji.
Dokona? wyboru, wskazuj?c bardziej ha?a?liwy typ o wi?kszej inteligencji, ciesz?cy si? ju? mi?o?ci? wi?kszo?ci osobnikw rasy panuj?cej, i zacz?? planowa?, jak wprowadzi? przetworniki, ktre przywo?aj? jego lud. (Rasa dominuj?ca nie mo?e wiedzie?, co si? dzieje; jednocze?nie nie mo?na tego zrobi? bez ich pomocy.)
Sze?? wierzcho?kw Mkliklulna wibrowa?o delikatnie, gdy si? zastanawia?.
Abu by? ?le op?acany, niedo?ywiony, wychudzony i mia? mniej wi?cej dwana?cie minut do ko?ca ?ywota. Rozmy?la? w?a?nie o pierwszym problemie, kiedy pojawi? si? czwarty.
- Dlaczego p?ac? mi mniej ni? Fajsalowi, ktry siedzi na ty?ku przy bramie, kiedy ja musz? przez ca?y dzie? spacerowa? przed drzwiami cel? - mrucza? ze s?usznym oburzeniem, cichutko, ?eby zwierzchnik go nie us?ysza?. - Czy nie jestem dobrym mahometaninem? Czy nie jestem rwnie m?dry? Czy nie jestem rwnie lojalny wobec partii?
Pogr??y? si? w s?usznej niech?ci do nieludzkiego traktowania -nie ludzko?ci jako takiej, lecz konkretnie Abu ibn Assura - kiedy nagle w pustynnym wi?zieniu rozleg? si? huk, a po nim dmuchn?? straszliwy, gor?cy wicher, nios?cy suchy piasek. Abu wrzasn?? i zas?oni? oczy, jednak za p?no - piasek otworzy? mu je si??, a gor?ce powietrze wysuszy?o na wir.
Dlatego w?a?nie nie zobaczy? dziury w zewn?trznej ?cianie celi nr 23, gdzie siedzia? wi?zie? polityczny, skazany na rozstrzelanie nast?pnego ranka za zabjstwo swojej ?ony. Zwykle nie by?o to ?adne przest?pstwo polityczne, chyba ?e ?ona by?a tak?e crk? kogo?, kto mg? dzwoni? w pewne miejsca i wsadza? ludzi do wi?zienia.
Dlatego nie zobaczy? rwnie? swojego zwierzchnika, ktry nadbieg?, odkry? pust? cel? nr 23, a potem wymierzy? w Abu pistolet maszynowy, co mia?o by? pierwszym krokiem do uczynienia z nieszcz?snego stra?nika oficjalnego koz?a ofiarnego tej afery. Abu us?ysza? jednak i poczu? wystrza?, a zanim zgin??, zd??y? jeszcze pomy?le?, co si? sta?o.
Mklikluln rozprostowa? nowe ramiona i nogi (poczwrno?? tego cia?a, dwustronno??, przyt?aczaj?ca seksualno?? - wszystko to by?o zadziwiaj?ce, cudowne) i obszed? dooko?a swj ma?y statek kosmiczny. Pi?tno?? i dziesi?tno?? palcw r?k i ng! (Co by?my mogli zrobi? z palcami r?k i ng! Tyle ?e pewnie wtedy nie rozwin?liby?my my?lomowy i sko?czyliby?my na wibracji powietrza, tak jak ci ludzie.) Wewn?trz statku widzia?, jak jego w?asne cia?o rozpuszcza si? szybko, gdy gor?ce powietrze rolniczego Kansas podnios?o temperatur? powy?ej punktu topnienia lodu.
Sam z?ama? prawo, ale nie mia? innego wyj?cia. Cho? ten akt by? konieczny, cho? postara? si? ukra?? cia?o cz?owieka i tak skazanego na ?mier?, wiedzia?, ?e w?asny lud os?dzi go, ska?e i wykona egzekucj? za to, ?e pozbawi? ?ycia inteligentn? istot?.
Tymczasem jednak dysponowa? nowym cia?em i doznawa? mnstwa nowych wra?e?. Przesun?? j?zykiem po z?bach. Wydoby? z gard?a brz?cz?cy d?wi?k, ktrego u?ywali do komunikacji. Sprbowa? co? powiedzie?.
To by?o niemo?liwe. Przynajmniej tak si? wydawa?o, gdy? j?zyk, wargi i szcz?ka stara?y si? wydawa? arabskie d?wi?ki, do ktrych by?y przyzwyczajone, podczas gdy Mklikluln prbowa? mwi? j?zykiem dominuj?cym na falach radiowych.
Wci?? ?wiczy?, gdy roztopi? si? statek (by? wprawdzie prze?roczysty dla wi?kszo?ci fal elektromagnetycznych, jednak wywo?a?by wiele komentarzy, gdyby kto? go znalaz?), a kiedy wyruszy? w drog? do najbli?szego miasta, potrafi? si? ju? porozumiewa? do?? swobodnie. Na tyle dobrze, aby zamwi? w Korporacji Rozwoju Miasta Kansas produkcj? urz?dzenia, ktre zaprojektowa?; umwi? si? z firm? Farber, Farber i Mayanard, aby zg?osi? patenty na ka?dy szczeg? maszynerii; i z warsztatem stolarskim Sidneya, ?eby produkowali psie budy.
Sprzeda? wystarczaj?co du?o diamentw, aby zap?aci? za pierwsze dwa tysi?ce egzemplarzy. A potem ruszy? w drog?, pod?piewuj?c w j?zyku, ktrego nauczy? si? z radia.
- ?eby ?mia? si? i cieszy?, zawsze s? powody - ?piewa? sobie. -Zawsze jest coca-cola i supernagrody.
S?o?ce zachodzi?o, kiedy zameldowa? si? w motelu na przedmie?ciu Manhattanu w stanie Kansas.
- Ilu? - zapyta? recepcjonista.
- Jeden - odpar? Mklikluln.
- Nazwisko?
- Redford - powiedzia?, u?ywaj?c imienia, ktre wybra? sobie z wielu tysi?cy wspominanych na falach radiowych. - Robert Redford.
- Ha, ha - u?miechn?? si? recepcjonista. - Na pewno cz?sto si? z pana ?miej?.
- Owszem, ale te? cz?sto widuj? wa?nych ludzi. Recepcjonista ?mia? si? dalej. Mklikluln tak?e si? u?miechn??.
Mwienie by?o zabawne. Na przyk?ad mo?na by?o k?ama?. To sztuka, jakiej jego lud nigdy nie opanowa?.
- Zawd?
- Akwizytor.
- Naprawd?, panie Redford? Co pan sprzedaje? Mklikluln wzruszy? ramionami, ?wicz?c przy tym lekko zak?opotany wyraz twarzy.
- Psie budy - powiedzia?.
Royce Jacobsen otworzy? frontowe drzwi swojego gor?cego domu i westchn??. Akwizytor.
- Niczego nie chcemy - powiedzia?.
- Owszem, chce pan - zapewni? m??czyzna z u?miechem. Royce by? troch? zdziwiony. Akwizytorzy zwykle nie k?c? si? z potencjalnymi klientami; na og? prosz?. A ci, ktrzy si? k?c?, rzadko robi? to z takim spokojem i pewno?ci? siebie. Facet by? dupkiem, uzna? Royce. Spojrza? na teczk? z prbkami. Napis z boku g?osi?: Psie Budy SA".
- Nie mamy psa - powiedzia? Royce.
- Ale ma pan bardzo ciep?y dom, jak zauwa?y?em - odpar? akwizytor.
- Owszem. Gor?co jak w piekle, jak mawia pastor. Ha. - ?miech trwa?by d?u?ej ni? to jedno ha", ale Royce by? zgrzany, zm?czony i rozmawia? tylko z akwizytorem.
- Przecie? ma pan klimatyzator.
- Mam - przyzna? Royce. - Ale nie mam pozwolenia na zu?ycie pr?du za wi?cej ni? sto dolarw. Cholernaenergetyka. Wi?c je?eli w??cz? klimatyzator na jeden dzie? w miesi?cu, musz? wy??czy? lodwk? albo kuchenk?, albo co? jeszcze.
Akwizytor okaza? zrozumienie.
- Tylko tacy faceci jak ja - t?umaczy? Royce - zawsze ?le na tym wychodz?. Mo?e si? pan za?o?y? o w?asne buty, ?e burmistrz ma tyle klimatyzacji, ile sobie za?yczy. Mo?e si? pan za?o?y? o w?asne buty i gacie, jak mawiaj? farmerzy, ?e prezes cholernej energetyki bierze trzy gor?ce prysznice dziennie i trzy zimne noc?, a zim? zostawia otwarte okno. Jestem tego pewien.
- Racja - powiedzia? akwizytor. - Zak?ady energetyczne s? w?a?cicielami ca?ego kraju. W?a?cicielami ca?ego ?wiata, wie pan? My?li pan, ?e w Anglii czy Japonii wygl?da to inaczej? Maj? paliwo, a to znaczy, ?e maj? z?oto.
- Zgadza si? - przytakn?? Royce. - Podoba mi si? pan. Niech pan wejdzie. W domu jest gor?co jak w piekle, jak mawia pastor, ale na pewno w nim przyjemniej ni? sta? w s?o?cu.
Usiedli na wytartej kanapie, a Royce szczeg?owo wyja?ni?, co mu si? nie podoba w cholernejenergetyce, co my?li o urz?dnikach cholernejenergetyki i w jak? cz??? cia?a powinni sobie wcisn?? swoje przydzia?y, rachunki, raty i okresy maksymalnego i minimalnego zu?ycia.
- Mam ju? ?miertelnie dosy? prysznicw o drugiej w nocy! - wrzasn?? Royce.
- Wi?c niech pan co? z tym zrobi! - poradzi? akwizytor.
- Jasne. Tylko co?
- Niech pan kupi ode mnie psi? bud?.
Royce uzna?, ?e to zabawne. ?mia? si? przez d?u?sz? chwil?. Lecz wtedy akwizytor zacz?? bardzo spokojnie mwi?, pokazywa? rysunki, wykresy, analiz? kosztw, ktre dowodzi?y... czego?
- ?e przetwornik energii s?onecznej, zamontowany w psiej budzie, mo?e regularnie zasila? ca?y pa?ski dom, daj?c cztery razy wi?cej energii, ni? mg?by pan zu?y?, w??czaj?c wszystkie domowe odbiorniki, bez przerwy. A kosztuje to dok?adnie zero, oprcz tej niewielkiej jednorazowej op?aty.
Royce pokr?ci? g?ow?, chocia? psia buda bardzo mu si? spodoba?a.
- Nie mog?. To nielegalne. O ile pami?tam, jeszcze w osiemdziesi?tym pi?tym czy osiemdziesi?tym szstym wydali prawo zakazuj?ce numerw z energi? s?oneczn?. ?eby chroni? energetyk?.
Akwizytor roze?mia? si? g?o?no.
- My?li pan, ?e energetyka potrzebuje ochrony?
- No tak - przyzna? Royce. - To ja potrzebuj? ochrony. Ale co z odczytem licznikw? Je?li przestan? zu?ywa? pr?d, zamelduj? o tym, przeprowadz? ?ledztwo...
- Dlatego nie prze??czymy ca?ego domu. Tylko to, co zu?ywa du?o pr?du, a potem stopniowo b?dziemy od??cza? urz?dzenia z normalnego zasilania na s?oneczne, a? b?dzie pan p?aci? jakie? pi?tna?cie dolarw na miesi?c. Zgoda? Tylko ?e zamiast pi?tnastu dolarw na miesi?c, gotowania na ogniu i pocenia si? na ?mier?, b?dzie mia? pan klimatyzator dzia?aj?cy ca?y dzie?, grzejnik pracuj?cy przez ca?? zim?, prysznic, kiedy tylko przyjdzie panu ochota. I mo?e pan otwiera? lodwk?, ile razy pan zechce.
Royce wci?? nie by? pewien.
- Co pan ryzykuje? - spyta? akwizytor.
- Mj ty?ek - odpar? Royce. - Rozumie pan? Mj ty?ek.
- Dlatego montujemy je w psich budach; ?eby nikt niczego nie podejrzewa?.
- Dobra, czemu nie? Rb pan swoje. Wchodz? w to. I tak nie g?osowa?em na tego cholernego kongresmana, ktry uchwali? g?upie prawo.
Klimatyzator szumia? cicho, gdy przyszli go?cie. Royce i jego ?ona, Junie, wprowadzili ich do salonu. Obok gra? telewizor, w kuchni chodzi? malakser, a Royce spokojnie w??czy? ?wiat?o. Jedna z kobiet sykn??a. M??czyzna szepn?? co? ?onie do ucha. Royce i Junie zacz?li rozmow? jeszcze przy otwartych drzwiach.
Go?? to zauwa?y?. Pan Detweiler by? znajomym z kr?gielni.
- Hej - zawo?a? i poderwa? si? z krzes?a. Royce zatrzyma? go.
- Spokojnie, spokojnie, zaraz zamkn?. Mo?e orzeszkw? Go?cie ze zgroz? wpatrywali si? w drzwi, podczas gdy Royce cz?stowa? ich orzeszkami. Dopiero potem stan?? przy drzwiach.
- Pi?kny mamy dzie? - zauwa?y?, trzymaj?c je otwarte jeszcze przez kilka chwil.
Kto? w pokoju wymieni? imi? bstwa. Kto? inny jednym s?owem omwi? defekacj?. Royce uzna?, ?e pokaza?, o co mu chodzi.
Zamkn?? drzwi.
- A przy okazji, chcia?em wam przedstawi? mojego przyjaciela. Nazywa si? Robert Redford.
Ha, ha, oczywi?cie ?artujesz. Robert Redford, ale ?arcik.
- Naprawd? nazywa si? Robert Redford, ale oczywi?cie nie jest gwiazd? filmow? wszech czasw i pi?tkowego wieczoru, jak mwi? dyskd?okeje, ha, ha. Jest on, najkrcej mwi?c, moi drodzy, sprzedawc? psich bud.
Mklikluln wszed? i przywita? si? ze wszystkimi.
- Wygl?da na Araba - szepn??a kobieta.
- Albo ?yda - odszepn?? jej m??. - Trudno pozna?. Royce powita? Mkliklulna i poklepa? go po ramieniu.
- Redford jest najlepszym handlowcem, jakiego spotka?em.
- Z pewno?ci?, je?li sprzeda? ci psi? bud?, a nie masz nawet psa - stwierdzi? pan Detweiler z kr?gielni; przemawia? z wy?szo?ci?, poniewa? z ca?ej dru?yny on jeden str?ci? wszystkie kr?gle.
- Je?li ma si? sta? to, co sta? si? musi, jak mawia?a Lady Makbet, ha, ha, ha, to mo?e od razu poka?? wam moj? psi? bud?.
I Royce poprowadzi? go?ci przez kuchni?, gdzie pali?y si? wszystkie ?wiat?a, a lodwka by?a otwarta (Royce, lodwka otwarta!" Och, pewnie ktry? z dzieciakw j? tak zostawi?". Chyba bym zabi?, gdyby to zrobi? ktry? z moich!"), i gdzie kuchenka, mikrofalwka, malakser i grzejnik wody dzia?a?y rwnocze?nie. Niektre kobiety wygl?da?y, jakby mia?y zemdle?.
A kiedy go?cie prbowali wybiec wszyscy naraz tylnymi drzwiami, ?eby oszcz?dza? energi?, Royce uspokoi? ich.
- Powoli, sk?d ta panika, pali si? czy co? Ha, ha, ha. Ale go?cie spieszyli si? i tak.
Po drodze do budy, ktra sta?a na samym ?rodku podwrza, Detweiler odci?gn?? Royce'a na stron?.
- S?uchaj, Royce, kogo masz znajomego w cholernejenergetyce? Jak powi?kszy?e? sobie przydzia??
Royce pokr?ci? g?ow?.
- Przydzia? mam taki sam, Detweiler. - A potem, podnosz?c troch? g?os, ?eby wszyscy s?yszeli, oznajmi?: - Za pr?d p?ac? pi?tna?cie dolarw miesi?cznie.
- Hau, hau, hau - odezwa? si? ma?y piesek uwi?zany do haka w budzie.
- Sk?d si? wzi?? ten pies? - szepn?? Royce do Mkliklulna.
- S?siad chcia? go utopi? - odpar? Mklikluln. - Poza tym, je?li nie masz psa, to energetyka b?dzie co? podejrzewa?. To maskowanie.
Royce z m?dr? min? pokiwa? g?ow?.
- Niez?y pomys?, Redford. Mam nadziej?, ?e to przyj?cie to te? dobry pomys?. A jak zaczn? gada??
- Nie zaczn?- zapewni? spokojnie Mklikluln.
A potem zacz?? pokazywa? go?ciom co ciekawsze rozwi?zania psiej budy.
Kiedy w ko?cu wyszli, Mklikluln mia? dwadzie?cia trzy spotkania na najbli?sze dwa tygodnie. Ponadto czeki wypisane na Psi? Bud? SA", ka?dy na dwie?cie dwadzie?cia jeden dolarw i dwadzie?cia trzy centy, w tym VAT, i wielu nowych przyjaci?. Nawet pan Detweiler zostawi? czek w r?ku Mkliklulna i wyszed? z u?miechem, chocia? szczeniak narobi? mu na buty.
- Tu masz swj udzia? - powiedzia? Mklikluln, wypisuj?c czek na trzysta dolarw dla Royce'a Jacobsena. - Troch? wi?cej, ni? si? umawiali?my, ale uczciwie je zarobi?e?.
- Troch? g?upio si? czuj? - stwierdzi? Royce. - Jakbym zak?ada? spisek w celu z?amania prawa albo co? takiego.
- Nonsens - uspokoi? go Mklikluln. - My?l o tym jak o prezentacji garnkw Zeptera.
- Jasne - zgodzi? si? Royce po chwili namys?u. - W ko?cu ja sam niczego nie sprzedawa?em, prawda?
Jednak po tygodniu Detweiler, Royce i czterech innych obywateli Manhattanu w stanie Kansas wyruszy?o w drog? do rozmaitych dalekich miast Stanw Zjednoczonych z walizkami Psich Bud SA" w r?kach.
Po miesi?cu dla Mkliklulna pracowa?o trzysta osb w siedmiu miastach. Budowali psie budy i instalowali je. A do ka?dej psiej budy trafia? weso?y szczeniak. Mklikluln wykona? pewne obliczenia. Mniej wi?cej za rok, uzna?. Jeden rok i mog? wezwa? mj lud.
- Co si? dzieje ze zu?yciem energii w Manhattanie? - spyta? Bili Wilson, robi?cy karier? m?ody urz?dnik w wydziale analizy statystycznej Centralnego Biura Energetyki w Kansas, znanego powszechnie jako cholemaenergetyka.
- Obni?y?o si? - odpar?a Kay B?ock, relikt dawnej akcji afirmatywnej w Centralnym Biurze Energetyki; osi?gn??a stanowisko analityka danych, zanim cofni?to poprawk? o rwnouprawnieniu i uczyniono ?azienki bezpieczniejszymi dla ludzko?ci.
Bili Wilson parskn??, jakby chcia? powiedzie?: sam tyle wiem, kobieto. A Kay B?ock u?miechn??a si?, jakby odpowiadaj?c: no, no, ten ch?opak ma jednak jakie? IQ.
Na og? jednak ?yli zgodnie, wi?c w ci?gu godziny uzyskali alarmuj?ce dane statystyczne: zu?ycie energii elektrycznej Manhattanu w stanie Kansas obni?y?o si? o czterdzie?ci procent.
- A ile zu?ywali w poprzednim trymestrze? Normalnie. Wszystko w normie.
- Czterdzie?ci procent! To ?mieszne! - w?cieka? si? Bili.
- Nie w?ciekaj si? na mnie - odpar?a Kay, zirytowana, ?e jej szef podnosi g?os. - Id? i wrzeszcz na ludzi, ktrzy wy??czaj? lodwki!
- Nie - odpar? Bili. - To ty wrzeszcz na ludzi, ktrzy wy??czaj? lodwki. Tam co? jest nie w porz?dku. Je?li to nie fa?szowanie licznikw, to znaczy, ?e ludzie znale?li sposb na oszukanie systemu rozlicze?.
Po dwch tygodniach ?ledztwa Kay B?ock siedzia?a w budynku administracji Uniwersytetu Stanu Kansas (dziewi?? zwyci?stw, dwie pora?ki w ostatnim sezonie futbolowym, niewiele brakowa?o, a zdobyliby mistrzostwo dziewi??dziesi?tego smego roku), nie chc?c przyzna?, ?e jej wyniki to wielkie okr?g?e zero. Badanie losowo wybranych trzydziestu o?miu licznikw nie wykaza?o ?adnych ?ladw przerbek. Dok?adna kontrola ksi?g rachunkowych w miejscowym biurze energetycznym te? niczego nie wykry?a. Natomiast analiza zu?ycia energii przeprowadzona przez uniwersytet to ju? ca?kowita kl?ska. ?adnych zmian w poborze mocy, ?adnych zmian w systemie naliczania rachunkw, a jednak gwa?towny spadek zu?ycia.
- Taki spadek zwykle mo?na umiejscowi? - Kay zwrci?a si? do siwow?osej kobiety, ktra by?a jej przewodniczk? w czasie ?ledztwa. - Stadion z pewno?ci? zu?ywa tyle samo ?wiat?a, co zawsze, a zatem spadek musia? nast?pi? gdzie? indziej, na przyk?ad w laboratoriach naukowych.
Siwow?osa kobieta pokr?ci?a g?ow?.
- To mo?liwe, ale w?a?nie te dane do nas dotar?y.
Kay westchn??a i spojrza?a przez okno. W dole widzia?a nowy budynek wydzia?u botaniki. Przygl?da?a mu si? oboj?tnie, a w my?lach na pr?no stara?a si? znale?? jaki? sens w dostarczanych danych. Kto? oszukiwa?, ale w jaki sposb? Na dachu botaniki sta?a psia buda.
- Co robi psia buda na dachu? - zdziwi?a si? Kay.
- Przypuszczam - odpar?a siwow?osa kobieta - ?e mieszka w niej pies.
- Na dachu?
Kobieta u?miechn??a si?.
- Mo?e ma tam ?wie?e powietrze.
Kay przygl?da?a si? budzie jeszcze chwil?, t?umacz?c sobie, ?e jest podejrzliwa, bo szuka czegokolwiek niezwyk?ego, co mog?oby wyja?ni? anomalie w systemie zu?ycia energii Manhattanu.
- Chc? obejrze? t? bud? - o?wiadczy?a.
- Po co? - zdziwi?a si? siwow?osa kobieta. - Nie my?li pani chyba, ?e mo?na w psiej budzie schowa? generator? Albo baterie s?oneczne! Przecie? one zajmuj? ca?e budynki!
Kay przyjrza?a si? jej z uwag? ? uzna?a, ?e troch? zbyt mocno protestuje.
- Nalegam na obejrzenie tej budy - powtrzy?a. Kobieta u?miechn??a si?.
- Czego sobie pani tylko ?yczy, panno B?ock. Zawo?am dozorc?, ?eby otworzy? drzwi na dach.
Zadzwoni?a. Schodami zesz?y na parter budynku administracyjnego, na trawnik, a potem po schodach na gr?, na dach wydzia?u botaniki.
- Co si? dzieje? Nie ma tu windy? - zapyta?a Kay, skwaszona i zdyszana po wspinaczce.
- Przykro mi - odpar?a kobieta. - Nie budujemy ju? wind. Zu?ywaj? za wiele energii. Tylko firmy energetyczne mog? sobie pozwoli? na windy.
Dozorca sta? przy drzwiach wiod?cych na dach i wygl?da? na skruszonego.
- Przepraszam, je?eli stary Reks sprawia? k?opoty, prosz? pani. Trzymam go na dachu, odk?d w zesz?ym roku prbowali si? w?ama? przez te drzwi. Od tego czasu nikt nie majstrowa? przy zamku.
- Hau - odezwa? si? weso?y przyjazny mieszaniec s?onia i labradora (oczywi?cie na pierwszy rzut oka), ktry podbieg? do nich natychmiast.
- Reks, stary kundlu - powita? go dozorca. - Tylko nikogo nie ugry?.
- Hau - odpar? pies, staraj?c si? wy?lizn?? ze skry i wygl?da?, jakby mia?o mu si? uda?.
Kay obejrza?a drzwi z zewn?trz.
- Nie widz? ?adnych ?ladw w?amania - o?wiadczy?a.
- Oczywi?cie, ?e nie - zgodzi? si? dozorca. - Kto? z administracji zauwa?y? w?amywaczy, zanim dostali si? do drzwi.
- Aha. Wi?c po co trzyma pan tu psa?
- A gdyby nikt ich wtedy nie zauwa?y?? - odpar? dozorca, a jego ton sugerowa?, ?e tylko kretyn mo?e zada? takie pytanie.
Kay obejrza?a psi? bud?. Wydawa?o si?, ?e jest taka sama, jak ka?da inna psia buda na ?wiecie. Wygl?da?a jak psie budy z kreskwek, tak by?a zwyczajna. Mia?a proste, hakowate wej?cie i sko?ny dach z okapami. Brakowa?o tylko miski z wod?, psich kupek i starych ko?ci. ?adnych psich kupek?
- Co za m?dry pies - zauwa?y?a Kay. - Chodzi nawet do toalety.
- Ehm - odpowiedzia? dozorca. - Tak naprawd? to jest pies pokojowy. Nic nie zrobi, dopki nie wyprowadz? go na trawnik, prawda, Reks?
Kay zbada?a ?ciany nadbudwki, przez ktr? przeszli.
- Dziwne. Nawet nie znaczy ?cian.
- Mwi?em pani. To w?a?ciwie pies pokojowy. Nigdy nie brudzi ko?o siebie.
- Hau - stwierdzi? pies, obsiusia? drzwi, a potem zrobi? elegancki stosik u stp Kay. - Hau, hau, hau - oznajmi? z dum?.
- Tyle szkolenia i wszystko na nic - stwierdzi? dozorca.
Czy odpowied? dozorcy t?umaczy?a tylko, co zrobi? pies, czy te? wyra?a?a jaki? g??bszy sens, nie mia?o ju? znaczenia. Najwyra?niej psia buda nie by?a zwykle mieszkaniem psa. A je?li tak, to co robi?a na dachu wydzia?u botaniki?
Cholernaenergetyka wyst?pi?a do s?du przeciwko miastu Manhattan w stanie Kansas, a s?d orzek?, ?e wszystkie psie budy maj? by? od??czone od kabli elektrycznych. Miasto natychmiast wnios?o skarg? przeciwko cholernej energetyce (bardzo popularne posuni?cie) i wnios?o apelacj? od wyroku.
Cholernaenergetyka odci??a dop?yw pr?du na Manhattanie.
Nikt na Manhattanie tego nie zauwa?y?, z wyj?tkiem lokalnego biura cholemejenergetyki. Pracownicy odkryli, ?e s? jedynym nieo?wietlonym budynkiem w mie?cie.
Wojna o psie budy" zyska?a pewn? s?aw?. W magazynach pojawi?y si? du?e artyku?y o Psich Budach SA i tajemniczym za?o?ycielu firmy, Robercie Redfordzie, ktry odmawia? wszelkich wywiadw, a w?a?ciwie - szczerze mwi?c - nie mo?na go by?o znale??. Wszystkie pi?? sieci telewizyjnych pokaza?o specjalne programy o tanich ?rd?ach energii. Badania opinii wykaza?y, ?e nie tylko siedem procent ameryka?skiej publiczno?ci posiada psie budy, ale ?e dziewi??dziesi?t dziewi?? i osiem dziesi?tych procent chcia?oby je mie?. Te dwie dziesi?te procent stanowili zapewne akcjonariusze i pracownicy firm energetycznych. Wi?kszo?? politykw umia?a dodawa? albo mieli doradcw, ktrzy to potrafili, a perspektywa wyborw za nieca?y rok przes?dzi?a spraw?.
Prawo zakazuj?ce wykorzystania energii s?onecznej zosta?o cofni?te.
Cena akcji firm energetycznych na gie?dach spad?a niemal do zera.
Rozpocz?? si? najmniej zauwa?amy kryzys ?wiatowy.
Z szokuj?c? pr?dko?ci? run??a gospodarka oparta na kosztownej energii. Rozpad? si? monolit OPEC. W ci?gu pi?ciu miesi?cy cena ropy spad?a do trzydziestu o?miu centw za bary?k? - ropa by?a ju? przydatna tylko do produkcji smarw i tworzyw sztucznych, a producenci od lat wydobywali jej za du?o.
Powodem, dla ktrego prawie nikt nie zauwa?y? depresji, by? fakt, ?e Psie Budy SA bez trudu zaspokaja?y popyt na swoje produkty. Wyczuwaj?c okazj? do zysku, rz?d na?o?y? ogromne c?o na psie budy. Firma odpowiedzia?a publikacj? pe?nych planw psich bud i o?wiadczeniem, ?e zagraniczne firmy nie b?d? wykorzystywane do ich produkcji.
Rz?d Stanw Zjednoczonych natychmiast odwo?a? c?o, na co Psie Budy SA og?osi?y, ?e opublikowane plany nie s? kompletne. I nadal opanowywa?y rynek na ca?ym ?wiecie.
Rz?d za rz?dem, dzi?ki podst?pom, przekupstwu, a w kilku przypadkach rewolucji, zmuszony by? do wpuszczenia Psich Bud SA na w?asny rynek. Robert Redford (psia buda numer jeden) sta? si? bardziej popularny ni? Robert Redford (dawny aktor). Podwrkowe legendy, opiewaj?ce niegdy? Kuana Yu czy Gautama Budd?, coraz cz??ciej mwi?y o Robercie Psiej Budzie Redfordzie.
A? w ko?cu ka?da rodzina na ?wiecie, ktra tego chcia?a, otrzyma?a tanie, nieograniczone ?rd?o energii, i wszyscy byli szcz??liwi. Tak szcz??liwi, ?e dzielili si? swym nowym bogactwem ze wszystkimi ?ywymi stworzeniami. Zim? karmili ptaki, wystawiali miseczki mleka dla bezdomnych kotw i wprowadzali psy do psich bud.
Mklikluln podpar? d?oni? g?ow? i pomy?la? ironicznie, ?e niechc?cy ocali? ?wiat dla dwuno?nej rasy dominuj?cej, co by?o jedynie produktem ubocznym kampanii maj?cej da? dom ka?demu psu. Ale wynik jest wynikiem i ludzko??, czy to jego w?asna, czy dwunogw, nie mog?a ca?kiem go pot?pi? za zamordowanie w zesz?ym roku arabskiego wi??nia politycznego.
- Co si? stanie, kiedy przyb?dziecie? - zapyta? swj lud, chocia? oczywi?cie nikt nie mg? go us?ysze?. - Ocali?em ten ?wiat, ale kiedy te istoty, cho? inteligentne, skontaktuj? si? z naszym niesko?czenie wy?szym intelektem, czy to ich nie zniszczy? Czy nie b?d? cierpie? poni?enia, kiedy pojm?, ?e jeste?my pot??niejsi od nich, kiedy zrozumiej?, ?e mo?emy z pr?dko?ci? ?wiat?a pokonywa? odleg?o?ci galaktyczne, porozumiewa? si? telepatycznie, oddziela? nasze umys?y i pozwala?, by cia?o umar?o, gdy my sami szybujemy nietkni?ci w kosmosie, a potem na wezwanie prostego urz?dzenia przybywamy natychmiast i zasiedlamy cia?a zwierz?t ca?kowicie r?ne od naszych dawnych cia??
Martwi? si?, lecz nie mia? w?tpliwo?ci, ?e odpowiada przed w?asnym ludem. Je?li dwunoga rasa jest a? tak zarozumia?a, by nie poradzi? sobie ze swoj? ni?szo?ci?, to ju? nie jego problem.
Otworzy? grn? szuflad? biurka w biurze Psich Bud SA w San Diego, w jego ostatniej kryjwce przed w?cibsk? pras?, i wcisn?? guzik na niewielkiej skrzynce.
Pot??ny impuls elektromagnetyczny pomkn?? z tej skrzynki do osiemdziesi?ciu milionw psich bud w Po?udniowej Kalifornii. Ka?da z nich przekaza?a ten sygna? w niesko?czonym ?a?cuchu, ktry stopniowo obj?? ca?y ?wiat, gdziekolwiek tylko sta?y psie budy.
Gdy ostatnia z nich w??czy?a si? do sieci, wszystkie jednocze?nie nada?y co? zupe?nie innego. Sygna?, ktry tylko musn?? pr?dko?? ?wiat?a i niemal natychmiast pokona? dystans lat ?wietlnych. Sygna?, ktry wezwa? miliony umys?w ?pi?cych w polach my?lowych. Umys?y us?ysza?y wezwanie, obudzi?y si? i ruszy?y w stron? ?rd?a, znowu z pr?dko?ci? o wiele wy?sz? ni? wlok?ce si? wolno ?wiat?o.
Zebra?y si? wok? wi?kszej z podwjnych planet na orbicie nowego s?o?ca i wys?ucha?y pe?nego raportu Mkliklulna. By?y zachwycone jego prac?, udzieli?y mu pochwa?y, a dopiero potem skaza?y za morderstwo arabskiego wi??nia politycznego i rozkaza?y pope?ni? samobjstwo. Czu? si? dumny, gdy? pochwa?a, ktr? otrzyma?, rzadko by?a udzielana. Z u?miechem strzeli? sobie w skro?.
A potem umys?y zsun??y si? do psich bud, ktre wci?? je wo?a?y.
- Hauarrhauarrgh - powiedzia? pies Royce'a, podskakuj?c na podwrku.
- Zwierzak zwariowa? - stwierdzi? Royce, ale jego dwaj synowie roze?miali si? tylko i biegali w k?ko za zwierzakiem, ktry pi?? razy okr??y? podwrze i pad? zm?czony przed bud?.
- Griffigroff- powiedzia?, sapi?c z zadowoleniem. Podbieg? do Royce'a i pchn?? go nosem.
- Mi?y ?obuz - stwierdzi? Royce. .
Pies podszed? do stosu gazet, czekaj?cych na wywz ?mieci, ?ci?gn?? jedn? i zacz?? wpatrywa? si? w stronic?.
- Niech za?wierkam - zawo?a? Royce do Junie, ktra w?a?nie wynosi?a jedzenie na kolacj? przy grillu. - Ten pies wygl?da, jakby czyta? gazet?.
- Chod? tu, Robby! - krzykn?? najstarszy syn Royce'a, Jim. -Robby, chod?! Masz patyk.
Pies nauczy? si? z gazety czyta? i pisa?, pobieg? po patyk, przynis? z powrotem i zamiast odda? Jimowi, zacz?? kre?li? nim na ziemi:
Witaj cz?owieku - pisa?. - By? mo?e dziwisz si?, widz?c, jak pisz?".
- Co? takiego - mrukn?? Royce, patrz?c na dzie?o psa. - Junie, popatrz tylko. Niez?y pies, co? - Poklepa? zwierz? po g?owie i usiad? do kolacji. - Ciekawe, czy ludzie zap?ac? za obejrzenie czego? takiego.
Nie chc? skrzywdzi? twojej rasy", napisa? pies.
- Jim - zawo?a?a Junie, nak?adaj?c sa?atk? ziemniaczan? na talerzyki. - Dopilnuj, ?eby nie grzeba? tym patykiem w petuniach.
- Chod?, Robby - powiedzia? Jim. - Pora ci? przywi?za?.
- Hau - odpar? nieco zaniepokojony pies i cofn?? si? przed ?a?cuchem.
- Tato! - krzykn?? Jim. - Pies nie chce przyj??, kiedy go wo?am. Royce niecierpliwie od?o?y? kanapk? z kurczakiem i wsta? z krzes?a.
- Do licha, Jim, je?li pies ci? nie s?ucha, to b?dziemy musieli si? go pozby?. I tak trzymamy go tylko ze wzgl?du na was!
Wzi?? psa za obro?? i poci?gn?? na miejsce, gdzie Jim czeka? ju? z ?a?cuchem.
Klik.
- Naucz si? pos?usze?stwa, bo jak nie, to ci? sprzedam, cho?by? nie wiadomo jakie sztuczki pokazywa?.
- Hau.
- W?a?nie. I zapami?taj to sobie.
Przez ca?? kolacj? pies obserwowa? ich smutnym, niemal przera?onym wzrokiem. Royce mia? troch? wyrzutw sumienia, wi?c da? mu resztk? szynki.
Noc? Royce i Junie przeprowadzili powa?n? rozmow?. Rozwa?ali, czy pochwali? si? psi? zdolno?ci? pisania, i uznali, ?e lepiej nie. Dzieci kocha?y Robby'ego, a to okrutne zmusza? zwierz?ta do takich sztuczek. Byli w ko?cu lud?mi wykszta?conymi.
Nast?pnego ranka odkryli, ?e podj?li bardzo rozs?dn? decyzj?. Wszyscy znajomi rozmawiali tylko o tym, ?e ich psy nagle nauczy?y si? pisa?, odkr?ca? ogrodowe zraszacze, uk?ada? drewno i rozpala? w ca?kowicie wygas?ym kominku.
- Mam najm?drzejszego psa na ?wiecie - wo?a? Detweiler, ale zaraz umilk? ponuro, gdy wszyscy inni z dru?yny kr?glarskiej zacz?li si? przechwala? w?asnymi.
- Mj teraz chodzi do toalety i sp?ukuje wod?! - zawo?a? kto?.
- A moja suczka sk?ada pranie, ale najpierw myje ?apy, ?eby niczego nie zabrudzi?.
W gazetach pe?no by?o takich historii. Sta?o si? jasne, ?e nag?y wzrost inteligencji u psw jest fenomenem oglnokrajowym, a nawet ?wiatowym. Je?li nie liczy? grupy zabobonnych Nowogwinejczykw, ktrzy spalili swoje psy jako czarownikw, i pewnych Chi?czykw, u ktrych dziwne zachowanie nie ocali?o psw przed spotkaniem z patelni?, wi?kszo?? ludzi by?a zadowolona i dumna z przemiany swoich ulubie?cw.
- Jest teraz dla mnie wart dwa razy tyle - przechwala? si? Bili Wilson, niegdy? robi?cy karier? urz?dnik cholernej energetyki. -Nie tylko ?apie ptaki, ale skubie je, patroszy i wk?ada do piekarnika.
A Kay B?ock u?miechn??a si? i wrci?a do domu, do swojego mastifa, ktry dotrzymywa? jej towarzystwa i ktrego bardzo, ale to bardzo kocha?a.
- W ci?gu pi?ciu lat od nag?ego wzrostu psiej inteligencji - mwi? profesor Wheelwright do swoich studentw - dowiedzieli?my si? bardzo wiele o tym, sk?d si? bierze zwierz?ca inteligencja. Sama nag?o?? tego zjawiska sprawi?a, ?e ponownie przyjrzeli?my si? ewolucji. Najwyra?niej mutacje mog? by? pe?niejsze, ni? wcze?niej przy. puszczali?my, w ka?dym razie je?li dotycz? funkcji wy?szych. Naturalnie, wi?ksz? cz??? semestru po?wi?cimy na studiowanie i badanie psiej inteligencji, wi?c teraz tylko krtkie streszczenie. - W chwili obecnej uwa?a si?, ?e inteligencja psw przewy?sza inteligencj? delfinw, cho? nadal jest ni?sza od ludzkiej. Jednak?e gdy inteligencja delfinw jest dla nas praktycznie bezu?yteczna, psy mo?na wytresowa? do roli cennych, cho? prostych domowych s?u??cych. Wreszcie wydaje si?, ?e cz?owiek nie jest ju? sam na tej planecie. Trudno powiedzie?, ktremu ze zwierz?t przytrafi si? jeszcze taki skok inteligencji, zreszt? nie jeste?my pewni, czy taki skok w ogle si? jeszcze zdarzy.
Pytanie z sali.
- No c?, boj? si?, ?e przypomina to teori? wielkiego wybuchu. Mo?emy domy?la? si? i zgadywa? przyczyny pewnych zjawisk, ale poniewa? nie potrafimy ich powtrzy? w laboratorium, nigdy nie b?dziemy mie? pewno?ci. Jednak?e mo?na spekulowa?, ?e zosta?a osi?gni?ta pewna masa krytyczna ca?kowitej populacji psw w stosunku do ca?kowitej masy psiego mzgu, a to pchn??o gatunek na wy?szy poziom inteligencji. Zmiana ta nie wp?yn??a jednak na wszystkie psy w tym samym stopniu; dotkn??a g?wnie psy z obszarw cywilizowanych. Wielu badaczy wyci?ga z tego wniosek, ?e istotnym czynnikiem skoku by?o sta?e towarzystwo ludzi. Jednak?e sam fakt, ?e wiele psw, g?wnie w ma?ych, niecywilizowanych cz??ciach ?wiata, nie uleg?o tej przemianie wcale, ca?kowicie obala teori? promieniowania czy innego czynnika z kosmosu jako generatora zmian. Przede wszystkim ka?de takie dzia?anie by?oby wykryte przez astronomw, bez przerwy nas?uchuj?cych nocnego nieba na wszystkich d?ugo?ciach fal, a po drugie, takie dzia?anie wywar?oby wp?yw na wszystkie psy jednocze?nie.
Inne pytanie studenta.
- Kto wie? Ale w?tpi?. Psy nie s? zdolne do mowy, cho? wiele nauczy?o si? pisa? proste zdania w sposb najwyra?niej mnemoniczny, co? pomi?dzy ?lepym powtarzaniem papug a bardziej sensownym powtarzaniem na wy?szych pr?dko?ciach przez delfiny... oj, wpakowa?em si? w to zdanie i nie mog? go sko?czy?!
Studenci ?miej? si?.
- Psy, jak ju? mwi?em, nie s? zdolne do kolejnego skoku inteligencji, a zw?aszcza do skoku, ktry zrwna ich z lud?mi, poniewa? nie potrafi? komunikowa? si? werbalnie i brakuje im r?k. Niew?tpliwie osi?gn??y szczyt ewolucyjnego rozwoju. Mieli?my szcz??cie, ?e wskutek zbiegu tak wielu okoliczno?ci cz?owiek znalaz? si? w miejscu, ktre obecnie zajmuje. Mo?emy przypuszcza?, ?e gdzie? na jakiej? planecie innemu gatunkowi przytrafi?a si? jeszcze szcz??liwsza kombinacja, prowadz?ca do wy?szej ni? nasza inteligencji. Miejmy jednak nadziej?, ?e nie! - zako?czy? profesor, drapi?c za uszami swego psa B.F. Skinnera. - Mam racj?, B.F.? Poniewa? cz?owiek mg?by sobie nie poradzi? z istnieniem bardziej inteligentnej rasy. ?miech.
- Hau - odpowiedzia? B.F. Skinner, ktry kiedy? nazywa? si? Hihiwnkn i ?y? na planecie, gdzie bia?e sze?ciok?ty telepatycznie pokonywa?y przestrze?. Sze?ciok?ty, ktre w obecnej sytuacji znalaz?y si? z winy procesw s?onecznych, jakich jeszcze nie nauczy?y si? kontrolowa?. To, co chcia? powiedzie?, brzmia?oby:
- Niech si? pan nie martwi, profesorze. Ludzko?? nigdy nie b?dzie cierpie? z powodu istnienia wy?szej inteligencji. Jest zbyt zarozumia?a, ?eby j? zauwa?y?.
Zamiast tego jednak zawarcza? cicho, wych?epta? z miski troch? wody i po?o?y? si? w k?cie sali wyk?adowej. Profesor mwi? dalej.
We wrze?niu roku dwutysi?cznego w Kansas spad? ?nieg. Kiedy z nieba sp?yn??y pierwsze p?atki, Jim (nie mwcie ju? do mnie Jim-my, jestem du?y) by? na dworze i bawi? si? z psem Robbym.
Robby pazurami i k?ami wykopywa? z ziemi jakie? zielsko, do czego zwykle zach?cali go Royce i Junie, kiedy Jim krzykn?? nagle ?nieg!" i p?atek wyl?dowa? na trawie tu? przed nosem psa. P?atek stopnia? natychmiast, ale Robby patrzy? na nast?pny, a potem jeszcze nast?pny. Zobaczy? wiele p?atkw: delikatne sze?ciok?tne figury, tak rzadkie i niezwyk?e, tak znajome i pi?kne. Zap?aka?.
- Mamo! - zawo?a? Jim. - Robby chyba p?acze!
- To tylko woda w oczach - odkrzykn??a Junie z kuchni, gdzie przy otwartym oknie my?a rzodkiewki. - Psy nie p?acz?.
Ale tej nocy ?nieg okry? miasto grub? warstw? i wiele psw sta?o na nim i patrzy?o, jak spada, dziel?c niewypowiedziany zachwyt.
- Nie mo?emy? - Raz za razem nap?ywa?a my?l z setek, z tysi?cy umys?w.
- Nie, nie, nie - pada?a rozpaczliwa odpowied?.
Poniewa? - bez palcw - jak mog? zbudowa? maszyny, ktre pozwol? im na ponowne od??czenie umys?w i opuszczenie planety?
W tej rozpaczy po raz milionowy przekl?li tego durnia Mkli-klulna, ktry wpakowa? ich w tak? sytuacj?.
- ?mier? by?a za dobra dla drania - zgodzili si? wszyscy i w oglno?wiatowym g?osowaniu cofn?li podzi?kowanie za jego dzia?alno??. A potem zaj?li si? rodzeniem szczeni?t i uczeniem ich wszystkiego, co sami wiedzieli.
Szczeniaki prze?ywa?y to l?ej. Nigdy nie zna?y swoich przodkw, wi?c ?nie?ne p?atki by?y tylko zabaw?, a zima tylko ch?odem. I zamiast sta? w ?niegu, zwija?y si? w ciep?ych budach i zasypia?y.
7. ORIGINISTA

Leyel Forska siedzia? przed ekranem lektora i przegl?da? ostatnio publikowane prace naukowe. W powietrzu przed nim unosi? si? hologram dwch stron tekstu. Ekran by? wi?kszy ni? zwykle, poniewa? i oczy Leyela nie by?y m?odsze od reszty cia?a. Kiedy doszed? do ko?ca, nie wcisn?? klawisza PAGE, by kontynuowa? lektur? artyku?u. Wcisn?? NEXT.
Dwie strony przesun??y si? o jaki? centymetr do ty?u, do??czaj?c do kilkunastu zawieszonych nad lektorem, przeczytanych wcze?niej artyku?w. Z cichym d?wi?kiem brz?czyka pojawi?y si? dwie nowe.
Deet jad?a ?niadanie.
- Dajesz temu biedakowi tylko dwie strony, zanim ska?esz go na ?mietnik? - spyta?a.
- Skazuj? go na zapomnienie - odpar? weso?o Leyel. - Nie, skazuj? go na piek?o.
- Co? Czy?by? w tym wieku na nowo odkry? religi??
- Tworz? j?. Nie ma w niej nieba, za to jest straszliwe, wieczne piek?o dla m?odych uczonych, ktrzy s?dz?, ?e mog? zdoby? s?aw?, atakuj?c moje prace.
- A wi?c masz tak?e teologi?? - u?miechn??a si? Deet. - Twoje dzie?o to pismo ?wi?te, a wszelkie ataki s? blu?nierstwem?
- Ciesz? si? z inteligentnych atakw. Ale ten m?ody, zarozumia?y profesor z... no tak, oczywi?cie, z Uniwersytetu Minus...
- Z Minus U?
- My?li, ?e mo?e mi zaprzeczy?, zniszczy? mnie, zetrze? na proch, a przy tym cytuje jedynie prace opublikowane przez ostatni tysi?c lat.
- Zasada milenijnej g??boko?ci wci?? jest szeroko stosowana...
- Zasada milenijnej g??boko?ci to wyznanie wsp?czesnych naukowcw, ?e nie maj? ochoty po?wi?ca? na badania tyle czasu, ile na polityk? akademick?. Ju? trzydzie?ci lat temu obali?em zasad? milenijnej g??boko?ci. Udowodni?em, ?e jest...
- G?upia i nierozs?dna. Ale mj ukochany, najdro?szy Leyelu, dokona?e? tego, wydaj?c cz??? niewyobra?alnie wielkiego maj?tku Forskw na poszukiwania niedost?pnych i zapomnianych archiww we wszystkich sektorach Imperium.
- Zaniedbanych i niszczej?cych archiww. Po?ow? musia?em rekonstruowa?.
- Na badania prowadzone dla Ludzkich pocz?tkw na Planecie Zero" wyda?e? wi?cej, ni? wynosz? bud?ety bibliotek tysi?ca uniwersytetw.
- Ale kiedy wyda?em ju? te pieni?dze, archiwa stan??y otworem. S? dost?pne od trzydziestu lat. Powa?ni uczeni z nich korzystaj?, poniewa? zasada milenijnej g??boko?ci daje im tylko przetrawion? i wydalon? mas?. Przeszukuj? odchody szczurw, ktre po?ar?y s?onie, i maj? nadziej? znale?? ko?? s?oniow?.
- C? za barwne porwnanie. ?niadanie od razu bardziej mi smakuje. - Wsun??a tac? w szczelin? zmywarki i spojrza?a na niego z irytacj?. - Dlaczego jeste? taki nerwowy? Kiedy? czyta?e? mi fragmenty tych niem?drych artykulikw i ?miali?my si? razem. Teraz jeste? tylko z?o?liwy.
Leyel westchn??.
- By? mo?e kiedy? marzy?em, ?e zmieni? galaktyk?, a poczta codziennie dostarcza mi dowodw, ?e galaktyka nie chce si? zmieni?.
- Nonsens. Hari Seldon przewiduje, ?e Imperium upadnie lada dzie?.
Teraz... Wymwi?a imi? Hariego. Chocia? jest zbyt taktowna, ?eby otwarcie mwi?, co go dr?czy, sugeruje, ?e przyczyn? z?ego humoru Leyela jest d?ugie oczekiwanie na odpowied? Hariego Seldona. Mo?e i tak - Leyel nie zaprzeczy. To rzeczywi?cie irytuj?ce, ?e Hari tak d?ugo nie odpisuje. Leyel spodziewa? si? wiadomo?ci tego samego dnia, kiedy wys?a? swoje podanie. Najwy?ej w ci?gu tygodnia. Ale nie mia? zamiaru dawa? jej satysfakcji i przyznawa?, ?e czekanie go denerwuje.
- Imperium zostanie zg?adzone przez w?asn? niech?? do zmiany. Zamykam spraw?.
- C?, mam nadziej?, ?e przyjemnie sp?dzisz ranek, burcz?c i narzekaj?c na g?upot? wszystkich badaczy originistw, z wyj?tkiem swojej szacownej osoby.
- Dlaczego akurat dzisiaj na?miewasz si? z mojej pr?no?ci?
Zawsze by?em pr?ny.
- Uwa?am, ?e to jedna z twoich najbardziej rozczulaj?cych cech.
- Przynajmniej staram si? dorwna? w?asnej opinii o sobie.
- To g?upstwo. Dorwnujesz nawet mojej opinii o tobie.
Poca?owa?a go w ?ysin? na czubku g?owy i pobieg?a do ?azienki.
Leyel wrci? do lektury nowego eseju na ekranie. Nie zna? nazwiska autorki. Spodziewaj?c si? pretensjonalnego stylu i niedojrza?ych my?li, ze zdziwieniem zauwa?y? swoje rosn?ce zaciekawienie. Kobieta pod??a?a szlakiem studiw nad naczelnymi - dziedzin? tak dawno zarzucon?, ?e po prostu nie istnia?y prace w zakresie milenijnej g??boko?ci. Wiedzia?, ?e jest prawdziwym naukowcem, jak on. Wspomnia?a nawet, ?e korzysta z archiww udost?pnionych przez Fundacj? Naukow? Forski. Leyel nie wstydzi? si? zadowolenia z tego eleganckiego wyrazu wdzi?czno?ci.
Jak si? zdaje, kobieta - doktor Thoren Magolissian - pod??a?a tropem Leyela i poszukiwa?a raczej ?rde? pochodzenia cz?owieka, nie trac?c czasu na nieistotn? pogo? za jedn? szczegln? planet?. Odkry?a skarbiec prac dotycz?cych bada? naczelnych, pochodz?cych sprzed trzech tysi?cy lat i opartych na obserwacjach goryli i szympansw sprzed siedmiu tysi?cy lat. Najwcze?niejsze z nich powo?ywa?y si? na badania tak stare, ?e mog?y by? przeprowadzone jeszcze przed powstaniem Imperium -jednak tych pradawnych raportw nie uda?o si? zlokalizowa?. Prawdopodobnie ju? nie istnia?y. Bardzo trudno jest odtworzy? teksty porzucone na d?u?ej ni? pi?? tysi?cy lat; starsze ni? osiem tysi?cy s? po prostu nieczytelne. To tragiczne, jak wiele takich tekstw zosta?o zmagazynowanych przez bibliotekarzy, ktrzy nigdy ich nie sprawdzali, nie od?wie?ali i nie kopiowali. Zarz?dzali ogromnymi archiwami, ktre utraci?y ka?dy strz?p zrozumia?ej informacji. I wszystko rwno skatalogowane, ma si? rozumie?, dzi?ki czemu dok?adnie wiadomo, co takiego ludzko?? na zawsze utraci?a. Mniejsza z tym.
Artyku? Magolissian... Leyela zaskoczy? jej wniosek, ?e prymitywna zdolno?? tworzenia j?zyka wydaje si? wrodzon? cech? umys?w naczelnych. Nawet naczelne niezdolne do artykulacji mowy ?atwo ucz? si? innych symboli - przynajmniej dla prostych rzeczownikw i czasownikw. Potrafi? uk?ada? zdania, wyra?a? idee, ktrych nigdy im nie przekazywano. To znaczy, ?e tworzenie j?zyka jako takiego jest cech? przedludzk?, a w ka?dym razie nie jest czynnikiem decyduj?cym o cz?owiecze?stwie.
To szokuj?ca idea. Wynika?o z niej, ?e r?nica pomi?dzy lud?mi i nielud?mi - a wi?c prawdziwy pocz?tek cz?owieka w rozpoznawalnej ludzkiej postaci - by? w istocie postlingwistyczny. Oczywi?cie, sta?o to w jawnej sprzeczno?ci z jednym z za?o?e? samego Leyela, umieszczonym we wczesnej pracy. Napisa? tam, ?e poniewa? to j?zyk odr?nia cz?owieka od zwierz?cia, lingwistyka historyczna mo?e nam dostarczy? klucza do zagadki pochodzenia cz?owieka". Ale takie sprzeczno?ci wita? z rado?ci?. ?a?owa?, ?e nie mo?e zawo?a? do poprzedniego autora: Widzisz? Tak si? to robi! Trzeba podawa? w w?tpliwo?? za?o?enia, nie wnioski, i robi? to za pomoc? nowych dowodw, zamiast wci?? przedstawia? stare. Roz?wietli? mrok, a nie tylko miesza? ten sam mu? na dnie rzeki.
Zanim jednak dotar? do g?wnej tre?ci artyku?u, komputer domowy poinformowa? go, ?e kto? czeka przed drzwiami. Wiadomo?? przesun??a si? powoli u do?u ekranu, wypisana literami dostatecznie du?ymi, by mg? je przeczyta?. Po raz tysi?czny po?a?owa?, ?e gdzie? w dekamileniach ludzkiej historii nikt nie zbudowa? komputera zdolnego do mowy.
- Kto to? - wpisa? Leyel.
Chwila oczekiwania, kiedy komputer wypytywa? przybysza. Na ekranie pojawi?a si? odpowied?.
- Kurier specjalny z wiadomo?ci? dla Leyela Forski.
Sam fakt, ?e kurier przedosta? si? przez system bezpiecze?stwa, oznacza?, ?e wiadomo?? jest prawdziwa - i wa?na.
- Od kogo? - wpisa? Leyel. Znw chwila przerwy.
- Od Hariego Seldona z Fundacji Encyklopedii Galaktycznej. Leyel poderwa? si? z fotela. By? przy drzwiach, zanim jeszcze
domowy komputer zd??y? je otworzy?. Bez s?owa odebra? wiadomo??. Dr??cymi palcami ?cisn?? czarny romb, wykazuj?c odciskiem palca, ?e on to on, a temperatur? cia?a i pulsem, ?e jest ?ywy. Kiedy kurier i jego ochrona znikn?li, wrzuci? wiadomo?? do komory swojego lektora i czeka?, a? pojawi si? przed nim stronica.
Na grze umieszczono trjwymiarow? wersj? logo Fundacji Encyklopedycznej Hariego. Wkrtce b?dzie to rwnie? mj znak, pomy?la? Leyel. Hari Seldon i ja, dwch najwi?kszych uczonych naszych czasw, pracuj?cych wsplnie nad projektem, ktrego zakres przewy?sza wszystko, co kiedykolwiek prbowa? osi?gn?? cz?owiek.
Zebranie razem ca?ej wiedzy Imperium, usystematyzowanie jej dla ?atwego dost?pu, w celu przechowania jej w nadchodz?cej erze anarchii, aby nowa cywilizacja szybko mog?a powsta? z popio?w starej. Hari mia? wizj? i przewidzia? tak? potrzeb?. A ja, Leyel Forska, pozna?em stare archiwa, dzi?ki ktrym Encyklopedia Galaktyczna b?dzie mo?liwa.
Leyel zacz?? czyta? ze spokojem i pewno?ci? p?yn?cymi z do?wiadczenia. Czy kiedykolwiek pragn?? czego? i nie uzyska??
Drogi przyjacielu,
By?em zdziwiony i zaszczycony, widz?c Twoje podanie, postanowi?em wi?c odpowiedzie? Ci w?asnor?cznie. ?wiadomo??, ?e wierzysz w Fundacj? tak bardzo, by chcie? w niej pracowa?, przynios?a mi niezmierzon? rado??. Mog? Ci szczerze wyzna?, ?e nie wp?yn??a do nas podobna pro?ba od ?adnego z uczonych, dorwnuj?cych Ci s?aw? i osi?gni?ciami.
Oczywi?cie, pomy?la? Leyel. Przecie? nie ma innego uczonego o mojej pozycji, z wyj?tkiem samego Hariego, no i mo?e Deet, kiedy opublikuje ju? swoj? aktualn? prac?. W ka?dym razie nie mamy sobie rwnych wed?ug norm, ktre Hari i ja zawsze uznawali?my. Hari stworzy? nauk? psychohistorii, ja przetworzy?em i o?ywi?em dziedzin? originizmu.
A mimo to ton listu Hariego nie by? w?a?ciwy. Przypomina?... pochlebstwa. W?a?nie. Hari chcia? z?agodzi? cios. Leyel bez czytania wiedzia?, co znajdzie w nast?pnym akapicie.
Niemniej jednak, Leyelu, musz? odpowiedzie? odmownie. Fundacja na Terminusie ma za zadanie zbieranie i przechowywanie wiedzy. Dzie?em Twego ?ycia jest jej poszerzanie. Jeste? przeciwie?stwem badaczy, jakich potrzebujemy. O wiele lepiej b?dzie, je?li zostaniesz na Trantorze, by kontynuowa? swoje bezcenne studia, gdy mniejszego kalibru m??czy?ni i kobiety odejd? na wygnanie na Terminusa.
Szczerze oddany
Hari
Czy Hari wyobra?a? sobie, ?e Leyel jest tak pr?ny, by czyta? te pochlebne s?owa i puszy? si? z zadowolenia? Czy my?la?, ?e Leyel uwierzy, i? taki jest prawdziwy powd odrzucenia jego pro?by? Czy Hari Seldon mg? tak zupe?nie nie zna? przyjaciela?
Niemo?liwe. Hari Seldon zna? si? na ludziach lepiej ni? ktokolwiek w Imperium. Owszem, jego wielkie dzie?o, psychohistoria, zajmowa?o si? wielkimi masami ludzkimi, populacjami i prawdopodobie?stwami. Ale zainteresowanie spo?ecze?stwami bra?o si? u Hariego z przychylno?ci i zrozumienia dla pojedynczych ludzi. Poza tym byli przyjaci?mi od dnia, gdy Hari pierwszy raz zjawi? si? na Trantorze. Czy to nie grant z Fundacji Naukowej Leyela sfinansowa? wi?ksz? cz??? jego pocz?tkowych bada?? Czy w tamtych dniach nie prowadzili d?ugich rozmw, nie przerzucali si? ideami, nie pomagali sobie wzajemnie w precyzowaniu my?li? Owszem, nie widzieli si? ju? prawie... ile? Pi?? lat? Sze??? Ale przecie? s? doros?ymi lud?mi, nie dzie?mi. Nie potrzebuj ? ci?g?ych odwiedzin dla podtrzymania przyja?ni. A to nie by? list, jaki prawdziwy przyjaciel wys?a?by Leyelowi Forsce. Gdyby nawet - cho? to w?tpliwe - Hari Seldon naprawd? chcia? mu odmwi?, nie s?dzi?by nawet przez chwil?, ?e Leyel zadowoli si? takim listem.
Z pewno?ci? Hari Seldon wiedzia?, ?e dla Leyela Forski by?aby to drwina. Mniejszego kalibru m??czy?ni i kobiety", akurat! Fundacja na Terminusie jest dla Hariego tak cenna, ?e gotw by? zaryzykowa? ?mier? pod zarzutem zdrady, byle tylko uruchomi? projekt. To ca?kiem nieprawdopodobne, ?eby wys?a? na Terminusa badaczy drugiej kategorii. Nie, to standardowy list, wysy?any, by u?agodzi? znanych uczonych, nie nadaj?cych si? dla Fundacji. Hari z pewno?ci? by wiedzia?, ?e Leyel natychmiast to zrozumie.
Istnia?o tylko jedno mo?liwe wyja?nienie.
- Hari nie mg? napisa? tego listu - o?wiadczy? Leyel.
- Oczywi?cie, ?e mg? - odpowiedzia?a Deet, szczera jak zawsze.
Wysz?a z ?azienki w szlafroku i przeczyta?a mu list przez rami?.
- Je?eli nawet ty tak my?lisz, to naprawd? jestem ura?ony - rzek? Leyel.
Wsta?, nala? sobie kubek peshatu i s?czy? go wolno. Demonstracyjnie unika? wzroku Deet.
- Nie d?saj si?, Leyelu. Pomy?l o problemach, jakie musi pokona? Hari. Sto tysi?cy ludzi do przerzucenia na Terminusa, wi?kszo?? zbiorw Biblioteki Imperialnej do skopiowania...
- On mia? ju? tych ludzi...
- A wszystko to w sze?? miesi?cy od zako?czenia procesu. Nic dziwnego, ?e nie widzieli?my go prywatnie ani s?u?bowo od jak dawna? Od dziesi?ciu lat?
- Chcesz powiedzie?, ?e ju? mnie nie zna? Wykluczone.
- Chc? powiedzie?, ?e zna ci? bardzo dobrze. Wiedzia?, ?e rozpoznasz w tej wiadomo?ci standardow? odmow?. I wiedzia?, ?e natychmiast zrozumiesz, co oznacza.
- W takim razie, moja droga, przeceni? mnie. Nie rozumiem, co oznacza ta wiadomo??, chyba tylko tyle, ?e nie sam j? wys?a?.
- W takim razie starzejesz si? i wstyd mi za ciebie. B?d? zaprzecza?, ?e jeste?my ma??e?stwem, i udawa?, ?e jeste? moim zidiocia?ym wujem, ktremu z lito?ci pozwalam u siebie mieszka?. Powiem dzieciom, ?e pochodz? z nieprawego ?o?a. Bardzo je zasmuci, ?e nie odziedzicz? ani cz?stki maj?tku Forskw.
Rzuci? w ni? okruchem grzanki.
- Jeste? okrutn?, nielojaln? ladacznic? i ?a?uj?, ?e wynios?em ci? z n?dzy i zapomnienia. Wiesz, ?e zrobi?em to tylko z lito?ci.
Cz?sto si? tak przekomarzali. Deet dysponowa?a sporym osobistym maj?tkiem, cho? oczywi?cie skromnym wobec fortuny Forskw. I - formalnie rzecz bior?c - by? jej wujem, gdy? jej macoch? by?a Zenna, starsza przyrodnia siostra Leyela. Wszystko to bardzo skomplikowane. .. Matka Leyela urodzi?a Zenn?, kiedy by?a ?on? kogo? innego, zanim jeszcze wysz?a za ojca Leyela. Dlatego, cho? Zenna otrzyma?a godziwy posag, nie mia?a praw do maj?tku Forskw. Rozbawiony t? sytuacj? ojciec Leyela powiedzia? mu kiedy?: ,Biedna Zenna. A ty masz szcz??cie. Moje nasienie sp?ywa z?otem". Los bywa ironiczny, kiedy ma do czynienia z wielk? fortun?. Ludzie biedni nie musz? czyni? tak strasznych r?nic mi?dzy dzie?mi.
Jednak ojciec Deet wierzy?, ?e Forska to Forska. Kilka lat po ?lubie Deet i Leyela uzna?, ?e nie wystarczy wyda? crk? za niezmierzone bogactwo; sobie te? powinien wy?wiadczy? podobn? przys?ug?. Twierdzi?, oczywi?cie, ?e kocha Zenn? do szale?stwa, ale nikt prcz niej mu nie wierzy?. Dlatego wysz?a za niego. W ten sposb przyrodnia siostra Leyela zosta?a macoch? Deet, co czyni?o samego Leyela wujem ?ony - i w?asnym tak?e, cho? tylko przez spowinowacenie. Ta dynastyczna pl?tanina niezwykle ?mieszy?a ich oboje.
Brak prawa do spadku Leyel zrekompensowa? siostrze do?ywotnim stypendium w wysoko?ci dziesi?ciokrotnie przekraczaj?cej zarobki m??a. Szcz??liwie podtrzyma?o to mi?o?? ojca Deet do Zenny.
Dzi? jednak Leyel tylko po cz??ci ?artowa?. Bywa?y chwile, kiedy szuka? u niej potwierdzenia i poparcia. A ona cz?sto mu si? wtedy sprzeciwia?a. Niekiedy sk?ania?o go to do przemy?lenia sytuacji i lepszego jej zrozumienia - teza, antyteza, synteza, dialektyka ma??e?stwa, wynik zwi?zku z kim? rwnym sobie intelektualnie. Czasem jednak jej docinki bywa?y bolesne, zniech?caj?ce, irytuj?ce...
Nie wiedz?c o wzbieraj?cym w nim gniewie, ci?gn??a dalej.
- Hari zak?ada?, ?e ten oficjalny list uznasz za to, czym jest w istocie: nieodwo?alnym, ko?cowym nie". Niczego nie ukrywa, nie planuje ?adnych biurokratycznych sztuczek, nie bawi si? z tob? w polityk?. Nie prbuje budzi? nadziei, licz?c na pomoc finansow?. Gdyby o to chodzi?o, sam wiesz, ?e by zwyczajnie poprosi?.
- Sam wiem, czego nie robi.
- Robi tyle, ?e odmawia ci definitywnie. To odpowied?, od ktrej nie ma odwo?ania. Uzna?, ?e masz do?? rozumu, by to poj??.
- By?oby ci wygodniej, gdybym w to uwierzy?. Teraz wreszcie zrozumia?a, ?e jest z?y.
- Co chcesz przez to powiedzie??
- Mo?esz zosta? na Trantorze i kontynuowa? badania ze swoimi biurokratycznymi przyjaci?mi.
Zesztywnia?a.
- Ju? ci mwi?am. Z rado?ci? odlec? z tob? na Terminusa.
- I mam w to uwierzy?? Teraz? Nie mo?esz na Terminusie kontynuowa? studiw nad tworzeniem spo?eczno?ci w?rd imperialnej biurokracji.
- Zako?czy?am ju? najwa?niejsze badania. Teraz wykonuj? tylko testy z pracownikami Biblioteki Imperialnej.
- Nawet nie naukowe testy, bo brakuje ci grupy kontrolnej. Zdenerwowa?a si?.
- Sama ci o tym mwi?am.
To prawda. Leyel nigdy nie s?ysza? o grupach kontrolnych, dopki nie wyja?ni?a mu ca?ej koncepcji eksperymentu. Znalaz?a te zasady w jakich? bardzo starych pracach dotycz?cych rozwoju dzieci, z lat trzy tysi?ce setnych ery Imperium.
- Fakt. Chcia?em tylko przyzna? ci racj? - odpowiedzia? pokornie.
- Chodzi o to, ?e swoj? ksi??k? mog? pisa? rwnie dobrze na Terminusie, jak gdziekolwiek indziej. I tak, Leyelu, powiniene? uwierzy?, ?e z rado?ci? b?d? ci towarzyszy?, poniewa? tak w?a?nie powiedzia?am, a zatem to prawda.
- Wierz?, ?e sama w to wierzysz. Ale wierz? te?, ?e w g??bi serca jeste? bardzo zadowolona z mojego niepowodzenia, I nie chcesz, ?ebym d?u?ej zajmowa? si? t? spraw?, dzi?ki czemu w ?aden sposb nie b?dziesz musia?a lecie? na zapomniany przez Boga kraniec wszech?wiata.
To by?y jej w?asne s?owa, sprzed miesi?cy, kiedy pierwszy raz zaproponowa? przy??czenie si? do Fundacji Seldona. B?dziemy musieli lecie? na zapomniany przez Boga kraniec wszech?wiata!" Pami?ta?a o tym nie gorzej od niego.
- Wiecznie b?dziesz mi to wypomina?, tak? Uwa?am, ?e moja pierwsza reakcja zas?uguje na wybaczenie. Zgodzi?am si? lecie?, prawda?
- Zgodzi?a? si?, owszem. Ale nigdy nie chcia?a?.
- No c?, Leyelu, to rzeczywi?cie prawda. Nigdy nie chcia?am. Czy tak sobie wyobra?asz nasze ma??e?stwo? Mam wtopi? si? w ciebie tak g??boko, ?e nawet twoje pragnienia stan? si? moimi? S?dzi?am, ?e wystarczy, by?my od czasu do czasu zgodzili si? co? dla siebie po?wi?ci?. Nie wymaga?am, ?eby? chcia? opu?ci? posiad?o?ci Forskw i lecie? na Trantor, kiedy ja ko?czy?am tu badania. Poprosi?am tylko, ?eby? to zrobi?, chcesz czy nie, poniewa? ja chcia?am. Uzna?am i uszanowa?am twoj? ofiar?. I teraz z przykro?ci? stwierdzam, ?e ty wzgardzi?e? moj?.
- Twoja ofiara nadal nie zosta?a z?o?ona. Wci?? jeste?my na Trantorze.
- Ale? prosz? ci? bardzo, id? do Hariego Seldona, pro? go, poni?aj si?, a? zrozumiesz, ?e jest tak, jak mwi?. Nie chce, ?eby? do??czy? do jego Fundacji, i nie pozwoli ci lecie? na Terminusa.
- Taka jeste? pewna?
- Nie, nie jestem pewna. Po prostu uwa?am to za bardzo prawdopodobne.
- Polec? na Terminusa, je?li tylko on si? zgodzi. Mam nadziej?, ?e nie wyrusz? sam.
Natychmiast po?a?owa? tych s?w. Deet zesztywnia?a, jakby j? uderzy?; poblad?a ze zgrozy. Potem odwrci?a si? i wybieg?a. Po chwili us?ysza? dzwonek sygnalizuj?cy otwarcie drzwi. Deet wysz?a.
Na pewno porozmawia o wszystkim z ktr?? ze swoich przyjaci?ek. Kobiety nie znaj? poj?cia dyskrecji. Nie potrafi? zachowa? domowych sprzeczek dla siebie. Powtrzy im te wszystkie straszne rzeczy, ktre mwi?em, a one b?d? cmoka? i t?umaczy?, ?e tego w?a?nie mo?na si? spodziewa? po m??u, m??owie ??daj?, ?eby to ?ona stale si? po?wi?ca?a, biedactwo moje, biedna, biedna Deet. Leyel nie mia? jej za z?e tego stadka wsp?czuj?cych kwok. Wiedzia?, ?e le?y to w ludzkiej naturze - kobiety zawsze tworz? spiski przeciwko m??czyznom swojego ?ycia. Dlatego te? zawsze s? pewne, ?e m??czy?ni tak?e spiskuj ? przeciwko nim.
To zabawne, my?la?. M??czy?ni nie maj? takiej ucieczki. M??czy?ni nie ??cz? si? tak ?atwo w spo?eczno?ci. M??czyzna stale zdaje sobie spraw? z mo?liwo?ci zdrady, konfliktu lojalno?ci. Kiedy wi?c m??czyzna wi??e si? z kim?, jest to wyj?tkowy i ?wi?ty zwi?zek, ktrego nie nale?y lekcewa?y?, dyskutuj?c o nim z lud?mi. Nawet w ma??e?stwie, nawet w udanym ma??e?stwie, jak ich - on mo?e po?wi?ci? si? ca?kowicie, ale nigdy nie zaufa w pe?ni jej po?wi?ceniu.
Leyel zaton?? w ma??e?stwie bez reszty; s?u?y?, pomaga? i kocha? Deet ca?ym sercem. Myli?a si?, ca?kowicie si? myli?a co do jego przyjazdu na Trantor. To nie by?a ofiara, nie lecia? tu wbrew swej woli, tylko dlatego, ?e ona tego chcia?a. Wr?cz przeciwnie: poniewa? pragn??a tego tak bardzo, on tak?e zapragn?? przeprowadzki, zmieniaj?c nawet swe ch?ci, by dopasowa? je do niej. Zaw?adn??a jego sercem i nie mg? nie pragn?? czego?, co nios?o jej rado??.
Ale ona nie, ona nie by?a do tego zdolna. Dla niej przeniesienie na Terminusa b?dzie szlachetn? ofiar?. Nie pozwoli mu zapomnie?, ?e wcale tego nie chcia?a. Dla niego ich ma??e?stwo by?o samym ?yciem, dla niej po prostu przyja?ni? po??czon? z seksem. Jej dusza nale?a?a w rwnym stopniu do niego, co do tych kobiet. A dziel?c lojalno??, pomniejsza?a jaj ?adna cz??? nie by?a do?? silna, by zmieni? jej pragnienia.
W ten sposb odkry? to, co -jak przypuszcza? - pr?dzej czy p?niej odkrywaj? wszyscy wierni m??owie: ?e ka?dy zwi?zek jest niepewny. Nie istnieje co? takiego jak nierozerwalna wi?? mi?dzy dwojgiem ludzi. S? jak cz?stki w j?drze atomu: zwi?zane najpot??niejsz? si?? we wszech?wiecie, a przecie? mo?na je rozbi?, rozerwa?...
Nic nie trwa wiecznie. Nic nie jest w ko?cu takie, jakie wydawa?o si? na pocz?tku. Deet i on ?yli w idealnym zwi?zku, dopki nie pojawi? si? stres, ktry ujawni? jego niedoskona?o??. Ka?dy, kto s?dzi, ?e znalaz? doskona?? mi?o??, doskona?? przyja??, doskona?e zaufanie, wierzy w to tylko dlatego, ?e nie pojawi? si? jeszcze stres, ktry zrywa wi?zy. Mo?e umrze? w iluzji szcz??cia, ale dowiedzie tym jedynie faktu, ?e ?mier? przybywa czasami wcze?niej ni? zdrada. Je?li kto? ?yje dostatecznie d?ugo, nieuchronnie zostanie zdradzony.
Takie mroczne my?li kr??y?y po g?owie Leyela, kiedy maszerowa? przez labirynt miasta Trantor. Wychodz?c na ulice oglnoplanetarnego miasta, nie zamyka? si? w prywatnym wozie. Chcia? unika? pu?apek bogactwa; chcia? prze?ywa? pobyt na Trantorze jak zwyk?y cz?owiek. Jego ochrona otrzyma?a ?cis?e rozkazy, by zachowa? dyskrecj?, nie zatrzymywa? ?adnych przechodniw z wyj?tkiem nosz?cych bro?, co wykrywa?y subtelne i b?yskawiczne skanery.
Oczywi?cie, takie w?drwki po mie?cie by?y o wiele bardziej kosztowne: kiedy tylko przest?powa? prg mieszkania, do akcji przyst?powa?o niemal stu dobrze op?acanych i niepodatnych na przekupstwo ludzi. Pancerny samochd by?by ta?szy. Ale Leyel postanowi?, ?e nie da si? uwi?zi? przez swoje bogactwo.
Kroczy? wi?c tunelami miasta, je?dzi? takswkami i kolejkami jak ka?dy obywatel. Czu?, jak wok? pulsuje ?ycie. A jednak w tym smutnym, melancholijnym nastroju nawet ?ycie miasta budzi?o w nim uczucie zawodu i straty. Nawet ciebie, wielki Trantorze, stolico Imperium, nawet ciebie zdradz? ludzie, ktrzy ci? stworzyli. Imperium ci? porzuci i staniesz si? ?a?osn? resztk? samego siebie, obudowan? metalem tysi?ca planet i asteroidw - pami?tk? po dniach, kiedy ca?a galaktyka ?lubowa?a s?u?y? ci po wieczno??, a jednak zosta?e? opuszczony. Hari Seldon to przewidzia?. Hari Seldon zrozumia? zmienno?? ludzko?ci. Wiedzia?, ?e wielkie imperium upadnie, a wi?c -w przeciwie?stwie do rz?du, ktry dba?, by wszystko trwa?o niezmienne - Hari Seldon mg? podj?? kroki, by ten upadek z?agodzi?, by na Terminusie przygotowa? macic? dla ponownych narodzin ludzkiej wielko?ci. Hari tworzy? przysz?o??. Nie do pomy?lenia, ?e chcia?by odmwi? Leyelowi Forsce udzia?u w tej pracy.
Fundacja, kiedy ju? zosta?a oficjalnie uznana i zyska?a imperialne fundusze, szybko rozros?a si? w ruchliwy kompleks biurowy, zajmuj?c licz?cy cztery tysi?ce lat Gmach Putassuryjski. Poniewa? Putassuran wzniesiono pocz?tkowo jako siedzib? admiralicji, wkrtce po wielkim zwyci?stwie, ktrego nazw? nosi?, reprezentowa? styl triumfalny, monumentalny optymizm - ci?gi strzelistych ?ukw z ba?kami ?wiat?a wznosz?cymi si? tanecznie w kolumnach powietrza. W ostatnich stuleciach budynek s?u?y? za miejsce nieoficjalnych koncertw i publicznych wyk?adw, a w cz??ci biurowej mie?ci?o si? Muzeum W?adzy. Opustosza? zaledwie rok przed udzieleniem Seldonowi zgody na za?o?enie Fundacji, ale zdawa?o si?, ?e powsta? specjalnie dla niej. Ludzie biegali tu we wszystkie strony, jakby mieli do za?atwienia jakie? nie cierpi?ce zw?oki sprawy, a przy tym byli zadowoleni, ?e pracuj? dla szlachetnego celu. Ju? od bardzo, bardzo dawna Imperium nie zna?o szlachetnych celw.
Leyel pospiesznie zag??bi? si? w labirynt, chroni?cy dyrektora Fundacji przed przypadkowymi natr?tami. Wielu ludzi chcia?o zapewne zobaczy? si? z Harim Seldonem, ale skutecznie powstrzymywa? ich ten czy inny urz?dnik. Hari Seldon jest bardzo zaj?ty. Mo?e zechce si? pan umwi? na inny termin? Dzisiaj spotkanie jest wykluczone. Ma narady przez ca?e popo?udnie i wieczr. Prosz? zatelefonowa?, zanim znowu pan przyjdzie.
Ale Leyelowi Forsce takie rzeczy si? nie zdarza?y. Wystarczy?o, ?e mwi? Prosz? powtrzy? panu Seldonowi, ?e pan Forska chcia?by doko?czy? rozmow?". Cho?by bali si? Hariego Seldona, cho?by z ca?ego serca chcieli wykonywa? polecenia i broni? go przed intruzami, wiedzieli, ?e Leyel Forska jest wyj?tkiem. Nawet Linge Chena wywo?ano by z posiedzenia Komisji Bezpiecze?stwa Publicznego, gdyby Forska chcia? si? z nim spotka? - a zw?aszcza gdyby Leyel zada? sobie trud i przyby? osobi?cie.
?atwo??, z jak? dosta? si? do Hariego, podniecenie i zapa? spotkanych po drodze ludzi, sam budynek wreszcie, tak bardzo doda?y mu otuchy, ?e ca?kiem nie by? przygotowany na s?owa, jakimi powita? go Hari.
- Leyel! Dziwi? si?, ?e ci? tu widz?. S?dzi?em, ?e zrozumiesz. Moja odmowa by?a ostateczna.
To najgorsze, co Hari mg? powiedzie?. Czy?by Deet jednak mia?a racj?? Leyel przez chwil? wpatrywa? si? w twarz przyjaciela, prbuj?c dostrzec jakie? oznaki przemiany. Co takiego zasz?o mi?dzy nimi przez te lata, teraz zapomniane? Czy?by przyja?? Hariego nigdy nie by?a szczera? Nie. Jego twarz, bardziej pomarszczona ni? kiedy?, wyra?a?a t? sam? co zawsze otwarto??, t? sam? zwyk?? uczciwo??. Zamiast wi?c mwi? o z?o?ci i rozczarowaniu, Leyel odpowiedzia? ostro?nie, pozostawiaj?c Hariemu otwart? drog? do zmiany decyzji.
- Zrozumia?em, ?e twoja wiadomo?? by?a zwodnicza, a zatem nie mog?a by? ostateczna.
Hari troch? si? zirytowa?.
- Zwodnicza?
- Wiem, kogo przyjmujesz do swojej Fundacji. To nie s? ludzie ma?ego kalibru.
- W porwnaniu z tob?, owszem, s? - odpar? Hari. - To akademicy, a to oznacza, ?e s? urz?dnikami. Sortuj? i interpretuj? informacj?.
- Tak jak ja. Jak wszyscy wsp?cze?ni uczeni. Nawet twoje genialne teorie s? wnioskami z trylionw bajtw posortowanej i zinterpretowanej informacji.
Hari pokr?ci? g?ow?.
- Ja nie tylko sortowa?em dane. Mia?em w g?owie ide?. Ty te?. I niewielu innych. Ty i ja poszerzamy ludzk? wiedz?. Wi?kszo?? pozosta?ych rozkopuje j? tylko w jednym miejscu i przesypuje w inne. I tym w?a?nie ma by? Encyklopedia Galaktyczna: nowym stosem danych.
- Mimo to, Hari, obaj wiemy, ?e nie z tego powodu mi odmwi?e?. I nie t?umacz, ?e obecno?? Leyela Forski na Terminusie ?ci?gn??aby na twoje przedsi?wzi?cie niepo??dan? uwag?. Rz?d ju? teraz obserwuje ci? tak pilnie, ?e ledwie mo?esz odetchn??.
- Jeste? nieprzyjemnie natarczywy, Leyelu. Nie mam ochoty prowadzi? d?u?ej tej rozmowy.
- To fatalnie, Hari. Chc? by? cz??ci? twojego dzie?a. Przydam si? bardziej ni? inni. To przecie? ja przebi?em si? do najstarszych i najcenniejszych archiww, odkry?em, jak haniebnie wiele danych zosta?o utraconych w wyniku niedba?o?ci. To ja rozpocz??em komputerow? ekstrapolacj? zniszczonych dokumentw, od ktrej twoja Encyklopedia...
- Jest ca?kowicie uzale?niona. Bez twoich osi?gni?? nasza praca nie by?aby mo?liwa.
- A jednak odmwi?e? mi, wysy?aj?c list z prymitywnymi pochlebstwami.
- Nie chcia?em ci? urazi?, Leyelu.
- Nie chcia?e? te? powiedzie? prawdy. Ale mnie powiesz, Hari, albo i tak polec? na Terminusa.
- Komisja Bezpiecze?stwa Publicznego da?a mojej Fundacji wy??czne prawo decyzji, kto mo?e, a kto nie mo?e lecie? na Terminusa.
- Hari... Doskonale wiesz, ?e wystarczy mi tylko zasugerowa? jakiemu? urz?dnikowi ni?szego szczebla, i? chcia?bym polecie?. Chen dowie si? o tym w kilka minut, a po godzinie uzna, ?e jestem wyj?tkiem od twoich regu?. Wiesz o tym, Hari. Je?li chcesz, ?ebym nie lecia?, musisz nie tylko mi zabroni?, ale przekona? mnie, ?e nie powinienem.
Hari przymkn?? oczy i westchn??.
- Nie wydaje mi si?, ?eby? mia? ochot? zosta? przekonany, Leyelu. Le?, je?li musisz.
Przez moment Leyel uwierzy? niemal, ?e Hari rezygnuje. Ale nie, to niemo?liwe, nie tak ?atwo.
- Oczywi?cie, Hari. A potem oka?e si?, ?e jestem odizolowany od wszystkich pracownikw na Terminusie, z wyj?tkiem mojej w?asnej s?u?by. ?e zbywa si? mnie bezu?ytecznymi zadaniami i nie dopuszcza do prawdziwej pracy.
- To jest chyba zrozumia?e samo przez si?. Nie jeste? cz??ci? Fundacji, nie b?dziesz, nie mo?esz by?. A je?li u?yjesz swojego bogactwa i wp?yww, ?eby wkroczy? tam si??, uda ci si? tylko zirytowa? Fundacj?. Rozumiesz mnie?
A? za dobrze, pomy?la? zawstydzony Leyel. Doskonale zna? granice w?adzy; to poni?ej jego godno?ci, by przemoc? zdobywa? to, co mo?na otrzyma? jedynie w darze.
- Wybacz, Hari. Nie prbowa?bym ci? zmusza?. Wiesz, ?e nie robi? takich rzeczy.
- Wiem, ?e nie robi?e?, odk?d zostali?my przyjaci?mi. Przestraszy?em si?, Leyelu, ?e w?a?nie dowiaduj? si? o tobie czego? nowego. - Hari westchn??. Odwrci? si? na chwil?, a kiedy znowu spojrza? na go?cia, jego twarz ca?kiem zmieni?a wyraz, a w g?osie zabrzmia?a nowa energia. Leyel zna? t? min?, ten wigor; oznacza?y, ?e Hari b?dzie z nim mwi? ca?kiem szczerze. - Musisz zrozumie?, Leyelu, ?e na Terminusie nie tylko tworz? Encyklopedi?.
Leyel przestraszy? si?. Musia? wykorzysta? swoje wp?ywy, by przekona? rz?d, ?e nie nale?y skazywa? Hariego Seldona na wygnanie, kiedy zaczaj rozpowszechnia? kopie swego traktatu o nadchodz?cym upadku Imperium. Byli pewni, ?e Hari planuje zdrad?, i nawet postawili go przed s?dem, gdzie przekona? wszystkich, ?e zamierza jedynie stworzy? Encyklopedi? Galaktyczn?, sk?adnic? ca?ej ludzkiej wiedzy. Jeszcze teraz, gdyby zdradzi? ukryte motywy, rz?d wyst?pi?by przeciw niemu. Nale?a?o zak?ada?, ?e bezpieczni - Biuro Bezpiecze?stwa Publicznego - nagrywaj? t? rozmow?. Nawet wp?ywy Leyela niewiele by pomog?y, gdyby zdobyli wyznanie z w?asnych ust Hariego.
- Nie, Leyelu, nie denerwuj si?. To oczywiste. Aby powsta?a Encyklopedia Galaktyczna, musz? stworzy? na Terminusie kwitn?ce miasto uczonych. Koloni? m??czyzn i kobiet o kruchych ego i niepowstrzymanej ambicji, wy?wiczonych we w?ciek?ych walkach politycznych w najniebezpieczniejszych, najstraszniejszych szko?ach biurokratycznych star? w ca?ym Imperium: na uniwersytetach.
- Chcesz powiedzie?, ?e nie przyjmiesz mnie do Fundacji, bo nigdy nie ucz?szcza?em na ktry? z ich ?a?osnych uniwersytetw?
To prawda, jestem samoukiem, ale moja edukacja warta jest dziesi?? razy wi?cej ni? ich stadne, wymuszone nauczanie.
- Nie musisz przede mn? wyg?asza? antyuniwersyteckich hase?, Leyelu. Mwi? tylko, ?e jednym z najpowa?niejszych problemw w doborze pracownikw Fundacji jest ich zgodno??. Nikogo nie wezm? na Terminusa, je?li nie mam pewno?ci, ?e ten kto? b?dzie tam szcz??liwy... albo szcz??liwa.
To, jak Hari zaakcentowa? s?owo szcz??liwa", wyja?ni?o niemal wszystko.
- Tutaj nie chodzi o mnie, prawda? - domy?li? si? Leyel. - To Deet. Hari milcza?.
- Wiesz, ?e ona nie chce lecie?. Wiesz, ?e woli zosta? na Trantorze. I dlatego nie chcesz mnie przyj??! Zgad?em?
- Rzeczywi?cie, ma to pewien zwi?zek z Deet - przyzna? niech?tnie Hari.
- Czy zdajesz sobie spraw?, ile dla mnie znaczy Fundacja? Zdajesz sobie spraw?, z czego mg?bym zrezygnowa?, ?eby w??czy? si? w twoj? prac??
Przez chwil? Hari nie odpowiada?.
- Nawet z Deet? - zapyta? wreszcie cichym g?osem. Niewiele brakowa?o, by Leyel odpowiedzia? bez namys?u: Tak,
oczywi?cie, nawet z Deet; wszystko dla tego wielkiego dzie?a.
Ale powstrzyma?o go ch?odne spojrzenie Hariego. Jednego si? nauczy? od czasu ich pierwszego spotkania na konferencji, jeszcze w latach m?odo?ci: Hari nie znosi? samooszukiwania si?. Siedzieli obok siebie na referacie pewnego znanego wwczas demografa. Leyel widzia?, jak Hari kilkoma dobrze wymierzonymi pytaniami rozbi? tezy biedaka w proch. Demograf by? w?ciek?y. Wyra?nie nie dostrzeg? luk w swoim rozumowaniu, a teraz, kiedy mu je wskazano, nie chcia? przyzna?, ?e to rzeczywi?cie luki.
- Zrobi?em mu przys?ug? - powiedzia? p?niej Hari do Leyela.
- Jak? Daj?c mu kogo?, kogo mo?e nienawidzi??
- Nie. Przedtem wierzy? w swoje nieuzasadnione wnioski. Oszukiwa? sam siebie. Teraz ju? nie wierzy.
- Ale nadal je g?osi.
-Owszem. I teraz jest bardziej k?amc? ni? g?upcem. Przyczyni?em si? do zintegrowania jego osobowo?ci. Moralno?? to ju? jego problem.
Leyel pami?ta? to zdarzenie i wiedzia?, ?e gdyby teraz zapewni? o swojej gotowo?ci porzucenia Deet dla jakiegokolwiek powodu, nawet dla Fundacji, by?oby to czym? gorszym od k?amstwa. By?aby to g?upota.
- Powiedzia?e? co? strasznego - rzek? tylko. - Wiesz dobrze, ?e Deet jest cz??ci? mnie. Nie mog? z niej zrezygnowa?, ?eby przy??czy? si? do Fundacji. Ale teraz do ko?ca naszego wsplnego ?ycia b?d? wiedzia?, ?e mog?em tam by?, gdyby nie ona. Poda?e? mi kielich ??ci i goryczy, Hari.
Hari powoli kiwn?? g?ow?.
- Mia?em nadziej?, ?e kiedy przeczytasz mj list, zrozumiesz, ?e nie chc? mwi? wi?cej. Mia?em nadziej?, ?e nie przyjdziesz tutaj i nie zaczniesz mnie wypytywa?. Nie mog? ci? ok?amywa?, Leyelu, i nie zrobi?bym tego, nawet gdybym mg?. Ale dopki by?o to mo?liwe, ukrywa?em pewne informacje. Aby obu nam zaoszcz?dzi? k?opotw.
- Nie uda?o si?.
- To nie wina Deet, Leyelu. Chodzi o to, kim jest. Jej miejsce jest na Trantorze, nie na Terminusie. A twoje miejsce jest przy niej. To fakt, nie czyja? decyzja. Nigdy ju? nie b?dziemy do tego wraca?.
- Nie - zgodzi? si? Leyel.
Siedzieli jeszcze przez chwil? i patrzyli na siebie nieruchomo. Leyel zastanawia? si?, czy on i Hari b?d? jeszcze kiedy? rozmawia?... Nie, ju? nigdy. Nie chc? ci? nawet widzie?, Hari Seldonie. Zmusi?e? mnie, abym ?a?owa?, ?e o?eni?em si? z Deet. Przez ciebie w g??bi serca zapragn??em, ?eby nasze ma??e?stwo nie mia?o miejsca. A to tak, jakbym pragn?? nigdy si? nie urodzi?.
Wsta? i wyszed? bez s?owa. W poczekalni zwrci? si? do kilkorga ludzi, oczekuj?cych na spotkanie z Seldonem.
- Ktrzy z was s? moi? - zapyta?. Wsta? m??czyzna i dwie kobiety.
- Sprowad?cie zabezpieczony wz i kierowc?.
Nie patrz?c nawet na pozosta?ych, jedno z trjki wysz?o. Pozosta?ych dwoje ruszy?o za Leyelem. Subtelno?? i dyskrecja na razie si? sko?czy?y. Leyel nie mia? ochoty wmiesza? si? w t?um na Trantorze. Chcia? tylko wrci? do domu.
Hari Seldon wyszed? z gabinetu tylnymi drzwiami i wkrtce stan?? w kabinie Chandrakar Matt w Wydziale Kontaktw Bibliotecznych. Chanda podnios?a g?ow?, machn??a mu r?k? i bez wysi?ku odsun??a fotel tak, ?e znalaz? si? dok?adnie w wyznaczonym miejscu.
Hari przysun?? sobie krzes?o z s?siedniego biurka i pozornie przypadkowo ustawi? je tam, gdzie by? powinno.
Komputer zainstalowany w lektorze Chandy natychmiast rozpozna? konfiguracj?. Z trzech k?tw zarejestrowa? dzisiejszy strj Hariego i na?o?y? dane na przechowywany w pami?ci holoobraz rozmawiaj?cych swobodnie Hariego i Chandy. Potem, gdy Hari usiad?, wy?wietli? hologram. Obraz dok?adnie odpowiada? rzeczywistym pozycjom obojga, wi?c czujniki podczerwieni nie wyka?? ?adnych rozbie?no?ci. R?ni?y si? jedynie twarze: ruchy warg, mruganie powiek, miny. Ruchy warg nie pasowa?y do s?w, jakie Hari i Chanda wypowiadali, ale do s?w, generowanych w powietrzu poza kabin?: nieszkodliwe, przypadkowo dobrane uwagi, uwzgl?dniaj?ce niedawne wydarzenia, by nikt nie mg? podejrzewa?, ?e to nagrana rozmowa. Hari rzadko mia? okazj? do szczerej rozmowy, ktrej nie pods?uchiwaliby bezpieczni; on i Chanda skrz?tnie ukrywali tak? mo?liwo??. Nigdy nie rozmawiali za d?ugo ani zbyt cz?sto, by bezpieczni nie zacz?li si? zastanawia? nad ich sk?onno?ci? do takich pustych pogaw?dek. Zreszt? znali si? doskonale - s?owo wystarcza?o za ca?e zdanie, gest za s?owo. Ale kiedy ko?czyli, Chanda wiedzia?a, co ma robi? i jak si? zachowa?, a Hari odchodzi? spokojny, ?e najwa?niejsza praca posuwa si? naprzd za dymn? zas?on? Fundacji.
- Przez chwil? my?la?em, ?e naprawd? zechce j? porzuci?.
- Nie doceni?e? pokusy Encyklopedii.
- Obawiam si?, ?e zbyt dobrze to zaplanowa?em, Chando. My?lisz, ?e pewnego dnia Encyklopedia Galaktyczna naprawd? powstanie?
- To ?wietny pomys?. Przyci?gn?? tu dobrych ludzi. Nie spe?ni?by swoich celw, gdyby by?o inaczej. Co mam powiedzie? Deet?
- Nic. Wystarczy jej, ?e Leyel zostaje.
- Gdyby zmieni? zdanie, naprawd? pozwoli?by? mu lecie? na
Terminusa?
- Gdyby zmieni? zdanie, musia?by lecie?. Poniewa? je?li porzuci?by Deet, nie by?by odpowiednim dla nas cz?owiekiem.
- Dlaczego po prostu mu nie powiesz? Nie zaprosisz?
- Cz??ci? Drugiej Fundacji musi si? sta?, nie zdaj?c sobie z tego sprawy. Musi tam trafi? dzi?ki naturalnym sk?onno?ciom, nie dzi?ki moim wezwaniom, a przede wszystkim nie dla w?asnej ambicji.
- Twoje wymagania s? bardzo wysokie, Hari, i nic dziwnego, ?e niewielu mo?e im sprosta?. Wi?kszo?? ludzi w Drugiej Fundacji nawet o niej nie wie. Uwa?aj? si? za bibliotekarzy. Biurokratw. S?dz?, ?e Deet jest antropologiem i pracuje w?rd nich, ?eby ich obserwowa?.
- Wcale nie. Kiedy? tak my?leli, ale teraz uwa?aj? Deet za jedn? z nich. I to jedn? z najlepszych. Definiuje, co znaczy by? bibliotekarzem. Pozwala by? dumnym z tej nazwy.
- Czy nie martwi ci?, Hari, ?e praktykuj?c swoj? sztuk?...
- Moj? nauk?.
- Twoj? w?cibsk? sztuk? magiczn?, stary czarowniku, nie oszukasz mnie opowiadaniem o nauce. Widzia?am scenariusze hologramw, jakie przygotowujesz do krypty na Terminusie.
- To tylko poza.
- Wyobra?am sobie, jak to mwisz. Z min? cz?owieka ca?kowicie z siebie zadowolonego. Je?li macie ochot? pali?, nie przeszkadza mi to... Przerwa na ?miech... W?a?ciwie dlaczego? Przecie? naprawd? mnie tu nie ma". Czyste aktorstwo.
Hari machn?? tylko r?k?. Komputer szybko znalaz? fragment dialogu, pasuj?cy do tego gestu - fa?szywy sens, ktry nie wyda si? fa?szem.
- Nie, nie martwi mnie fakt, ?e praktykuj?c swoj? nauk?, zmieniam ?ycie ludzi. Wiedza zawsze zmienia?a ?ycie ludzi. R?nica polega na tym, ?e ja wiem o tych zmianach, ?e zmiany s? zaplanowane i pod kontrol?. Czy wynalazca pierwszego sztucznego o?wietlenia. .. Co to by?o, knot w zwierz?cym t?uszczu? Dioda emituj?ca ?wiat?o? Czy ten cz?owiek zdawa? sobie spraw?, do czego doprowadzi oddanie ludzko?ci w?adzy nad noc??
Jak zwykle, Chanda zgasi?a go w chwili, gdy zaczyna? sobie gratulowa?.
- Po pierwsze, to prawie na pewno by?a kobieta, po drugie, dok?adnie wiedzia?a, co robi. Dzi?ki ?wiat?u mog?a znale?? drog? noc? w mieszkaniu, mog?a po karmieniu po?o?y? swoje dziecko w innym pokoju, ?eby przespa? si? troch? noc? bez obawy, ?e przydusi je w ??ku.
Hari u?miechn?? si?.
- Je?li to kobieta wynalaz?a sztuczne o?wietlenie, z pewno?ci? by?a prostytutk? i chcia?a wyd?u?y? sobie godziny pracy.
Chanda u?miechn??a si? tak?e. Nie roze?mia?a - komputerowi trudno by?oby wyszuka? ?arty usprawiedliwiaj?ce ?miech.
- B?dziemy pilnie obserwowa? Leyela, Hari. Sk?d mamy wiedzie?, ?e jest gotowy, ?e mo?emy liczy? na jego ochron? i jego przywdztwo?
- Kiedy zaczniesz na niego liczy?, b?dzie gotowy. Kiedy oddanie i lojalno?? b?d? pewne, kiedy cele Drugiej Fundacji trafi? mu do serca, kiedy zacznie realizowa? je w ?yciu, wtedy b?dzie gotowy.
Ton g?osu Hariego sugerowa?, ?e rozmowa dobiega ko?ca.
- Przy okazji, Hari - doda?a jeszcze Chanda. - Mia?e? racj?. Nikt nie zakwestionowa? braku wa?nych danych psychohistorycznych w bibliotece Fundacji na Terminusie.
- Oczywi?cie. Akademicy nigdy nie wychylaj? si? poza granice w?asnej dyscypliny. To kolejny powd, dla ktrego ciesz? si?, ?e Leyel tam nie poleci. Od razu by zauwa?y?, ?e mamy tam tylko jednego psychologa, Bora Allurina. A wtedy musia?bym mu wyt?umaczy? wi?cej, ni? chc?. Przeka? uca?owania Deet, Chando. Powiedz, ?e jej eksperyment rozwija si? znakomicie. W ko?cu b?dzie mia?a i m??a, i spo?eczno?? uczonych umys?w.
- Artystw. Magw. P?bogw.
- Upartych, zb??kanych kobiet, ktre nie potrafi? rozpozna? nauki, kiedy j? uprawiaj?. I wszystkie w Bibliotece Imperialnej. Do nast?pnego razu, Chando.
Gdyby Deet pyta?a o jego rozmow? z Harim, gdyby wsp?czu?a mu z powodu odmowy, by? mo?e nie zdo?a?by opanowa? niech?ci, by? mo?e powiedzia?by co?, czego nigdy nie zdo?a?aby mu wybaczy?. Zachowywa?a si? jednak ca?kiem zwyczajnie. By?a tak podniecona swoj? prac? i tak pi?kna, nawet z twarz? ukazuj?c? zwiotcza?e mi??nie i zmarszczki sze??dziesi?ciolatki, ?e Leyel mg? tylko na nowo si? w niej zakocha?, jak ju? wiele razy w ich wsplnym ?yciu.
- Wszystko dzia?a, Leyelu, lepiej, ni? ?mia?am marzy?. Zaczynaj? do mnie dociera? historie, ktre stworzy?am miesi?ce i lata temu; powracaj? jako mity i legendy. Pami?tasz, jak odnalaz?am i ekstra-polowa?am dane z powstania na Misercordii trzy dni przed tym, jak Admiralicja o nie poprosi?a?
- To twj najwi?kszy sukces. Admira? Divart wci?? opowiada, jak przy opracowywaniu strategii wykorzystali zapisy dawnych bitew i odparli ataki Tellekerw w jednej trzydniowej operacji, nie trac?c ani jednego statku.
- Masz umys? jak sejf, chocia? naprawd? jeste? stary.
- To smutne, ale pami?tam tylko przesz?o??.
- Przecie? nikt nie pami?ta nic innego, osio?ku. Zach?ci? j?, by opowiedzia?a wi?cej o dzisiejszym triumfie.
- Czyli teraz jest to legenda?
- Powrci?a bez mojego nazwiska i mocno upi?kszona. Jako odno?nik. Rinjy rozmawia?a z m?odymi bibliotekarzami z ktrej? z wewn?trznych prowincji. Przyjechali z typow? wycieczk? mi?dzybiblioteczn?. Jedna z nich powiedzia?a, ?e mo?na ca?e ?ycie sp?dzi? w Bibliotece Imperialnej na Trantorze i w ogle nie ogl?da? prawdziwego ?wiata.
Leyel wybuchn?? ?miechem.
- Najlepsze, co mo?na powiedzie? do Rinjy.
- W?a?nie. Zdenerwowa?a si?, oczywi?cie, ale najwa?niejsze, ?e natychmiast opowiedzia?a im histori? o bibliotekarce, ktra ca?kiem samodzielnie zauwa?y?a podobie?stwo mi?dzy powstaniem na Misercordii i atakiem Tellekerw. Wiedzia?a, ?e nikt w Admiralicji jej nie wys?ucha, je?li nie dostarczy im pe?nej informacji. Si?gn??a wi?c do staro?ytnych rejestrw i odkry?a, ?e s? w fatalnym stanie. Oryginalne dane zapisano w szkle, ale min??y czterdzie?ci dwa stulecia i nikt nie od?wie?a? zapisw. ?adne ze ?rde? pomocniczych nie opisywa?o przebiegu bitwy i kursw okr?tw... Misercordia interesowa?a raczej biografw ni? historykw wojskowo?ci...
- Oczywi?cie. To by?a pierwsza bitwa Pola Yuensaua, ale s?u?y? wtedy jako pilot, nie dowodzi?...
- Wiem, ?e pami?tasz, mj w?cibski pieszczochu. Chodzi o to, co Rinjy mwi?a o tej mitycznej bibliotekarce.
- Czyli o tobie.
- Sta?am tu? obok. Nie s?dz?, by Rinjy wiedzia?a, ?e to ja. Co? by przecie? powiedzia?a... Wtedy nie pracowa?a nawet w tym samym dziale. Wa?ne jest to, ?e s?ysza?a jak?? wersj? tej historii i kiedy j? powtrzy?a, opowie?? zmieni?a si? w rodzaj magicznej sagi bohaterskiej. O proroczej bibliotekarce z Trantora.
- Czego to dowodzi? To ty jeste? magiczn? bohaterk?.
- Ona mwi?a tak, jakbym wszystko to zrobi?a z w?asnej inicjatywy...
- Tak by?o. Przydzielili ci? do ekstrapolacji dokumentw i przypadkiem zacz??a? akurat od Misercordii.
- Ale w wersji Rinjy, ju? wcze?niej zauwa?y?am zwi?zek z atakiem Tellekerw. Powiedzia?a, ?e bibliotekarka pos?a?a wszystkie dane do Admiralicji, a oni dopiero wtedy zrozumieli, ?e dostali klucz do bezkrwawego zwyci?stwa.
- Bibliotekarka ratuje Imperium.
- W?a?nie.
- Przecie? uratowa?a?.
- Ale przypadkowo. A Admiralicja za??da?a tych informacji. Niezwyk?e by?o to, ?e akurat sko?czy?am dwutygodniow? ekstrapolacj? dokumentw...
- Co uda?o ci si? znakomicie.
- Z wykorzystaniem programw, ktre sam pomaga?e? tworzy?. Dzi?ki ci, o Przem?dry, za t? po?redni? pochwa?? samego siebie. To czysty przypadek, ?e mog?am im da? w?a?nie to, co chcieli, w trzy minuty po przekazaniu pro?by. Ale teraz ca?e zdarzenie zmieni?o si? w heroiczn? legend? w spo?eczno?ci bibliotekarzy. Z pocz?tku tylko w Bibliotece Imperialnej, ale teraz rozprzestrzenia si? te? w?rd innych.
- To znakomita anegdota, Deet, ale nie s?dz?, ?eby? mog?a j?
opublikowa?.
- Nie mam zamiaru. Mo?e ewentualnie we wst?pie. Wa?ne jest, ?e dowodzi mojej teorii.
- Nie jest statystycznie znacz?ca.
- Dowodzi dla mnie. Wiem, ?e moje teorie o formowaniu spo?eczno?ci s? prawdziwe. ?e ?ywotno?? spo?eczno?ci zale?y od poczucia wsplnoty jej cz?onkw, a to poczucie wsplnoty mo?na wywo?a? i wzmocni? przez rozpowszechnianie opowie?ci epickich.
- Przemawiasz j?zykiem akademikw. Powinienem to zarejestrowa?, ?eby? nie musia?a na nowo wymy?la? tych trudnych s?w.
- Opowie?ci tworz?ce spo?eczno?? wydaj? si? wa?niejsze, odgrywaj? wi?ksz? rol? w ludzkim ?yciu. Poniewa? Rinjy mog?a opowiedzie? t? histori?, by?a bardziej dumna, ?e jest bibliotekarzem, a to wzmocni?o jej poczucie wsplnoty i da?o spo?eczno?ci wi?ksz? wewn?trzn? si??.
- Odbierasz im dusze.
- A one zabra?y moj?. Nasze dusze nale?? do siebie nawzajem. To by? problem. Deet trafi?a do biblioteki, wykonuj?c badania
naukowe - przy??czy?a si? do pracownikw, by potwierdzi? swoj? teori? formowania spo?eczno?ci. Ale zadanie by?oby niewykonalne, gdyby sama nie sta?a si? cz?onkiem bibliotecznej spo?eczno?ci. To w?a?nie sk?onno?? do po?wi?ce? dla nauki zbli?y?a go do Deet. A teraz ta sama sk?onno?? mu j? odbiera. Bardziej by cierpia?a, porzucaj?c bibliotek?, ni? trac?c Leyela.
Nieprawda. Nieprawda, powiedzia? sobie surowo. U?alanie si? nad sob? prowadzi do samook?amywania. Prawd? jest co? wr?cz przeciwnego: bardziej by cierpia?a, trac?c Leyela, ni? opuszczaj?c spo?eczno?? bibliotekarzy. Dlatego w?a?nie zgodzi?a si? lecie? na Terminusa. Ale czy mo?na mie? do niej ?al, ?e cieszy si?, i? nie musi dokonywa? wyboru? Jest zadowolona, ?e mo?e zachowa? jedno i drugie?
Ale chocia? st?umi? najgorsze, wyp?ywaj?ce z rozczarowania my?li, nie potrafi? do ko?ca uciszy? tonu z?o?liwo?ci w swych s?owach.
- A sk?d b?dziesz wiedzia?a, ?e eksperyment dobieg? ko?ca?
Zmarszczy?a brwi.
- On si? nigdy nie sko?czy, Leyelu. One naprawd? s? bibliotekarkami. Nie podnios? ich za ogonki, jak myszy, i nie w?o?? do klatek, kiedy zako?cz? do?wiadczenie. W pewnym momencie po prostu si? wycofam i napisz? swoj? ksi??k?.
- Naprawd??
- Naprawd? napisz?? Pisywa?am ju? ksi??ki i my?l?, ?e uda mi si? znowu.
- Czy naprawd? si? wycofasz?
- Kiedy? Teraz? Czy to ma by? prba mojej mi?o?ci do ciebie? Jeste? zazdrosny o moj? przyja?? z Rinjy, z Animet, Fin i Urik?
Nie! Nie oskar?aj mnie o takie dziecinne, egoistyczne uczucia! Ale zanim jeszcze zd??y? zaprzeczy?, zrozumia?, ?e zaprzeczenie by?oby fa?szem.
- Czasami rzeczywi?cie jestem zazdrosny, Deet. Czasami wydaje mi si?, ?e z nimi jeste? szcz??liwsza.
A poniewa? wyzna? to szczerze, co?, co mog?o si? zmieni? w k?tni?, pozosta?o rozmow?.
- Ale? jestem, Leyelu - odpar?a z rwn? szczero?ci?. - Poniewa? kiedy jestem z nimi, tworz? co? nowego, tworz? co? wsplnie. To podniecaj?ce, pobudzaj?ce. Codziennie odkrywam co? nowego w ka?dym ich s?owie, w ka?dym u?miechu, ka?dej uronionej ?zie, ka?dym znaku, ?e bycie jedn? z nas" to najwa?niejszy fakt ich ?ycia.
- Nie mog? z tym konkurowa?.
- Nie, Leyelu, nie mo?esz. Ale mo?esz to dope?ni?. Poniewa? wszystko to nie mia?oby znaczenia, by?oby bardziej frustruj?ce ni? radosne, gdybym nie mog?a codziennie wraca? do ciebie i opowiada?, co si? zdarzy?o. Ty zawsze rozumiesz, co to oznacza, zawsze si? cieszysz, nadajesz wag? moim do?wiadczeniom.
- Jestem twoj? publiczno?ci?. Jak ojciec.
- Tak, staruszku. Jak m??. Jak dziecko. Jak kto?, kogo kocham najbardziej na ?wiecie. Jeste? dla mnie korzeniem. Tam udaj? odwa?n?, pokazuj? ?wiatu tylko ga??zie i zielone li?cie w s?o?cu, ale wracam tutaj, ?eby wysysa? wod? z twojej gleby.
- Leyel Forska, osmotyczne ?rd?o. Ty jeste? drzewem, ja brudn? ziemi?.
- Ale pe?n? nawozw.
Poca?owa?a go, a ten poca?unek przypomnia? mu dawne lata. By? zaproszeniem, ktre przyj?? z rado?ci?.
Fragment pod?ogi pos?u?y? im jako zaimprowizowane ??ko. Potem le?a? obok niej, ramieniem obejmuj?c j? w talii i wspieraj?c g?ow? na jej ramieniu, muskaj?c wargami skr? jej piersi. Pami?ta? czasy, kiedy piersi mia?a ma?e i j?drne, wyrastaj?ce niczym niewielkie pomniki jej potencja?u. Teraz, gdy le?a?a na plecach, zmieni?y si? w ruin? - zniszczone latami i sp?ywaj?ce na boki, opieraj?ce si? na ramionach.
- Jeste? cudown? kobiet? - szepn??, ?askocz?c j? wargami. Ich obwis?e, sflacza?e cia?a zdolne by?y do wi?kszej nami?tno?ci
ni? dawniej, kiedy pozostawa?y jeszcze silne i twarde. Przedtem mieli tylko potencja?. To w?a?nie kochamy w m?odym ciele: kusz?cy potencja?. Teraz cia?o jest dokonaniem. Troje zdrowych dzieci - kwiaty, potem owoce tego drzewa - odesz?o i zapu?ci?o korzenie gdzie indziej. Napi?cie m?odo?ci mo?e teraz ust?pi? rozlu?nieniu. W ich mi?o?ci nie by?o ju? obietnic, jedynie spe?nienia.
- Nawiasem mwi?c, to by? rytua? - szepn??a mu prosto w ucho. - Podtrzymywanie wi?zw spo?ecznych.
- Czyli jestem jeszcze jednym eksperymentem?
- I to udanym. Sprawdzam, czy nasza ma?a spo?eczno?? przetrwa do chwili, a? jedno z nas padnie.
- A je?li ty umrzesz pierwsza? Kto wtedy napisze artyku??
- Ty. Ale podpiszesz go moim nazwiskiem. Chc? dosta? za niego Medal Imperialny. Przykleisz mi go na nagrobku.
- Sam b?d? go nosi?. Jeste? egoistk? i zrzucasz na mnie ca?? robot?, wi?c nie zas?ugujesz na nic lepszego ni? tania kopia.
Klepn??a go w po?ladek.
- Paskudny z ciebie staruch i egoista. Chc? orygina? albo nic.
Poczu? bl, jakby rzeczywi?cie zas?u?y? na klapsa. Paskudny staruch i egoista. Gdyby tylko wiedzia?a, jak bardzo ma racj?. By?a taka chwila w gabinecie Hariego, ?e niemal wypowiedzia? s?owa, ktre zniszczy?yby wszystko, co ich ??czy?o. S?owa, ktre usun??yby Deet z jego ?ycia. Lecie? bez niej na Terminusa! Lepiej chyba, ?eby wyrwali mi mzg, serce i w?trob?.
Sk?d w ogle pomys?, ?e chc? trafi? na Terminusa? ?y? w otoczeniu akademikw, i to takich, ktrymi najmocniej pogardzam, k?ci? si? z nimi o w?a?ciw? konstrukcj? Encyklopedii... Ka?dy z nich walczy?by o swoj? ma?? prowincj?, nie maj?c ?adnej wizji ca?o?ci, nie rozumiej?c, ?e podzielona Encyklopedia jest bezwarto?ciowa. To ?ycie w piekle... A w ko?cu i tak by przegra?, bo akademicki umys? niezdolny jest do rozwoju i zmiany.
Tylko tu, na Trantorze, wci?? jeszcze mo?e co? osi?gn??. Mo?e nawet rozwi?za? problem pochodzenia cz?owieka, przynajmniej dla w?asnej satysfakcji - a mo?e nawet uda mu si? to tak szybko, ?e zd??y w??czy? swoje odkrycie do Encyklopedii Galaktycznej, zanim Imperium zacznie kruszy? si? na granicach, odcinaj?c Terminusa od reszty Galaktyki.
To by?o jak wstrz?s elektryczny, przebijaj?cy mzg; zobaczy? nawet lekk? po?wiat? na granicach pola widzenia, jak gdyby iskra przeskoczy?a przez szczelin? synaptyczn?.
- Ale? k?amca - powiedzia?. - Kto, ja? Ty?
- Hari Seldon. Ta jego bajeczka o Fundacji, ktra ma stworzy? Encyklopedi? Galaktyczn?...
- Ostro?nie, Leyelu.
To prawie niemo?liwe, ?eby bezpieczni znale?li metod? pods?uchu tego, co dzieje si? w apartamencie Leyela Forski. Prawie.
- Powiedzia? mi dwadzie?cia lat temu. Przedstawia? jedn? z pierwszych psychohistorycznych projekcji. Imperium zacznie si? kruszy? najpierw na granicach. Przewidywa?, ?e zdarzy si? to w ci?gu nast?pnego pokolenia. Szacowania by?y wtedy bardzo grube. Teraz musi zna? dat? z dok?adno?ci? do roku. Mo?e nawet miesi?ca. Oczywi?cie, ?e umie?ci? swoj? Fundacj? na Terminusie, w miejscu tak dalekim, ?e kiedy kra?ce Imperium zaczn? si? rozpada?, znajdzie si? po?rd pierwszych odci?tych nici. Odci?tych od Trantora. Zapomnianych niemal natychmiast.
- Ale co mu z tego przyjdzie, Leyelu? Nie us?ysz? o ?adnych nowych odkryciach.
- Co mwi?a? o nas? Jak drzewo. Nasze dzieci to owoce tego drzewa.
- Tego nie powiedzia?am.
- W takim razie to mnie co? takiego przysz?o do g?owy. On rzuca swoj? Fundacj? na Terminusa jak owoc. ?eby z czasem wyros?o z niej nowe Imperium.
- Przera?asz mnie, Leyelu. Je?li bezpieczni us?ysz?, co mwisz...
- To chytry lis. Sprytny oszust... Nigdy w?a?ciwie mnie nie ok?ama?, ale oczywi?cie, ?e nie mg? mnie tam wys?a?. Gdyby fortuna Forskw zwi?za?a si? z Terminusem, Imperium nigdy nie zapomnia?oby o tej planetce. Granice mog?yby si? rozpa?? gdzie indziej, ale nie tam. Wys?anie mnie na Terminusa uniemo?liwi?oby realizacj? prawdziwego projektu.
Co za ulga... Oczywi?cie, Hari nie mg? mu nic powiedzie?, przecie? bezpieczni s?uchali, ale odmowa nie mia?a zwi?zku z nim ani z Deet. Nie stanie si? barier? mi?dzy nimi. To po prostu jedna z licznych kar za bycie dozorc? maj?tku Forskw.
- Naprawd? tak s?dzisz? - spyta?a Deet.
- By?em g?upi, ?e nie domy?li?em si? wcze?niej. Ale i Hari by? g?upcem, je?li s?dzi?, ?e nie odgadn?.
- Mo?e wierzy, ?e odgadniesz wszystko...
- Nikt nie zrozumie wszystkiego, co robi Hari. Ma w mzgu wi?cej zakr?tw i zwojw ni? hiper?cie?ka w przestrzeni j?dra. Cho?by? nie wiadomo jak? tras? wybiera?a, zawsze na ko?cu stoi Hari, kiwa g?ow? i gratuluje, ?e dotar?a? tak daleko. Wyprzedza nas wszystkich. Zaplanowa? wszystko, a my jeste?my skazani na pod??anie jego ?ladem.
- Czy to ci??ki wyrok?
- Kiedy? my?la?em, ?e Hari Seldon jest Bogiem. Teraz s?dz?, ?e nie jest a? tak pot??ny. Jest tylko Losem.
- Nie, Leyelu. Nie mw tak.
- Nawet nie Losem. Zaledwie naszym przewodnikiem przez Los. On widzi przysz?o?? i wskazuje nam drog?.
- Bzdura. - Wysun??a si? spod jego ramienia, wsta?a i si?gn??a po szlafrok. - Moje stare ko?ci marzn?, kiedy le?? taka go?a.
Leyelowi dr?a?y kolana, ale nie z zimna.
- Do niego nale?y przysz?o??, twoja jest tera?niejszo??, ale ja mam przesz?o??. Nie wiem, jak daleko w przysz?o?? doprowadzi?y go te jego krzywe prawdopodobie?stwa, ale mog? mu dorwna? w przesz?o?ci, krok w krok, stulecie w stulecie.
- Tylko mi nie mw, ?e zamierzasz rozwi?za? problem pocz?tku. Sam wykaza?e?, ?e nie jest wart rozwi?zywania.
- Wykaza?em, ?e nie jest wa?ne, ani nawet mo?liwe, odnalezienie pierwszej planety. Ale pisa?em te?, ?e wci?? mo?emy odkry? prawa natury, ktre spowodowa?y powstanie cz?owieka. Si?y, ktre stworzy?y nas jako istoty ludzkie, z pewno?ci? s? wci?? obecne we wszech?wiecie.
- Wiesz, ?e czyta?am, co napisa?e?. Twierdzi?e?, ?e znalezienie odpowiedzi to praca na przysz?e tysi?clecie.
- Teraz... W?a?nie teraz, le??c obok ciebie, zobaczy?em odpowied?. Tu? poza zasi?giem r?ki. Co? zwi?zanego z twoj? prac?, prac? Hariego i drzewem.
- W drzewie chodzi?o o to, ?e ci? potrzebuj?, Leyelu. Nie mia?o zwi?zku z pochodzeniem ludzko?ci.
- To znikn??o. Cokolwiek widzia?em przed chwil?, ju? uciek?o. Ale znajd? to znowu. Tkwi w twojej pracy, w Fundacji Hariego, w upadku Imperium i tej przekl?tej gruszy.
- Nie mwi?am, ?e to akurat grusza.
- Bawi?em si? w gruszowym sadzie w posiad?o?ci w Holdwater. Dla mnie drzewo" zawsze oznacza grusz?". To g??boko wypalona ?cie?ka w mzgu.
- Co za ulga. Ba?am si?, ?e z gruszkami skojarzy? ci si? kszta?t moich podstarza?ych piersi, kiedy si? schylam.
- Rozsu? ten szlafrok. Musz? sprawdzi?, czy rzeczywi?cie kojarz? si? z gruszkami.
Leyel zap?aci? za pogrzeb Hariego Seldona. Nie by? wystawny. Leyel tego nie chcia?. Gdy tylko us?ysza? o ?mierci Hariego - co go nie zaskoczy?o, gdy? po pierwszym, silnym wylewie Hari by? na wp? sparali?owany i porusza? si? na wzku inwalidzkim - nakaza? swoim pracownikom przygotowanie obrz?dku odpowiedniego dla uhonorowania najwspanialszego naukowego umys?u tysi?clecia. Nadesz?a jednak wie?? - w postaci wizyty cz?onka Komisji, Roma Divarta - ?e publiczne po?egnanie by?oby...
- Powiedzmy: niew?a?ciwe.
- Ten cz?owiek by? najwi?kszym geniuszem, o jakim s?ysza?em. Praktycznie wymy?li? ga??? nauki, ktra wyja?nia?a... zmieni? w nauk? to, co robili wr?bici i... i ekonomi?ci!
Rom roze?mia? si? z tego ?arciku, oczywi?cie, poniewa? on i Leyel przyja?nili si? od najdawniejszych lat. Rom by? jedynym przyjacielem z dzieci?stwa, ktry nigdy mu nie nadskakiwa?, nie pogardza? nim i nie zachowywa? si? ch?odno z powodu fortuny Forskw. Z prostego powodu: maj?tek Divartw by? - je?li ju? - nawet troch? wi?kszy. Bawili si? razem, nie obci??eni obco?ci?, zazdro?ci? ani l?kiem.
Mieli nawet wsplnego guwernera przez dwa straszne, cudowne lata, od dnia, kiedy ojciec Roma zosta? zamordowany, a? do egzekucji dziadka Roma. Wywo?a?a taki gniew w?rd arystokracji, ?e ob??kany imperator straci? w?adz?, a rz?dy powierzono Komisji Bezpiecze?stwa Publicznego. Wtedy, jako m?odociana g?owa jednego z najwi?kszych rodw, Rom rozpocz?? sw? d?ug? i udan? karier? polityczn?.
Rom mwi? p?niej, ?e przez te dwa lata Leyel nauczy? go, i? pozosta?o jeszcze na ?wiecie dobro; ?e przyja?? Leyela to jedyne, co go powstrzyma?o od samobjstwa. Leyel zawsze uwa?a?, ?e to puste s?owa - Rom by? urodzonym aktorem. Dlatego tak znakomicie rozgrywa? osza?amiaj?ce wej?cia i niezapomniane gesty na najwi?kszej scenie: polityce Imperium. Pewnego dnia z pewno?ci? odejdzie rwnie dramatycznie, jak jego ojciec i dziad.
Ale Rom nie zawsze gra?. I nigdy nie zapomnia? przyjaciela z dzieci?stwa. Leyel wiedzia? o tym i rozumia?, co oznacza przybycie Roma w roli pos?a?ca Komisji Bezpiecze?stwa Publicznego: ?e stara? si? przekaza? wiadomo?? mo?liwie delikatnie. Dlatego Leyel zirytowa? si? troch?, po czym wyg?osi? swj ?arcik. W ten sposb skapitulowa? z klas?.
A? do dnia pogrzebu nie zdawa? sobie jednak sprawy, jak niebezpieczna by?a jego przyja?? z Harim Seldonem, i jak g?upio post?pi?, ??cz?c swoje nazwisko z nazwiskiem zmar?ego. Linge Chen, przewodnicz?cy Komisji, nie osi?gn??by pozycji daj?cej najwi?ksz? w?adz? w ca?ym Imperium, gdyby nie by? w?ciekle podejrzliwy w stosunku do potencjalnych rywali i brutalnie skuteczny w ich eliminowaniu. Hari wmanewrowa? go w sytuacj?, kiedy wi?kszym ryzykiem by?o zabicie uczonego, ni? danie mu Fundacji na Terminusie. Ale teraz Hari ju? nie ?y?, a Chen najwyra?niej obserwowa?, kto go op?akuje.
Na przyk?ad Leyel - Leyel i kilku pracownikw zespo?u Hariego, ktrzy pozostali na Trantorze, by utrzymywa? kontakt z Terminusem do chwili ?mierci za?o?yciela Fundacji. Leyel powinien si? zorientowa?. Nawet ?ywy, Hari nie dba?by o to, kto przyjdzie na jego pogrzeb. A martwy, dba? o to jeszcze mniej. Leyel nie wierzy? przecie?, ?e przyjaciel ?yje jeszcze w jakiej? p?aszczy?nie astralnej, ?e obserwuje ?ywych i uczestniczy we w?asnym pochwku. Nie; Leyel po prostu uzna?, ?e musi tam by?, ?e musi przemwi?. W?a?ciwie nie dla Hariego - dla siebie. Aby pozosta? sob?, musia? wykona? jaki? publiczny gest, uk?on w stron? Hariego i wszystkiego, co sob? reprezentowa?.
Kto go s?ucha?? Niewielu. Deet, ktra uwa?a?a, ?e jego mowa po?egnalna jest o po?ow? za delikatna. Ludzie z Fundacji, ktrzy rozumieli zagro?enie i wzdrygali si? przy ka?dym z d?ugiej listy sukcesw Hariego, wymienianych przez Leyela. Cytuj?c je i podkre?laj?c, ?e tylko Seldon mia? wizj?, by dokona? tych wielkich dzie?, Leyel po?rednio krytykowa? poziom inteligencji i prawo?ci w Imperium. Bezpieczni tak?e s?uchali. Zauwa?yli, ?e Leyel najwyra?niej zgadza si? z prognozami Hariego Seldona dotycz?cymi upadku Imperium -?e jego zdaniem Imperium Galaktyczne ju? prawdopodobnie upad?o, gdy? jego w?adza nie si?ga?a ju? granic Galaktyki.
Gdyby ktokolwiek inny - prawie - wyg?osi? tak? mow?, zosta?aby zignorowana. Tyle ?e nie dosta?by ?adnej pracy, wymagaj?cej certyfikatu bezpiecze?stwa. Ale g?owa rodu Forskw - kiedy wyst?pi? otwarcie z pochwa?? pogl?dw cz?owieka, ktry zosta? oskar?ony przed Komisj? Bezpiecze?stwa Publicznego - stanowi?a wi?ksze niebezpiecze?stwo ni? sam Hari Seldon.
Poniewa? Leyel - jako g?owa rodu Forskw - gdyby tylko zechcia?, mg?by sta? si? jednym z najwi?kszych aktorw na politycznej scenie, mg?by zyska? miejsce w Komisji obok Roma Divarta i Linge Chena. Oczywi?cie, musia?by wtedy bez przerwy uwa?a? na skrytobjcw - albo by ich unika?, albo by ich wynajmowa? - i prbowa? zyska? lojalno?? rozmaitych militarnych przywdcw z najdalszych rubie?y Galaktyki. Dziad Leyela sp?dzi? ?ycie na takich grach, jednak ojciec Leyela zrezygnowa?, a samego Leyela tak bardzo poch?on??a nauka, ?e nigdy nie my?la? o polityce.
A? do dzisiaj. Dzisiaj wykona? g??boko polityczny gest, przybywaj?c na pogrzeb Hariego Seldona i wyg?aszaj?c mow? po?egnaln?. Co zrobi dalej? Istnia?o tysi?ce drobnych wodzw, ktrzy wznieciliby rewolt?, gdyby Forska obieca? to, czego tak bardzo potrzebuj? niedoszli imperatorzy: arystokratycznego sponsora, pozr legalno?ci i pieni?dze.
Czy Linge Chen naprawd? wierzy?, ?e Leyel w tak p?nym wieku zamierza zaj?? si? polityk?? Czy naprawd? uwa?a?, ?e Leyel stanowi zagro?enie?
Zapewne nie. Gdyby wierzy?, kaza?by go zabi? - jego i wszystkie jego dzieci. Pozostawi?by przy ?yciu tylko jednego z m?odszych wnukw, ktrego pilnie by nadzorowa? za po?rednictwem wyznaczonych przez siebie opiekunw. W ten sposb zapanowa?by te? nad maj?tkiem Forskw.
Chen uzna? tylko, ?e Leyel mo?e sprawia? k?opoty. Dlatego podj?? kroki - w swoim przekonaniu - bardzo ?agodne.
Dlatego w?a?nie, tydzie? po pogrzebie, Rom odwiedzi? Leyela po raz drugi.
Leyel powita? go z rado?ci?.
- Mam nadziej?, ?e tym razem nie ze smutnymi sprawami - powiedzia?. - Ale masz pecha. Deet znowu jest w bibliotece, ostatnio w?a?ciwie tam mieszka, a na pewno chcia?aby...
- Leyelu... - Rom dotkn?? palcem jego warg.
Wi?c jednak z powa?n? spraw?. Gorzej ni? powa?n?. Rom wyrecytowa? mow?, ktrej musia? nauczy? si? na pami??.
- Komisja Bezpiecze?stwa Publicznego obawia si?, ?e w podesz?ym wieku...
Leyel otworzy? usta, by zaprotestowa?, ale Rom raz jeszcze go uciszy?, k?ad?c mu palec na wargach.
- ...?e w podesz?ym wieku sprawy maj?tku Forskw odrywaj? ci? od twej niezwykle istotnej pracy naukowej. Imperium tak bardzo potrzebuje nowych odkry? i zrozumienia, jakie bez w?tpienia przynios? nam twoje dzie?a, ?e Komisja Bezpiecze?stwa Publicznego stworzy?a Biuro Powiernicze Forskw, ktre b?dzie dogl?da? wszystkich posiad?o?ci i maj?tku Forskw. Ty sam, oczywi?cie, zachowasz nieograniczony dost?p do tych funduszy, z przeznaczeniem na prac? naukow? tutaj, na Trantorze; nie zostan? wstrzymane dotacje archiww i bibliotek, ktre sponsorowa?e?. Naturalnie, Komisja nie oczekuje od ciebie podzi?kowa? za to, co jest przecie? naszym obowi?zkiem wobec jednego z najszlachetniejszych obywateli. Gdyby jednak twoja dobrze znana uprzejmo?? nakazywa?a ci wyg?oszenie krtkiego publicznego o?wiadczenia o twej wdzi?czno?ci, nie by?oby to niew?a?ciwe.
Leyel nie by? g?upcem. Wiedzia?, na czym polegaj? takie dzia?ania: odebrano mu maj?tek i umieszczono w areszcie na Trantorze. Nie warto nawet protestowa? czy walczy?, nie warto wzbudza? u Roma poczucia winy z powodu wiadomo?ci, jak? przekazuje. Co wi?cej, Romowi tak?e mog?oby grozi? powa?ne niebezpiecze?stwo, gdyby Leyel cho?by zasugerowa?, ?e oczekuje od przyjaciela wsparcia. Dlatego Leyel tylko z powag? kiwn?? g?ow? i odpowiedzia?, starannie dobieraj?c s?owa:
- Przeka? Komisji, ?e jestem g??boko wdzi?czny za ich trosk?. Ju? bardzo dawno nikt nie stara? si? ul?y? mojemu brzemieniu. Przyjmuj? ich wielkoduszn? ofert?. Ogromnie si? ciesz?, gdy? teraz b?d? mg? bez przeszkd prowadzi? badania.
Rom odpr??y? si? wyra?nie: Leyel nie zamierza? sprawia? k?opotw.
- Drogi przyjacielu, b?d? lepiej sypia? wiedz?c, ?e zawsze jeste? tutaj, na Trantorze, ?e pracujesz swobodnie w bibliotece czy za?ywasz wypoczynku w naszych parkach.
A wi?c przynajmniej nie zamierzali go zamyka? w areszcie domowym. Na pewno nie pozwol? mu opu?ci? planety... ale nie zaszkodzi spyta?.
- Mo?e wreszcie znajd? woln? chwil?, ?eby czasem odwiedzi? wnuki.
- Och, Leyelu, obaj jeste?my ju? za starzy, ?eby wyrusza? w hiperprzestrze?. Pozostawmy to m?odym. Mog? ci? przecie? odwiedzi?, kiedy tylko zechcesz. Albo zosta? w domu, kiedy przylec? z wizyt? ich rodzice.
Leyel zrozumia?, ?e je?li ktre? z dzieci zechce z?o?y? mu wizyt?, ich dzieci stan? si? zak?adnikami, i odwrotnie. On sam nigdy ju? nie opu?ci Trantora.
- Tym lepiej - rzek?. - B?d? mia? czas, ?eby napisa? kilka ksi??ek, ktre od dawna zamierza?em opublikowa?.
- Imperium niecierpliwie czeka na ka?dy naukowy traktat, jaki wyjdzie spod twojej r?ki. - Rom mocniej zaakcentowa? s?owo naukowy". - Ale mam nadziej?, ?e nie zechcesz nas zam?cza? nudnymi autobiografiami.
Leyel bez oporu zgodzi? si? na to ograniczenie.
- Obiecuj?, Rom. Ty wiesz najlepiej, jak nieciekawe by?o moje ?ycie.
- Daj spokj. Moje ?ycie to dopiero nuda, Leyelu; stale tylko rz?dowe narady i biurokratyczna gadanina. Ty by?e? na pierwszej linii nauki i odkry?. Komisja ma nadziej?, przyjacielu, ?e zaszczycisz nas zgod? na pierwsze czytanie ka?dego s?owa, jakie opu?ci twj skryptor.
- Tylko je?li obiecacie, ?e przeczytacie starannie i wska?ecie ewentualne b??dy.
Komisja zamierza?a cenzurowa? jego teksty i usuwa? opinie polityczne, ktrych Leyel i tak nigdy nie zamieszcza?. Postanowi? jednak nigdy ju? niczego nie publikowa?, przynajmniej dopki Linge Chen jest przewodnicz?cym. Najbezpieczniej b?dzie teraz znikn??, pozwoli?, by Chen o nim zapomnia?; wysy?anie mu jakich? artyku?w by?oby wyj?tkowo nierozs?dne i przypomina?o, ?e Leyel wci?? jest w pobli?u.
Ale Rom jeszcze nie sko?czy?.
- Musz? obj?? t? pro?b? rwnie? prace Deet. Przeka? jej to.
- Deet? - Po raz pierwszy niewiele brakowa?o, by Leyel okaza? sw? w?ciek?o??. Dlaczego Deet ma by? karana za jego lekkomy?lno??? - Jest na to zbyt skromna. Nie uwa?a swej pracy za do?? wa?n?, by wywo?ywa?a zainteresowanie ludzi tak zapracowanych, jak cz?onkowie Komisji. Uzna, ?e chcecie czyta? jej artyku?y tylko dlatego, ?e jest moj? ?on?. A zawsze j? to z?o?ci?o.
- Musisz wi?c nalega?, Leyelu. Zapewniam ci?, ?e jej badania funkcjonowania imperialnej biurokracji ju? od dawna bardzo Komisj? interesuj?.
Aha. Oczywi?cie. Chen nigdy nie pozwoli na publikacj? analizy pracy rz?du, nie upewniwszy si? wcze?niej, ?e nie jest gro?na. A wi?c cenzurowanie tekstw Deet nie jest win? Leyela. A przynajmniej nie wy??cznie.
- Powiem jej o rym, Rom. B?dzie zaszczycona. Ale mo?e zostaniesz i sam z ni? porozmawiasz? Przynios? po kubku peshatu i pogadamy o starych czasach...
Leyel by?by zdumiony, gdyby Rom si? zgodzi?. Nie, ta rozmowa jest dla niego rwnie trudna. Sam fakt, ?e zmuszono go do pe?nienia funkcji pos?a?ca Komisji wobec przyjaciela z dzieci?stwa, mia? pewnie s?u?y? za przypomnienie, ?e Chenowie s? silniejsi od Divartw. Leyelowi przysz?o jednak do g?owy, ?e Chen mg? pope?ni? b??d. Poni?enie Roma, pos?anie go, by aresztowa? najdro?szego przyjaciela, mog?o si? okaza? kropl? przepe?niaj?c? czar?. W ko?cu, cho? nikt nie zdo?a? odkry?, kto wynaj?? skrytobjc? dla zamordowania ojca Roma i kto zadenuncjowa? jego dziada, co doprowadzi?o do stracenia go przez szalonego imperatora Wassiniwaka, nie wymaga?o geniuszu spostrze?enie, ?e rd Chenw najwi?cej zyska? na obu wydarzeniach.
- ?a?uj?, ale nie mog? - powiedzia? na po?egnanie Rom. - Obowi?zki wzywaj?. Ale mo?esz by? pewien, ?e cz?sto b?d? o tobie my?la?. Oczywi?cie, raczej nie o tobie takim, jaki jeste? w tej chwili, staruszku. B?d? ci? wspomina? jako ch?opca, z czasw kiedy obaj p?atali?my figle naszemu guwernerowi. Pami?tasz, jak zakodowali?my jego lektor, ?eby przez ca?y tydzie? wy?wietla? ostr? pornografi?, kiedy tylko kto? otwiera? drzwi do pokoju?
Leyel nie mg? powstrzyma? ?miechu.
- Niczego nie zapominasz, co?
- Biedny dure?. Nigdy nie odgad?, ?e to my. Ech, dawne lata... Dlaczego nie mo?emy pozosta? m?odzi na zawsze?
U?cisn?? Leyela i wyszed? szybko.
Linge Chen, tu durniu, posun??e? si? za daleko. Twoje dni s? policzone. Nikt z bezpiecznych, pods?uchuj?cych ich rozmow?, nie mg? wiedzie?, ?e nigdy nie dra?nili si? tak z guwernerem i nigdy nie uszkodzili jego lektora. Rom w ten sposb da? Leyelowi do zrozumienia, ?e nadal s? sprzymierze?cami, ?e wci?? maj? wsplne tajemnice. .. I ?e kogo?, kto ma w?adz? nad nimi oboma, wkrtce czeka przykra niespodzianka.
Dreszcz przeszy? Leyela na my?l, co mo?e z tego wynikn??. Z ca?ego serca kocha? Roma Divarta, ale wiedzia?, ?e jest zdolny do cierpliwego wyczekiwania na w?a?ciwy moment, a potem do szybkiego i skutecznego uderzenia. Linge Chen niedawno rozpocz?? kolejn? sze?cioletni? kadencj?, ale Leyel by? pewien, ?e ju? jej nie zako?czy. A nast?pnym przewodnicz?cym Komisji nie b?dzie nikt z Chenw.
Wkrtce jednak zacz?? zdawa? sobie spraw?, jak? krzywd? mu wyrz?dzono. Zawsze s?dzi?, ?e pieni?dze niewiele dla niego znacz?, ?e nawet bez maj?tku Forskw by?by tym samym cz?owiekiem. Teraz zrozumia?, ?e to nieprawda, ?e przez ca?y czas si? ok?amywa?. Od dziecka wiedzia?, jak godnymi pogardy mog? by? ludzie bogaci i wp?ywowi - ojciec dopilnowa?, by zrozumia?, ?e cz?owiek staje si? okrutny, je?li pieni?dze wzbudz? w nim przekonanie, ?e wolno mu wykorzystywa? innych. Leyel uczy? si? wi?c pogardza? w?asnym dziedzictwem. Udawa? - przede wszystkim wobec ojca - ?e mo?e poradzi? sobie w ?wiecie tylko rozumem i pracowito?ci?, ?e wcale by si? nie zmieni?, dorastaj?c w przeci?tnej rodzinie, odbieraj?c zwyk?e wykszta?cenie. Tak dobrze nauczy? si? gra?, ?e sam w to uwierzy?.
Teraz dopiero poj??, ?e przez ca?e ?ycie maj?tek Forskw by? jego niewidzialn? cz??ci?, jakby przed?u?eniem cia?a - jak gdyby za ka?dym drgnieniem mi??nia wylatywa?y frachtowce, za ka?dym mrugni?ciem powieki kopalnie ry?y w g??b ziemi. Z ka?dym westchnieniem w ca?ej Galaktyce budzi? si? wicher przemian i wia?, dopki wszystko nie sta?o si? dok?adnie takie, jak sobie ?yczy?. Teraz amputowano mu te niewidzialne ko?czyny i zmys?y. Sta? si? kalek?: mia? tylko tyle r?k i ng, ile zwyk?a ludzka istota.
Wreszcie by? tym, kogo stale udawa?: zwyk?ym, pozbawionym w?adzy cz?owiekiem. Nienawidzi? tego.
Przez kilka godzin po wyj?ciu Roma udawa? przed sob?, ?e przyjmuje to lekko. Usiad? przy lektorze i p?ynnie przewraca? stronice -ale ?adne s?owo nie utkwi?o mu w pami?ci. Chcia?by, ?eby znalaz?a si? przy nim Deet. Mg?by ?mia? si? wraz z ni? z tego, jak ma?o go to zabola?o. Potem jednak by? zadowolony, ?e jej nie ma - jedno wsp?czuj?ce dotkni?cie jej d?oni pchn??oby go w emocjonaln? przepa??. Nie potrafi?by ju? nad sob? zapanowa?.
Ten moment zreszt? i tak nadszed?. My?l?c o Deet, o dzieciach i wnukach, o wszystkim co utraci?, poniewa? wykona? pusty gest dla uczczenia pami?ci nie?yj?cego przyjaciela, rzuci? si? na pod?og? i zap?aka? gorzko. Niech Chen s?ucha zapisw tego, co mu przeka?? promienie szpieguj?ce. Niech cieszy si? zwyci?stwem. I tak go zniszcz?. Moi ludzie nadal s? lojalni. Sformuj? armi?. Poszukam skrytobjcw. Skontaktuj? si? z admira?em Sippem, a wtedy to Chen b?dzie szlocha? i wo?a? o lito??, a ja okalecz? go tak, jak on mnie...
Dure?.
Leyel przetoczy? si? na plecy, otar? ?zy r?kawem i z zamkni?tymi oczami le?a? nieruchomo, uspokajaj?c si? z wolna. ?adnej zemsty. ?adnej polityki. To sprawa Roma, nie Leyela. Za p?no, ?eby teraz w??cza? si? do gry, zreszt? kto by mu teraz pomg?, kiedy straci? maj?tek i wp?ywy? Nic ju? nie mg? zrobi?.
W?a?ciwie to nawet nie chcia?. Czy nie zagwarantowali, ?e nie cofn? dotacji jego archiwom i bibliotekom? Czy nie obiecali nieograniczonych funduszy badawczych? Przecie? tylko to go naprawd? interesowa?o. Ju? dawno przekaza? zarz?dzanie maj?tkiem swoim podw?adnym, a powiernik Chena b?dzie wykonywa? t? sam? prac?. Dzieci nie ucierpi? zbytnio - wychowa? je w duchu tych samych warto?ci, w ktrym i on dorasta?, wszystkie wi?c u?o?y?y sobie ?ycie bez zwi?zku z fortun? Forskw. By?y prawdziwymi dzie?mi swego ojca i matki - straci?yby szacunek dla samych siebie, gdyby nie zarabia?y na w?asne potrzeby. Owszem, b?d? rozczarowane, ?e kto? wyrwa? im dziedzictwo. Ale to ich nie z?amie.
Nie jestem przecie? zrujnowany. Wszystkie te k?amstwa, jakie powtrzy? mi Rom, to szczera prawda, tyle ?e oni tego nie rozumiej?. Nadal posiadam wszystko, co dla mnie wa?ne. Rzeczywi?cie, nie obchodzi mnie maj?tek. To tylko sposb, w jaki go utraci?em, doprowadza mnie do w?ciek?o?ci. Mog? ?y? dalej i pozosta? sob?. W ten sposb przekonam si?, kto jest moim prawdziwym przyjacielem -zobacz?, kto nadal mnie chwali za naukowe osi?gni?cia, a kto mn? pogardza z powodu biedy.
Zanim Deet wrci?a z biblioteki do domu - p?no, jak zwykle ostatnio - Leyel tkwi? pogr??ony w lekturze wszystkich wynikw i teorii dotycz?cych zachowa? protoludzkich. Prbowa? znale?? co? innego ni? naiwne domys?y i napuszony be?kot. Tak bardzo poch?on??y go te teksty, ?e po jej powrocie pi?tna?cie minut opowiada? o niewiarygodnej g?upocie, jak? odkry? w?rd uczonych. A potem podzieli? si? z ni? cudown?, niezwyk?? my?l?, jaka mu przysz?a do g?owy.
- A je?li rasa ludzka nie jest jedyn? ga??zi?, ktra wyewoluowa?a z naszego drzewa genealogicznego? Je?li istnieje inny gatunek naczelnych, ktry wygl?da dok?adnie jak my, ale nie mo?e si? z nami krzy?owa?, ktry funkcjonuje w ca?kowicie inny sposb, a my nawet o tym nie wiemy? My?limy, ?e wszyscy jeste?my tacy sami, ale w ca?ym Imperium s? wioski, miasta, mo?e nawet ?wiaty pe?ne ludzi, ktrzy w tajemnicy wcale nie s? lud?mi.
- Ale? Leyelu, mj przepracowany m??u, je?li wygl?daj? tak samo jak my i zachowuj? si? jak my, to s? lud?mi.
- Ale nie s? dok?adnie tacy sami. Istniej? r?nice. Ca?kowicie inny zestaw regu? i za?o?e?. Ale my nie wiemy, ?e oni s? inni, a oni nie wiedz?, ?e my jeste?my inni. A je?li nawet co? podejrzewamy, nigdy nie mamy pewno?ci. Po prostu dwa r?ne gatunki ?yj?ce obok siebie i nie domy?laj?ce si? niczego.
Poca?owa?a go.
- Mj g?uptasie, to ?adna teoria. To czysta prawda. W?a?nie opisa?e? relacj? mi?dzy m??czyznami i kobietami. Dwa ca?kowicie r?ne gatunki, kompletnie dla siebie niezrozumia?e, ?yj?ce obok siebie i wierz?ce, ?e naprawd? s? jednym. Fascynuj?ce, Leyelu, jest to, ?e osobniki obu gatunkw uparcie decyduj? si? na wsplne ?ycie i p?odzenie dzieci, czasem z jednego gatunku, czasem z drugiego. A przez ca?y czas nie mog? poj??, dlaczego nie potrafi? si? zrozumie?.
Roze?mia? si? i obj?? j? mocno.
- Jak zwykle masz racj?, Deet. Gdybym zrozumia? kobiety, mo?e bym wiedzia?, dlaczego m??czy?ni stali si? lud?mi.
- Nic nie przerobi m??czyzn na ludzi - odpar?a. - Za ka?dym razem, kiedy prawie osi?gaj? cel, potykaj? si? o swj nieszcz?sny chromosom Y i wracaj? do stanu bestii.
Musn??a wargami jego szyj?.
Wtedy dopiero, trzymaj?c j? w ramionach, wyszepta? jej do ucha, co zasz?o, kiedy Rom z?o?y? mu wizyt?. Nie odpowiedzia?a, tylko przez d?ugi czas obejmowa?a go mocno. Potem zjedli p?n? kolacj? i wrcili do zwyk?ych zaj??, jakby nic si? nie sta?o.
Dopiero w ??ku, kiedy Deet pochrapywa?a cicho u jego boku, Leyel zrozumia?, ?e j? tak?e czeka prba. Czy nadal b?dzie go kocha?, kiedy jest zwyk?ym Leyelem Forsk?, emerytowanym uczonym, a nie lordem Forsk?, w?adc? ?wiatw? Oczywi?cie, chce go kocha?. Ale tak jak Leyel nie zdawa? sobie sprawy, jak bardzo potrzebuje swego bogactwa, by sam siebie okre?li?, ona tak?e mog?a nie dostrzega?, jak
bardzo kocha w nim w?adz?. Bo chocia? si? ni? nie przechwala?, zawsze j? posiada?. By?a jak trwa?a platforma pod stopami, niedostrzegalna a? do teraz, kiedy znikn??a, i ka?dy krok by? niepewny.
Ju? wcze?niej oddala?a si? od niego, wtapia?a w spo?eczno?? kobiet z biblioteki. Teraz zacznie odp?ywa? jeszcze szybciej, nie zauwa?aj?c nawet, ?e Leyel staje si? coraz mniej wa?ny. Oczywi?cie, ?adnych dramatycznych gestw, takich jak rozwd. Po prostu drobne p?kni?cie mi?dzy nimi, pusta przestrze?, ktra rwnie dobrze mo?e by? przepa?ci?, otch?ani?. Fortuna by?a cz??ci? mnie, a teraz j? straci?em. Nie jestem ju? tym samym cz?owiekiem, ktrego pokocha?a. Nie zorientuje si? nawet, ?e ju? mnie nie kocha. Po prostu b?dzie coraz bardziej zapracowana, a za pi?? czy dziesi?? lat, kiedy umr? ze staro?ci, b?dzie mnie op?akiwa?... i nagle u?wiadomi sobie, ?e nie rozpacza nawet w po?owie tak bardzo, jak si? spodziewa?a. B?dzie ?y?a dalej, nie pami?taj?c o naszym ma??e?stwie. Nikt mnie nie zapami?ta, z wyj?tkiem mo?e kilku pism naukowych i bibliotek.
Jestem jak informacja zagubiona w tych zaniedbanych archiwach. Znikaj?ca po kawa?ku, niezauwa?enie, a? pozostaje tylko odrobina szumu w ludzkich wspomnieniach. A potem ju? nic. Pustka.
?a?osny g?upcze. Na d?u?sz? met? to samo czeka ka?dego. Nawet Hariego Seldona - pewnego dnia zostanie zapomniany, raczej wcze?niej ni? p?niej, je?li Chen dopnie swego. Wszyscy umieramy. Wszyscy znikamy w strumieniu czasu. Jedyne, co mo?e po nas przetrwa?, to nowy kszta?t, jaki nadali?my spo?eczno?ciom, w ktrych ?yli?my. S? rzeczy znane dzi?ki temu, ?e o nich powiedzia?em. I chocia? ludzie zapomn? o mnie, dalej b?d? je znali. Jak ta historia, ktr? opowiada?a Rinjy - nie pami?ta, je?li w ogle wiedzia?a, ?e to Deet by?a bibliotekark? w prawdziwej wersji. Ale sam? histori? pami?ta. Spo?eczno?? bibliotekarzy zmieni?a si?, poniewa? Deet znalaz?a si? mi?dzy nimi. Dzi?ki Deet stan? si? inne, troch? odwa?niejsze, troch? silniejsze. Pozostawi?a po sobie ?lad.
A potem znowu nast?pi? rozb?ysk intuicji, nag?e zrozumienie odpowiedzi na pytanie, ktre od dawna go dr?czy?o.
Ale w chwili, gdy Leyel u?wiadomi? sobie, ?e j? zna, odpowied? wy?lizn??a si?. Nie mg? jej sobie przypomnie?. ?pisz, powiedzia? sobie bezg?o?nie. ?ni?e? tylko, ?e zrozumia?e? pochodzenie ludzko?ci. Tak ju? jest w snach: prawda zawsze wydaje si? cudowna, ale nigdy nie mo?na jej utrzyma?.
- Jak to przyjmuje, Deet?
- Trudno powiedzie?. Chyba nie?le. Nigdy nie by? typem podr?nika.
- Daj spokj, to nie mo?e by? takie proste.
- Nie, nie jest.
- Opowiedz.
- Kwestie towarzyskie by?y naj?atwiejsze. I tak rzadko bywali?my, ale teraz przestali nas zaprasza?. Jeste?my politycznie niebezpieczni. A par? zaplanowanych spotka? zosta?o odwo?anych albo, hm, przesuni?tych. No wiesz, zadzwonimy, jak tylko ustalimy now? dat?.
- To mu nie przeszkadza?
- To akurat mu si? podoba. Nie znosi? takich spotka?. Ale odwo?ali jego odczyty. I seri? wyk?adw o ekologii ludzi.
- To cios.
- Udaje, ?e mu nie zale?y. Ale jest smutny.
- Mw dalej.
- Pracuje ca?y dzie?, ale ju? mi nie czyta, nie wo?a mnie do lektora, jak tylko wejd? do mieszkania. Nie wydaje mi si?, ?eby co? pisa?.
- Nic nie robi?
- Nie. Tylko czyta. To wszystko.
- Mo?e po prostu musi sko?czy? badania.
- Nie znasz Leyela. On my?li pisz?c. Albo mwi?c. A teraz nie robi ani tego, ani tego.
- Nie rozmawia z tob??
- Odpowiada. Kiedy prbuj? mwi? mu o bibliotece, odpowiada. .. Jak? Ponuro. Sm?tnie.
- Nie lubi twojej pracy?
- To niemo?liwe. Zawsze wykazywa? dla niej tyle entuzjazmu, co dla w?asnej. Ale o swojej te? nie chce rozmawia?. Pytam go, a on milczy.
- To mnie nie dziwi.
- Czyli wszystko w porz?dku?
- Nie. Po prostu mnie to nie dziwi.
- Ale co z nim jest? Mo?esz mi wyt?umaczy??
- A co ci z tego przyjdzie? To co?, co nazywamy SUT, Syndromem Utraty To?samo?ci. Jest identyczny z pasywnymi technikami reakcji na utrat? cz??ci cia?a.
- SUT... A na czym polega SUT?
- Deet, przecie? jeste? naukowcem. Czego si? spodziewasz? Opisa?a? mi zachowanie Leyela, ja mwi?, ?e to SUT, a ty chcesz wiedzie?, na czym SUT polega. Co mam zrobi??
- Opisa? mi zachowanie Leyela. Ale? ze mnie idiotka.
- Dobrze przynajmniej, ?e potrafisz si? ?mia?.
- Wiesz, czego mo?na si? dalej spodziewa??
- Ca?kowitego odsuni?cia od ciebie i wszystkich. W ko?cu stanie si? zupe?nie antyspo?eczny i zacznie atakowa?. Zrobi co? autodestrukcyjnego, na przyk?ad sprbuje publicznie wyg?asza? komentarze krytykuj?ce Chena i to b?dzie koniec.
-Nie!
- Mo?e te? zerwa? wszystkie dawne kontakty, uciec od ciebie i zrekonstruowa? si? w innym zbiorze spo?eczno?ci.
- I b?dzie szcz??liwy?
- Pewnie. Bezu?yteczny dla Drugiej Fundacji, ale szcz??liwy. To tak?e zmieni ci? w z?o?liw? wied?m?. To nie znaczy, oczywi?cie, ?e ju? ni? nie jeste?.
- Aha, uwa?asz, ?e tylko Leyel pozwala mi by? istot? ludzk??
- W?a?ciwie tak. Jest twoim zaworem bezpiecze?stwa.
- Ostatnio ju? nie.
- Wiem.
- Taka by?am okropna?
- Nic, czego by?my nie znios?y. Wiesz, Deet, je?li mamy kiedy? rz?dzi? ludzk? ras?, powinny?my chyba najpierw nauczy? si? by? dobre dla siebie.
- C?, ciesz? si?, ?e dzi?ki mnie mo?ecie doskonali? sztuk? cierpliwo?ci.
- I s?usznie. Jak dot?d ?wietnie nam idzie, prawda?
- Prosz?... Straszy?a? mnie tylko tymi prognozami, co? -Cz??ciowo. Wszystko, co powiedzia?am, jest prawd?. Ale wiesz
nie gorzej ode mnie, ?e jest tyle drg wyj?cia z syndromu B-B, ilu ludzi, ktrym on dokucza.
- Behawioralna przyczyna, behawioralny skutek? Czyli nie b?dzie zastrzyku hormonalnego?
- Deet... On nie wie, kim jest.
- Mog? mu pomc? - Tak.
- Ale jak? Co mam robi??
- Mog? tylko zgadywa?, bo przecie? z nim nie rozmawia?am.
- Oczywi?cie.
- Rzadko bywasz w domu.
- Nie mog? tam wytrzyma?, kiedy on stale si? martwi.
- ?wietnie. Zabierz go ze sob?.
- Nie pjdzie.
- Zmu? go.
- Prawie nie rozmawiamy. Nie wiem, czy w ogle mam na niego jaki? wp?yw.
- Deet, sama przecie? napisa?a?: Spo?eczno?ci, ktre niewiele albo niczego nie wymagaj? od swoich cz?onkw, nie mog? liczy? na ich lojalno??. Kiedy inne wielko?ci s? zbli?one, najbardziej lojalni s? cz?onkowie, ktrzy czuj? si? najbardziej potrzebni".
- Nauczy?a? si? tego na pami???
- Psychohistoria to przecie? psychologia populacji, ale populacje mo?na kwantyfikowa? jedynie jako spo?eczno?ci. Prace Seldona
o prawdopodobie?stwach statystycznych pozwala?y przewidywa? przysz?o?? na jedno czy dwa pokolenia... Dopki nie opublikowa?a? swoich teorii spo?eczno?ci. To dlatego, ?e statystyka nie umie sobie poradzi? z ?a?cuchami przyczynowo-skutkowymi. Mwi tylko, co si? dzieje, ale nie odkryje przyczyny ani rezultatu. W ci?gu pokolenia czy dwch obecne statystyki znikaj?, trac? znaczenie, mamy ca?kiem nowe populacje w nowych konfiguracjach. Twoje teorie da?y nam metod? przewidywania, ktre spo?eczno?ci przetrwaj?, ktre rozkwitn?, a ktre si? rozpadn?. Metod? spojrzenia w g??biny czasu
i przestrzeni.
- Hari nigdy mi nie powiedzia?, ?e jako? wykorzystuje teori? spo?eczno?ci.
- A jak mia? ci powiedzie?? Kroczy? po linie: publikowa? dosy?, ?eby zacz?li traktowa? psychohistori? powa?nie, ale nie tyle, ?eby ktokolwiek poza Drug? Fundacj? potrafi? kontynuowa? albo powtrzy? jego badania. Twoje prace by?y kluczem, ale nie mg? ci tego zdradzi?.
- Czy mwisz to, ?ebym poczu?a si? lepiej?
- Jasne. W?a?nie dlatego. Ale to tak?e prawda, poniewa? ok?amana nie czu?aby? si? lepiej. Statystyka to jak badanie przekroju pnia drzewa. Wiele ci powie o jego historii. Mo?esz odgadn??, czy drzewo jest zdrowe, jak? ma obj?to??, ile z tego w korzeniach, ile w konarach. Ale nie dowiesz si?, gdzie si? rozga??zia, ktre ga??zie stan? si? konarami, ktre pozostan? ga??zkami, ktre uschn?, odpadn? i zgin?.
- Ale przecie? nie mo?na kwantyfikowa? spo?eczno?ci, prawda? To tylko opowie?ci i rytua?y, ktre wi??? ludzi ze sob?...
- Zdziwi?aby? si?, wiedz?c, co potrafimy kwantyfikowa?. Jeste?my dobre w naszej pracy, Deet. Tak jak ty. Tak jak Leyel.
- Czy jego praca jest wa?na? Przecie? pochodzenie ludzi to tylko historyczny problem.
- Sama wiesz, ?e to nonsens. Leyel odrzuci? wszystkie kwestie historyczne i zaj?? si? naukowymi. Szuka cech, ktre odr?niaj? cz?owieka, tak jak go pojmujemy, od niecz?owieka. Je?li si? dowie... Nie rozumiesz, Deet? Rasa ludzka odtwarza si? na nowo przez ca?y czas, na ka?dej planecie, w ka?dej rodzinie, w ka?dym osobniku. Rodzimy si? zwierz?tami, a potem uczymy si?, jak by? lud?mi. Jako?. To wa?ne, ?eby?my zrozumieli jak. Wa?ne dla psychohistorii. Wa?ne dla Drugiej Fundacji. Wa?ne dla ludzkiej rasy.
- Czyli... nie jeste?cie tylko uprzejme wobec Leyela?
- Owszem, jeste?my. Rwnie?. Dobrzy ludzie s? uprzejmi.
- I to wszystko? Leyel jest po prostu cz?owiekiem, ktry ma k?opoty?
- Potrzebujemy go. Jest wa?ny nie tylko dla ciebie. Jest wa?ny dla nas.
- Och...
- Dlaczego p?aczesz?
- Ba?am si?... ?e jestem egoistk?... ?e tak si? o niego martwi?. I zajmuj? ci czas.
- Niesamowite... S?dzi?am, ?e nie mo?esz mnie niczym zaskoczy?.
- Nasze k?opoty byty tylko... naszymi k?opotami. Teraz ju? nie s?. - I to dla ciebie takie wa?ne? Powiedz mi, Deet: czy naprawd?
tak ci zale?y na tej spo?eczno?ci? - Tak.
- Bardziej ni? na Leyelu?
- Nie. Ale wystarczaj?co... ?ebym czu?a si? winna, ?e tak si? o niego martwi?.
- Wracaj do domu, Deet. Po prostu id? do domu. - Co?
- Tam wolisz teraz przebywa?. Wida? to po twoim zachowaniu od dwch miesi?cy, od ?mierci Hariego. By?a? z?o?liwa i zagniewana, a teraz zrozumia?am, dlaczego. Masz pretensje, ?e odrywamy ci? od Leyela.
- Nie, sama przecie? wybra?am. Ja...
- Oczywi?cie, ?e sama! To by?a twoja ofiara dla dobra Drugiej Fundacji. Wi?c teraz ci mwi?: uleczenie Leyela jest wa?niejsze dla planw Hariego ni? twoja codzienna praca tutaj.
- Nie usuwasz mnie chyba ze stanowiska?
- Nie. Prosz? tylko, ?eby? troch? zwolni?a. I wyci?gnij Leyela z domu. Rozumiesz? Za??daj tego! Zwi?? go znowu ze sob?, inaczej go stracimy.
- Gdzie go zabra??
- Nie wiem. Do teatru. Na zawody sportowe. Na ta?ce.
- Nie chodzimy tam.
- A co robicie?
- Badania. A potem o nich rozmawiamy.
- Dobrze. Przyprowad? go do biblioteki. Pracuj razem z nim. Rozmawiajcie o tym.
- Ale tutaj musi spotka? ludzi. A ju? na pewno ciebie.
- Dobrze. Dobrze. To mi si? podoba. Tak, niech przyjdzie koniecznie.
- My?la?am, ?e Druga Fundacja ma by? dla niego tajemnic?, dopki nie b?dzie gotw, ?eby w niej uczestniczy?.
- Nie powiedzia?am, ?e masz mnie przedstawi? jako Pierwszego Mwc?.
- Nie, rzeczywi?cie nie. O czym ja my?l?? Oczywi?cie, ?e mo?e ci? spotka?. Mo?e spotka? wszystkich.
- Deet, pos?uchaj mnie.
- Tak, s?ucham.
- To dobrze, ?e go kochasz, Deet. -Wiem.
- Dobrze, ?e kochasz go bardziej ni? nas. Bardziej ni? ktr?kolwiek z nas. Bardziej ni? nas wszystkie. I znowu p?aczesz...
- To taka... - Ulga.
- W jaki sposb tak dobrze mnie rozumiesz?
- Wiem tyle, ile mi okazujesz, co mi mwisz. Tyle tylko mo?emy wiedzie? o innych. Pomaga, ?e nikt nie potrafi zbyt d?ugo k?ama? w kwestii tego, kim jest naprawd?. Nawet sobie samemu.
Przez dwa miesi?ce Leyel studiowa? prac? Magolissian, prbuj?c znale?? jakie? powi?zania mi?dzy badaniami j?zyka a pochodzeniem cz?owieka. Oczywi?cie, wymaga?o to tygodni brodzenia w starych, bezu?ytecznych pracach o punkcie pocz?tku, ktre raz po raz wykazywa?y, ?e w ca?ej historii Imperium w?a?nie Trantor by? punktem ogniskuj?cym zmian j?zykowych, chocia? nikt na powa?nie nie sugerowa?, ?e jest planet? pocz?tku. Leyel jednak zaniecha? poszukiwa? konkretnej planety. Zale?a?o mu na regularno?ciach, nie zdarzeniach wyj?tkowych.
Mia? nadziej?, ?e znajdzie wskazwk? w stosunkowo ?wie?ej pracy - zaledwie sprzed dwch tysi?cy lat - Dagawella Kispitoriana. Kispitorian pochodzi? z najbardziej odizolowanej cz??ci planety zwanej Artashat, gdzie przetrwa?y opowie?ci o tym, jakoby oryginalni osadnicy przybyli ze ?wiata o nazwie Armenia, obecnie nie istniej?cego na mapach. Kispitorian dorasta? w?rd grali, ktrzy twierdzili, ?e dawno temu mwili ca?kiem innym j?zykiem. Tytu? najciekawszej jego ksi??ki brzmia? ?aden cz?owiek nas nie rozumia?; wiele ba?ni tego ludu rozpoczyna si? od zdania Dawno temu, kiedy ?aden cz?owiek nas nie rozumia?..."
Kispitorian nigdy nie zapomnia? o swych tradycjach i wychowaniu; kiedy studiowa? dziedzin? formowania i ewolucji dialektw, ci?gle natrafia? na fakty ?wiadcz?ce, ?e kiedy? rasa ludzka mwi?a nie jednym, ale wieloma j?zykami. Zawsze uznawano za bezdyskusyjne, ?e standardowy galaktyczny jest wsp?czesn? wersj? j?zyka planety pocz?tku, ?e chocia? pewne grupy mog?y rozwin?? w?asne dialekty, to jednak cywilizacja nie by?aby mo?liwa bez wzajemnie zrozumia?ej mowy. Kispitorian zacz?? podejrzewa?, ?e standardowy galaktyczny sta? si? uniwersalnym j?zykiem ludzi dopiero po stworzeniu Imperium - ?e w istocie jednym z pierwszych dzie? Imperium by?o zduszenie wszelkich innych wsp?zawodnicz?cych j?zykw. Grale z Artashatu wierzyli, ?e ukradziono im mow?. Kispitorian po?wi?ci? ?ycie na wykazanie, ?e maj? racj?.
Najpierw zaj?? si? imionami, od dawna uznawanymi za najbardziej konserwatywn? cz??? j?zyka. Odkry?, ?e istnieje wiele roz??cznych tradycji nadawania imion i dopiero w roku 6000 IG zla?y si? w jeden oglnoimperialny strumie?. Co ciekawe, im dalej w czasie si? cofa?, tym wi?ksz? odkrywa? z?o?ono??.
Poniewa? pewne ?wiaty dzieli?y wsplne tradycje, najprostszym wyja?nieniem by?a jego pierwsza hipoteza: ludzie opu?cili ojczyst? planet? ze wsplnym j?zykiem, ale normalne zjawiska separacji sprawi?y, ?e ka?dy ?wiat rozwija? w?asne jego odga??zienie, a? wreszcie liczne dialekty sta?y si? wzajemnie niezrozumia?e. R?ne j?zyki powsta?y zatem dopiero wtedy, kiedy ludzko?? wyruszy?a w kosmos. Dlatego te? Imperium Galaktyczne okaza?o si? niezb?dne, by przywrci? pierwotn? wsplnot? ludzkiej rasy.
Kispitorian zatytu?owa? swoj? pierwsz?, najg?o?niejsz? ksi??k? Wie?a pomieszania, wykorzystuj?c dla ilustracji powszechnie znan? legend? o Wie?y Be?kotu. Podejrzewa?, ?e historia mia?a swoje ?rd?o w okresie preimperialnym i powsta?a prawdopodobnie w?rd kupcw w?druj?cych od planety do planety; musieli jako? radzi? sobie z faktem, ?e ?adne dwa ?wiaty nie u?ywaj? tego samego j?zyka. Legenda mia?aby ?wiadczy?, ?e kiedy ludzko?? ?y?a jeszcze na jednej planecie, wszyscy mwili tak samo. J?zykowy chaos t?umaczy?a histori? o wielkim przywdcy, ktry zbudowa? pierwsz? wie??", czyli kosmolot, by wynie?? ludzko?? do nieba. Wed?ug legendy, Bg" ukara? zarozumia?ych ludzi, mieszaj?c im j?zyki, co zmusi?o ich do rozproszenia si? w kosmosie. Historia przedstawia?a j?zykowe pomieszanie jako przyczyn?, nie skutek kolonizacji planet, ale takie odwrcenie by?o cz?sto spotykan? cech? mitu. Legenda wyra?nie przedstawia?a fakt historyczny.
Do tego miejsca teorie Kispitoriana by?y w pe?ni akceptowalne dla wi?kszo?ci naukowcw. Jednak po czterdziestce uczony zacz?? wykonywa? ryzykowne posuni?cia. Wykorzystuj?c kontrowersyjne algorytmy na kalkulatorach o podejrzanie du?ej mocy obliczeniowej, zabra? si? do rozrywania na cz??ci samego standardowego galaktycznego. Wykaza?, ?e wiele s?w zdradza ca?kowicie roz??czne tradycje fonetyczne, niezgodne z g?wnym nurtem j?zyka. Nie mog?y rozs?dnie wyewoluowa? w ramach populacji mwi?cej albo standardowym, albo podstawowym j?zykiem przodkw. Co wi?cej, istnia?y s?owa o wyra?nie powi?zanych znaczeniach, ktre musia?y kiedy? r?nicowa? si? zgodnie z typowymi wzorcami lingwistycznymi, po czym zosta?y zespolone p?niej, z innymi znaczeniami lub podtekstami. Ale skala czasowa wynikaj?ca z zakresu zmian by?a zbyt wielka, by mie?ci?a si? w okresie mi?dzy pierwszymi ludzkimi osadami w kosmosie a powstaniem Imperium. Najwyra?niej, jak twierdzi? Kispitorian, ju? na planecie pocz?tkowej istnia?y liczne j?zyki. Standardowy galaktyczny by? zatem pierwszym uniwersalnym j?zykiem ludzko?ci. W ca?ej historii istnia?y r?nice j?zykowe; dopiero Imperium mia?o do?? si?y, by je zunifikowa?.
W wyniku tego Kispitoriana uznano oczywi?cie za g?upca. Jego w?asn? interpretacj? Wie?y Be?kotu wykorzystano przeciw niemu, jak gdyby ciekawa ilustracja tezy sta?a si? nagle zasadniczym argumentem. O w?os unikn?? egzekucji jako separatysta, poniewa? w jego pracach pojawia? si? wyra?nie wyczuwamy ton ?alu za j?zykowym zr?nicowaniem. Imperium zdo?a?o pozbawi? go funduszy i na pewien czas umie?ci? w wi?zieniu, poniewa? u?ywa? kalkulatora o nielegalnie du?ej pami?ci i mocy obliczeniowej. Leyel przypuszcza?, ?e Kispitorianowi i tak si? uda?o - przy pracy nad j?zykiem mg? rwnie dobrze zbudowa? kalkulator tak inteligentny, ?e rozumia?by i u?ywa? ludzkiej mowy, a to oznacza?o albo kar? ?mierci, albo lincz.
Teraz to niewa?ne. Kispitorian do ko?ca utrzymywa?, ?e jego prace s? czysto naukowe, ?e nie ocenia, czy j?zykowa unifikacja Imperium jest Dobra, czy Z?a. Po prostu informuje, ?e naturalnym stanem ludzko?ci jest u?ywanie wielu j?zykw.
A Leyel wierzy?, ?e mia? racj?.
Przeczucie podpowiada?o mu, ?e ??cz?c badania j?zykowe Kispitoriana z prac? Mangolissian o naczelnych u?ywaj?cych j?zyka, mo?e dostrzec co? wa?nego. Ale jaki jest zwi?zek mi?dzy nimi? Naczelne nigdy nie wytworzy?y w?asnych j?zykw - uczy?y si? tylko rzeczownikw i czasownikw, pokazywanych im przez ludzi. Nie mog?y wi?c osi?gn?? zr?nicowania j?zykowego. Jaki mo?e by? zwi?zek? Dlaczego w ogle j?zyki si? r?ni?y? Czy ma to co? wsplnego z powodem, dla ktrego ludzie stali si? lud?mi?
Naczelne wykorzystywa?y tylko niewielki podzbir standardowego. Podobnie zreszt? wi?kszo?? ludzi. Du?a cz??? dwch milionw s?w w standardowym by?a wykorzystywana przez grup? profesjonalistw, ktrzy ich potrzebowali. S?ownik przeci?tnego mieszka?ca Galaktyki sk?ada? si? z kilku tysi?cy s?w.
Dziwne, ale w?a?nie ten niewielki podzbir j?zyka by? najbardziej podatny na zmiany. Bardzo specjalistyczne prace naukowe czy techniczne, wydane w roku 2000 IG, wci?? by?y ?atwo czytelne. Pe?ne slangu i kolokwializmw teksty literackie, zw?aszcza dialogi, po pi?ciuset latach stawa?y si? niemal zupe?nie niezrozumia?e. J?zyk wsplny dla r?nych spo?eczno?ci zmienia? si? najwyra?niej. Ale w skali czasowej g?wny nurt j?zyka zmienia? si? wsz?dzie rwnocze?nie. R?norodno?? j?zykowa nie mia?a zatem sensu. J?zyk by? najbardziej zmienny, kiedy by? najbardziej zunifikowany. Zatem, kiedy ludzie byli podzieleni, j?zyk powinien pozostawa? bez zmian.
Mniejsza z tym, Leyelu. To nie twoja dyscyplina. Ka?dy kompetentny lingwista zna pewnie rozwi?zanie tego problemu.
Ale wiedzia?, ?e to nieprawda. Ludzie zajmuj?cy si? dan? dyscyplin? rzadko kwestionowali aksjomaty swej profesji. Lingwi?ci uznawali za oczywiste, ?e j?zyki populacji izolowanych s? zawsze bardziej archaiczne, mniej podatne na zmian?. Czy rozumiej?, dlaczego tak si? dzieje?
Leyel wsta? z fotela. Oczy mia? zm?czone od wpatrywania si? w ekran. Kolana i grzbiet bola?y od pozostawania d?ugo w tej samej pozycji. Mia? ochot?, si? po?o?y?, ale wiedzia?, ?e je?li to zrobi, za?nie. Przekle?stwo staro?ci: tak ?atwo zasypia?, ale nigdy nie spa? wystarczaj?co d?ugo, ?eby czu? si? wypocz?tym. Teraz jednak nie chcia? spa?. Chcia? my?le?.
Nie, to nie to. Chcia? porozmawia?. W ten sposb przychodzi?y mu do g?owy najlepsze, najwyra?niejsze idee - w trakcie rozmowy, kiedy kto? inny kwestionowa? jego argumenty i zmusza? do my?lenia, do znajdowania zwi?zkw, tworzenia wyja?nie?. W starciu z inn? osob? adrenalina p?yn??a mu w ?y?ach, mzg dokonywa? skojarze?, w innej sytuacji nieosi?galnych.
Gdzie jest Deet? W dawnych latach mwi?by o tym z Deet przez ca?y dzie?. Przez tydzie?. Zna?aby stan jego bada? nie gorzej od niego i powtarza?aby bez przerwy Czy o tym pomy?la?e??" albo Sk?d ci co? takiego przysz?o do g?owy?" A on tak samo atakowa?by jej prac?. Za dawniejszych czasw.
Ale to ju? by?y inne czasy. Deet go nie potrzebowa?a, mia?a swoich przyjaci? w bibliotece. Prawdopodobnie nic w tym z?ego. W ko?cu teraz nie my?la?a, sprawdza?a tylko w praktyce dawne przemy?lenia. Potrzebowa?a tych kobiet, nie jego. Ale sama by?a mu wci?? potrzebna. Czy w ogle o tym pami?ta?a? Rwnie dobrze mog?em lecie? na Terminusa - niech licho porwie Hariego, ktry mi zabroni?. Zosta?em dla Deet, a i tak jej nie ma, kiedy jest mi potrzebna. Jak Hari ?mia? decydowa?, co jest dobre dla Leyela Forski?
Ale Hari przecie? nie zdecydowa?. Pozwoli?by Leyelowi lecie? - bez Deet. A Leyel nie po to zosta? z Deet, ?eby pomaga?a mu w pracy. Zosta?, poniewa?... poniewa?...
Nie mg? sobie przypomnie?. Z mi?o?ci, oczywi?cie, ale nie rozumia?, dlaczego by?a dla niego taka wa?na. Dla Deet, jak wida?, nie by?a. Ostatnio jej wyobra?enie o mi?o?ci sprowadza?o si? do nalegania, ?eby przyszed? do biblioteki. Mo?esz tam prowadzi? swoje badania. D?u?ej byliby?my razem w ci?gu dnia".
Przekaz by? jasny: tylko w jeden sposb Leyel mg? pozosta? cz??ci? ?ycia Deet - staj?c si? elementem jej nowej rodziny" w bibliotece. Ale Deet mo?e sobie to wybi? z g?owy. Je?li woli zaton?? w tym labiryncie, prosz? bardzo. Je?li chce go porzuci? dla bandy... bandy indekserw i katalogistw, ?wietnie. ?wietnie.
Nie. Wcale nie ?wietnie. Chcia? z ni? rozmawia?. Natychmiast, w tej chwili, musia? jej opowiedzie?, co wymy?li?, wys?ucha? jej sprzeciww, dyskutowa? z ni?, a? dzi?ki niej odkryje nowe odpowiedzi. Wiele odpowiedzi. Potrzebowa? jej, by zobaczy?a to, czego sam nie dostrzega. Potrzebowa? o wiele bardziej ni? one...
Maszerowa? ju? w t?umie bulwarem Mas?o, nim sobie u?wiadomi?, ?e pierwszy raz od ?mierci Hariego opu?ci? najbli?sze s?siedztwo mieszkania. Po raz pierwszy od miesi?cy zmierza? do jakiego? celu.
Po to w?a?nie wyszed?em. Musz? zmieni? sceneri?, odzyska? poczucie celu. Tylko z tego powodu id? do biblioteki. Wszystkie emocjonalne bzdury w domu by?y tylko pod?wiadom? strategi?, zmuszaj?c? mnie znowu do wyj?cia mi?dzy ludzi. Zanim dotar? na miejsce, humor mu si? poprawi?. Wiele razy w przesz?o?ci odwiedza? Imperialn? Bibliotek?, ale zawsze bywa? tu na przyj?ciach albo przy innych oficjalnych okazjach. Mia? w?asnego lektora wysokiej pojemno?ci, mg? wi?c si?gn?? po kablu do wszystkich rejestrw biblioteki. Inni: studenci, profesorowie z pomniejszych szk?, przypadkowi czytelnicy - musieli tu przychodzi?, ?eby czyta?. Ale dzi?ki temu znali rozk?ad budynku. Leyel nie mia? poj?cia, gdzie znajduje si? cokolwiek poza g?wn? sal? wyk?adow? i pokojami przyj??.
Po raz pierwszy w ?yciu zauwa?y?, jak ogromna jest Biblioteka Imperialna. Deet wiele razy wymienia?a wa?niejsze liczby: obs?uga licz?ca pi?? tysi?cy osb, w tym maszynistw, stolarzy, kucharzy, ochron?... Praktycznie rzecz bior?c, zamkni?te miasteczko... ale to oznacza, ?e wielu z tych ludzi nigdy si? nie spotka?o. Nie mo?na zna? po imieniu pi?ciu tysi?cy osb. A on nie mo?e zwyczajnie podej?? i spyta? o Deet. W ktrym dziale pracowa?a? Zmienia?a je cz?sto i przemieszcza?a si? w biurokratycznej strukturze.
Wok? widzia? tylko go?ci - ludzi przed lektorami, ludzi przy katalogach, nawet ludzi czytaj?cych ksi??ki i magazyny wydrukowane na papierze. Gdzie s? bibliotekarze? Kilka osb w przej?ciach mi?dzy stolikami okaza?o si? wolontariuszami, pokazuj?cymi przybyszom, jak u?ywa? lektorw i katalogw. O personelu biblioteki wiedzieli nie wi?cej od niego.
Wreszcie znalaz? sal? pe?n? bibliotekarzy przy kalkulatorach. Kobiety przygotowywa?y codzienny raport wykorzystania i obiegu zbiorw. Kiedy sprbowa? odezwa? si? do jednej z nich, machn??a tylko r?k?. Z pocz?tku my?la?, ?e ka?e mu i?? sobie, ale zobaczy?, ?e jej r?ka zawis?a w powietrzu z palcem wskazuj?cym frontow? cz??? sali. Leyel ruszy? w stron? ustawionego na podwy?szeniu biurka, gdzie t?ga, senna kobieta w ?rednim wieku leniwie przegl?da?a d?ugie kolumny liczb, w wojskowym porz?dku stoj?ce przed ni? w powietrzu.
- Przepraszam, ?e przerywam - zacz?? cichym g?osem. Podpiera?a d?oni? brod? i nawet na niego nie spojrza?a. Odpowiedzia?a jednak.
- Modl? si? o przerw?.
Dopiero wtedy zauwa?y?, ?e oczy mia?a otoczone siatk? zmarszczek od ?miechu, ?e nawet przy oboj?tnej minie k?ciki ust wygina?y si? w gr? w lekkim u?miechu.
- Szukam kogo?. W?a?ciwie mojej ?ony. Deet Forska. U?miechn??a si? szerzej.
- Wi?c jest pan ukochanym Leyelem...
By?y to s?owa absurdalne w ustach obcej kobiety, ale ucieszy? si?, ?e Deet o nim opowiada?a. Oczywi?cie, wszyscy pewnie wiedzieli, ?e m??em Deet jest s?ynny Leyel Forska. Ale ta kobieta powiedzia?a to inaczej. Nie Leyel Forska, osobisto??. Nie, tutaj znany by? jako ukochany Leyel". Je?li nawet ta kobieta chcia?a z niego za?artowa?, Deet musia?a jednak zdradzi?, ?e ?ywi do niego jakie? uczucia. Nie zdo?a? powstrzyma? u?miechu - ulgi. Nie zdawa? sobie sprawy, ?e tak bardzo obawia si? straci? jej mi?o??. A teraz mia? ch?? si? roze?mia?, podskoczy?, zata?czy? z rado?ci.
- Tak s?dz? - potwierdzi?.
- Jestem Zay Wax. Deet musia?a o mnie wspomina?. Codziennie jemy razem lunch.
Nie wspomina?a. Je?li si? zastanowi?, to w ogle nie mwi?a o nikim z biblioteki. Codziennie jad?y razem lunch, a Leyel nic o tym nie wiedzia?.
- Tak, oczywi?cie - powiedzia?. - Mi?o mi pani? pozna?.
- A ja z ulg? stwierdzam, ?e stopami jednak dotyka pan ziemi.
- Od czasu do czasu.
- Deet pracuje ostatnio w Indeksach. - Zay wyczy?ci?a ekran.
- Czy to na Trantorze?
Za?mia?a si?. Wpisa?a kilka instrukcji i na ekranie pojawi?a si? mapa kompleksu biblioteki. By? to z?o?ony labirynt sal i korytarzy, prawie niemo?liwy do zapami?tania.
- To pokazuje tylko nasze skrzyd?o g?wnego budynku. Indeksy s? na tych czterech pi?trach.
Cztery warstwy po?rodku zmieni?y kolor na ja?niejszy. - A jeste?my tutaj.
Ma?a salka na parterze zaja?nia?a biel?. Oceniaj?c pl?tanin? drg mi?dzy dwoma jasnymi cz??ciami mapy, Leyel parskn?? ?miechem.
- Czy mo?e pani po prostu da? mi bilet, ?eby mnie doprowadzi??
- Nasze bilety prowadz? tylko do miejsc, gdzie wolno wchodzi? go?ciom. Ale to nietrudne, lordzie Forska. Jest pan przecie? geniuszem, prawda?
- Ale nie w wewn?trznej topografii budynkw. Cokolwiek by Deet o mnie opowiada?a.
- Prosz? wyj?? tymi drzwiami i prosto korytarzem do wind. Nie mo?na ich nie zauwa?y?. Wind? na pi?tnaste, potem dalej, jakby pan wci?? szed? tym samym korytarzem. Po jakim? czasie trafi pan pod ?uk z napisem Indeksy". Wtedy trzeba nabra? tchu i krzykn?? Deet!". Jak najg?o?niej. Powtrzy pan to kilka razy, a wtedy albo ona przyjdzie, albo zjawi si? ochrona i pana aresztuje.
- To w?a?nie zamierza?em zrobi?, gdybym nie znalaz? kogo?, kto mnie zaprowadzi.
- Mia?am nadziej?, ?e mnie pan poprosi. - Zay wsta?a i odezwa?a si? g?o?no do pracuj?cych kobiet. - Kot wychodzi. Myszy mog?
poharcowa?.
- Najwy?szy czas - mrukn??a jedna z nich. Roze?mia?y si?, ale
pracowa?y dalej.
- Prosz? za mn?, lordzie Forska. - Prosz? mi mwi?: Leyelu.
- Podrywacz z ciebie. - Kiedy wsta?a, wyda?a si? jeszcze ni?sza i grubsza ni? na siedz?co. - Chod?my.
Po drodze rozmawiali weso?o o niczym konkretnym. W windzie, nim uderzy?o odpychanie grawitacyjne, zaczepili stopy o relingi. Leyel przyzwyczai? si? do niewa?ko?ci przez lata korzystania z wind na Trantorze. Ale Zay pozwoli?a r?kom pop?yn?? w powietrzu i westchn??a g?o?no.
- Uwielbiam je?dzi? windami - powiedzia?a.
Leyel u?wiadomi? sobie, ?e niewa?ko?? musi by? wielk? ulg? dla kogo?, kto nosi tyle zb?dnych kilogramw. Kiedy dojechali do celu, Zay zachwia?a si? teatralnie, jakby pod wielkim ci??arem.
- Niebo wyobra?am sobie jako wieczne ?ycie w polu odpychaj?cym.
- Przecie? mo?esz sobie odpychanie grawitacyjne zainstalowa?, w mieszkaniu. Je?li tylko mieszkasz na najwy?szym poziomie.
- Mo?e ciebie na to sta? - odpar?a. - Ale ja utrzymuj? si? z pensji bibliotekarki.
Leyel zesztywnia?. Stara? si? nigdy nie przechwala? swoim bogactwem, ale rzadko rozmawia? d?u?ej z lud?mi, ktrych nie sta? na odpychanie grawitacyjne.
- Przepraszam - powiedzia?. - Ostatnio ja te? bym chyba nie mg? sobie na to pozwoli?.
- Owszem. S?ysza?am, ?e przepu?ci?e? maj?tek na wystawny pogrzeb.
Zdziwiony, ?e mwi o tym tak otwarcie, sprbowa? odpowiedzie? tym samym ?artobliwym tonem.
- Chyba rzeczywi?cie mo?na to tak okre?li?.
- Moim zdaniem warto by?o - stwierdzi?a. Spojrza?a na niego chytrze. - Zna?am Hariego, wiesz? Jego strata wi?cej kosztowa?a ludzko??, ni? gdyby s?o?ce Trantora przesz?o w now?.
- Mo?liwe - przyzna? Leyel.
Rozmowa wymyka?a si? spod kontroli. Trzeba zachowa? ostro?no??.
- Och, nie martw si?. Nie wypaplam bezpiecznym. A oto i Z?ota Brama Indeksw, Krainy Subtelnych Skojarze? Konceptualnych.
Przeszli pod ?ukiem i Leyel mia? wra?enie, ?e znale?li si? w ca?kiem innym budynku. Wystrj i urz?dzenie si? nie zmieni?y: ta sama l?ni?ca tkanina na ?cianach, pod?oga i sufit z tego samego g?adkiego, d?wi?koch?onnego plastiku, po?yskuj?cego lekko w bladym ?wietle. Ale znikn??y wszelkie pozory symetrii. Sufit zwisa? na r?nych, jakby przypadkowych wysoko?ciach, po lewej i prawej stronie Leyel widzia? drzwi, przej?cia, schody i rampy, nisze i wielkie sale z kolumnami, rega?ami pe?nymi ksi??ek i dzie?ami sztuki otaczaj?cymi stoliki, przy ktrych indekserki pracowa?y z kilkoma lektorami i skryptorami rwnocze?nie.
- Forma odpowiada funkcji - wyja?ni?a Zay.
- Obawiam si?, ?e wyci?gam szyj? niczym kto?, kto pierwszy raz przyby? na Trantora.
- To niezwyk?e miejsce. Ale architekt by?a crk? indeksera i wiedzia?a, ?e standardowe, uporz?dkowane, symetryczne wn?trza s? wrogiem swobodnych skojarze?. Genialnym poci?gni?ciem, ale obawiam si?, ?e rwnie? najbardziej kosztownym, by? pomys?, by codziennie zmienia? uk?ad pomieszcze?.
- To znaczy, ?e pokoje si? przesuwaj??
- Zgodnie z zestawem stochastycznych procedur w g?wnym kalkulatorze. S? pewne zasady, ale program nie boi si? marnowania miejsca. Niekiedy zmienia tylko jeden pokj i przenosi go w ca?kiem inne
miejsce w dziale indeksacji. Kiedy indziej zmienia si? wszystko. Wcale nie ?artowa?am, mwi?c, ?e powiniene? tu wej?? i krzykn??.
- Ale... Przecie? indekserzy przez p? dnia szukaj? swoich stanowisk. ..
- Wcale nie. Ka?da z nich mo?e pracowa? z dowolnego miejsca.
- Aha. Czyli po prostu wywo?uj? prac?, ktr? przerwa?y poprzedniego dnia?
- Nie. Podejmuj? prac?, ktr? znajduj? na stanowisku, jakie sobie akurat wybra?y.
- Chaos - oceni? Leyel.
- W?a?nie. A jak my?lisz, w jaki sposb powstaje dobry hiperindeks? Je?li tylko jedna osoba indeksuje ksi??k?, to jedynymi skojarzeniami s? te, ktre zna sama. Tutaj ka?dy z indekserw przegl?da tylko, co zrobi? dzie? wcze?niej jego poprzednik. Oczywi?cie, doda jakie? nowe po??czenia, o ktrych tamten nie pomy?la?. Otoczenie, styl pracy, wszystko tu zosta?o zaprojektowane, by prze?ama? my?lowe nawyki i sprawi?, ?e miejsce wyda si? zaskakuj?ce i nowe.
- ?eby wyprowadza? z rwnowagi.
- W?a?nie. Umys? szybciej pracuje, kiedy biegnie si? skrajem przepa?ci.
- Zgodnie z t? teori?, wszyscy akrobaci powinni by? geniuszami.
- Nonsens. Praca akrobaty polega na perfekcyjnym opanowaniu pewnych ruchw, tak ?eby nigdy nie traci? rwnowagi. Akrobata, ktry improwizuje, nie po?yje d?ugo. Ale kiedy indekser traci rwnowag?, trafia na cudowne odkrycia. W?a?nie dlatego indeksy Biblioteki Imperialnej s? jedynymi wartymi czytania. Zaskakuj? i zadziwiaj?. Wszystkie inne to po prostu... spisy biurowe.
- Deet nigdy mi o tym nie wspomina?a.
- Indekserzy rzadko mwi? o swojej pracy. Zreszt? tak naprawd? nie da si? tego wyt?umaczy?.
- Od jak dawna Deet tu pracuje?
- Nied?ugo, Wci?? jest nowicjuszk?. Ale s?ysza?am, ?e jest dobra, nawet bardzo dobra.
- A gdzie j? znajdziemy?
Zay u?miechn??a si? szeroko. Po czym nabra?a tchu i wrzasn??a: -Deet!
Zdawa?o si?, ?e labirynt pomieszcze? natychmiast wch?on?? d?wi?k. Nikt nie odpowiedzia?.
- Chyba nigdzie w pobli?u - stwierdzi?a Zay. - Musimy wej?? troch? g??biej.
- A nie mo?emy zwyczajnie kogo? zapyta??
- A sk?d ten kto? ma wiedzie??
Po dwch kolejnych pi?trach i trzech krzykach odpowiedzia?o im ciche wo?anie:
- Tutaj!
Poszli za nim. Deet odzywa?a si? regularnie, wi?c bez wi?kszego trudu pod??ali w?a?ciw? drog?.
- Dosta?am dzi? pokj kwiatw, Zay! Fio?ki! Przechodz?ce w pobli?u indekserki podnios?y g?owy. Niektre
zmarszczy?y czo?a, inne u?miechn??y si? ?yczliwie.
- Czy to im nie przeszkadza? Takie wrzaski? - zdziwi? si? Leyel.
- Indekserzy tego potrzebuj?. Zak?cenie przerywa ci?g my?li. Potem musz? jeszcze raz przemy?le? to, co robili.
Deet, ju? blisko, zawo?a?a znowu.
- Zapach jest osza?amiaj?cy. Wyobra? sobie, ten sam pokj drugi raz w miesi?cu!
- Czy indekserzy cz?sto trafiaj? do szpitala? - zapyta? cicho Leyel.
- Z jakiego powodu?
- Stresu.
- W tej pracy nie ma stresw - zapewni?a go Zay. - Tylko zabawa. Trafiamy tu w nagrod? za dobr? prac? w innych dzia?ach.
- Rozumiem. To miejsce, gdzie bibliotekarze mog? wreszcie czyta? ksi??ki ze swojej biblioteki.
- Wszystkie wybra?y?my t? prac?, poniewa? kochamy ksi??ki dla nich samych. Nawet te stare, niewygodne i nietrwa?e, na papierze. Indeksacja to jak... jak pisanie na marginesach.
Sam pomys? by? niezwyk?y.
- Pisanie w cudzej ksi??ce?
- Robiono to zawsze, Leyelu. Jak mo?esz podj?? dialog z autorem, nie wypisuj?c na marginesie swoich odpowiedzi i argumentw? No, jeste?my. - Zay pierwsza przesz?a pod niskim ?ukiem i po kilku stopniach w d?.
- S?ysza?am jaki? m?ski g?os, Zay - powita?a j? Deet.
- Mj - odezwa? si? Leyel.
Wyszed? zza zakr?tu i zobaczy? j?. Po tak d?ugim oczekiwaniu na spotkanie, przez jedn? chwil? mia? uczucie, ?e jej nie rozpoznaje. Biblioteka losowo zmienia?a tak?e bibliotekarzy, nie tylko pokoje, i teraz trafi? do kobiety, ktra tylko z wygl?du przypomina?a jego ?on?; b?dzie musia? poznawa? j? od pocz?tku.
- Tak my?la?am - stwierdzi?a Deet.
Wsta?a i obj??a go. Nawet to go zaskoczy?o, cho? przecie? zwykle obejmowa?a go na powitanie. To tylko otoczenie jest inne, t?umaczy? sobie. Jestem zak?opotany, poniewa? zwykle wita mnie tak w domu, w znajomym miejscu. I zwykle to Deet przychodzi, nie ja.
A mo?e jednak jej gest mia? wi?cej ciep?a? Jak gdyby tutaj kocha?a go bardziej ni? w domu. Albo jakby ta nowa Deet by?a po prostu cieplejsz?, swobodniejsz? osob?.
My?la?em, ?e jest swobodna przy mnie, pomy?la?. Czu? si? niepewny, troch? zak?opotany.
- Gdybym wiedzia?, ?e moja wizyta spowoduje tyle k?opotw... - zacz??.
Dlaczego w?a?ciwie koniecznie chcia? przeprasza??
- Jakich k?opotw? - zdziwi?a si? Zay.
- Krzyki. Przerwy w pracy.
- S?yszysz go, Deet? Uwa?a, ?e ?wiat si? zatrzyma? z powodu kilku krzykw.
Z oddali dobieg?o wo?anie m??czyzny, wykrzykuj?cego czyje? imi?.
- To normalne - wyja?ni?a Zay. - A teraz musz? wraca?. Jakie? ksi???tko z Mahoganny pewnie si? ju? d?sa, bo nie udzieli?am mu jeszcze dost?pu do imperialnych ksi?g finansowych.
- Mi?o by?o ci? spotka? - zapewni? j? Leyel.
- ?ycz? szcz??cia w drodze powrotnej - doda?a Deet.
- Tym razem nie b?dzie problemw - zapewni?a j? Zay. Zatrzyma?a si? jeszcze w drzwiach, nie ?eby co? powiedzie?, ale by przesun?? metaliczn? p?ytk? wzd?u? prawie niezauwa?alnej szczeliny w futrynie, powy?ej poziomu oczu. Obejrza?a si?, mrugn??a do Deet i znikn??a.
Leyel nie spyta?, co zrobi?a - gdyby to by?a jego sprawa, sama by wyja?ni?a. Podejrzewa?, ?e Zay wy??czy?a albo w??czy?a system zapisu. Niepewny, czy nie s? pods?uchiwani, przez chwil? rozgl?da? si? tylko. Pokj Deet rzeczywi?cie wype?nia?y fio?ki, prawdziwe fio?ki, wyrastaj?ce ze szczelin i otworw w pod?odze i ?cianach. Zapach by? wyra?ny, ale nie bardzo mocny.
- Dlaczego taki pokj?
- Dla mnie. Przynajmniej dzisiaj. Tak si? ciesz?, ?e przyszed?e?.
- Nie opowiada?a? mi o tym.
- Nie wiedzia?am, dopki nie przenie?li mnie do tego dziani. Nikt nie opowiada o Indeksacji. Nigdy nie mwimy obcym. Architekt zmar?a trzy tysi?ce lat temu. Tylko nasi mechanicy rozumiej?, jak to dzia?a. To jak...
- Kraina Czarw.
- W?a?nie.
- Miejsce, gdzie wszystkie prawa wszech?wiata ulegaj? zawieszeniu.
- Nie wszystkie. Pozostaje stara, dobra grawitacja. Bezw?adno??... Takie rzeczy.
- Pasuje do ciebie to miejsce, Deet. Ten pokj.
- Wi?kszo?? pracuje latami, nie trafiaj?c do pokoju kwiatw. Zreszt? nie zawsze rosn? tu fio?ki. Czasami pn?ce r?e albo mirt. Podobno istnieje kilkana?cie kwiatowych pokojw, ale nigdy nie jest dost?pny wi?cej ni? jeden. A ja oba razy trafi?am na fio?ki.
Leyel nie mg? si? powstrzyma? i wybuchn?? ?miechem. To by?o ?mieszne. To by?o cudowne. Czy mia?o jaki? zwi?zek z bibliotek?? Ale to wspaniale, ukry? co? podobnego w tak pos?pnym budynku.
Usiad? w fotelu. Fio?ki wyrasta?y z oparcia i ?askota?y go w kark.
- Wreszcie znudzi?o ci si? siedzenie po ca?ych dniach w mieszkaniu? - spyta?a Deet.
Na pewno si? zastanawia, dlaczego w ko?cu wyszed?, skoro od tak dawna ignorowa? jej zaproszenia. Leyel nie by? jednak pewien, czy mo?e mwi? szczerze.
- Chcia?em z tob? porozmawia?. - Zerkn?? na szczelin? w futrynie. - Sam na sam.
Czy?by wyraz l?ku przemkn?? jej po twarzy?
- Jeste?my sami - odpowiedzia?a cichym g?osem. - Zay o to zadba?a. Naprawd? sami, jak nigdy w naszym mieszkaniu.
Leyel dopiero po chwili zrozumia?, co sugeruje Deet. Nie o?mieli? si? nawet wymwi? tego s?owa. U?o?y? tylko wargi w pytanie:
- Bezpieczni?
- Zwykle pomijaj? bibliotek? przy normalnych pods?uchach. Nawet gdyby za?o?yli dla ciebie co? specjalnego, w tej chwili pole interferencyjne blokuje nasz? rozmow?. Prawdopodobnie jednak nie b?d? ci? monitorowa?, dopki st?d nie wyjdziesz.
Wydawa?a si? spi?ta. Niecierpliwa. Jakby nie mia?a ochoty na rozmow?. Jakby chcia?a, ?eby ju? zacz??, a mo?e ?eby ju? sko?czy?.
- Je?li ci to nie przeszkadza - rzek?. - Nigdy wcze?niej ci? nie nachodzi?em. Pomy?la?em, ?e ten jeden raz...
- Oczywi?cie - uspokoi?a go. Ale wci?? z napi?ciem w g?osie, jakby si? obawia?a, co us?yszy.
Opowiedzia? jej wi?c o swoich przemy?leniach na temat j?zyka. Wszystko, czego dowiedzia? si? z prac Kispitoriana i Magolissian. Mia? wra?enie, ?e Deet uspokoi?a si?, gdy tylko zrozumia?a, ?e chce rozmawia? o swoich badaniach. Czego si? ba?a, my?la? Leyel. ?e zaczn? rozmawia? o naszym zwi?zku? Tego nie musi si? obawia?. Nie zamierza? utrudnia? sytuacji, skar??c si? na to, czemu i tak nie mo?na zaradzi?.
Kiedy opowiedzia? ju? o wszystkich swoich pomys?ach, Deet kiwn??a g?ow? - jak ju? tysi?ce razy, gdy wyja?nia? idee czy argumenty.
- Nie wiem - stwierdzi?a po chwili. Jak tyle razy wcze?niej, unika?a szybkich odpowiedzi.
I -jak cz?sto robi? - nalega?.
- A jak my?lisz? - zapyta?. Przygryz?a warg?.
- Tak na pierwszy rzut oka, bo nigdy nie prbowa?am powa?nych zastosowa? teorii spo?eczno?ci w lingwistyce... Pomy?l: mo?e niewielkie, izolowane populacje strzeg? j?zyka, poniewa? jest on cz??ci? ich to?samo?ci. Mo?e j?zyk jest najwa?niejszym rytua?em, a ludzie mwi?cy tym samym j?zykiem tworz? jedno?? tak, jak nigdy nie potrafiliby tego ludzie nie rozumiej?cy swojej mowy. Nie dowiemy si? na pewno, gdy? od dziesi?ciu tysi?cy lat wszyscy u?ywaj? standardowego.
- Czyli to nie wielko?? populacji, ale raczej...
- Raczej to, jak dbaj? o w?asny j?zyk. W jakim stopniu okre?la on ich spo?eczno??. Du?e populacje zaczynaj? wierzy?, ?e wszyscy mwi? tak jak one. Chc? si? jako? wyr?nia?, tworzy? oddzieln? grup?. Wtedy rozwijaj? ?argony i slangi, ?eby odr?nia? si? od pozosta?ych. Czy nie tak dzieje si? ze wspln? mow?? Dzieci szukaj? takich sposobw wyra?ania si?, jakich nie u?ywaj? ich rodzice. Profesjonali?ci korzystaj? z zamkni?tych s?ownikw, ?eby laicy nie znali hase?. To rytua?y okre?lenia spo?eczno?ci.
Leyel z powag? kiwn?? g?ow?. Dr?czy?a go jednak pewna oczywista w?tpliwo??.
Najwyra?niej Deet wiedzia?a, o co mu chodzi.
- Tak, tak. Wiem, Leyelu. Odruchowo interpretuj? twoje pytania w terminach w?asnej dyscypliny. Jak fizycy, ktrzy wierz?, ?e wszystko da si? wyja?ni? poprzez fizyk?.
Leyel roze?mia? si?.
- Pomy?la?em o tym, ale to, co mwi?a?, ma sens. I wyja?nia naturaln? tendencj? r?nicowania j?zykw. Chcemy wsplnej mowy, j?zyka otwartej dyskusji, ale chcemy te? prywatnych systemw porozumiewania. Tyle ?e j?zyk ca?kowicie prywatny jest bezu?yteczny, bo z kim by?my rozmawiali? Czyli, kiedy formuje si? spo?eczno??, tworzy dla obcych przynajmniej kilka lingwistycznych barier, kilka kolokwializmw znanych tylko cz?onkom.
- A im wi?kszy zwi?zek odczuwa si? ze spo?eczno?ci?, tym bardziej p?ynnie i tym cz??ciej mwi si? jej j?zykiem.
- Tak, to ma sens - powtrzy? Leyel. - Takie proste. Widzisz, jak bardzo ci? potrzebuj??
Te s?owa mia?y by? delikatnym wyrzutem - dlaczego nie by?o ci? w domu, kiedy by?a? mi potrzebna - ale nie mg? ich powstrzyma?. Siedz?c obok Deet, nawet w tym dziwnym, pachn?cym pokoju, czu? si? swobodnie i na swoim miejscu. Jak mog?a si? od niego odsun??? To jej obecno?? sprawia?a, ?e ten pokj by? jak dom. Dla niej by? domem, niezale?nie od obecno?ci Leyela.
Sprbowa? ubra? t? my?l w s?owa - w abstrakcj?, by jej nie zabola?y.
- My?l?, ?e najwi?ksz? tragedi? jest, gdy osoba okazuje wi?ksz? lojalno?? wobec spo?eczno?ci ni? ktrykolwiek z pozosta?ych jej cz?onkw.
Deet u?miechn??a si? lekko i unios?a brew. Nie wiedzia?a, do czego zmierza.
- Przez ca?y czas mwi j?zykiem tej spo?eczno?ci - t?umaczy? Leyel. - Tylko ?e nikt inny nie rozmawia z ni? tym j?zykiem, a im cz??ciej go u?ywa, tym bardziej izoluje si? od pozosta?ych, odpycha ich od siebie. Wreszcie zostaje sama. Czy mo?esz sobie wyobrazi? co? tak smutnego? Kogo? my?l?cego w j?zyku, kto chcia?by nim mwi?, chcia?by go s?ucha?, ale nie pozosta? nikt inny, kto rozumia?by cho? s?owo.
Kiwn??a g?ow?, patrz?c mu w oczy. Czy rozumie, co prbuj? powiedzie?? Czeka? na jej odpowied?. Nic wi?cej nie o?miel? si? doda?.
- Ale wyobra? sobie - odpar?a w ko?cu - ?e ten kto? opuszcza ma?? osad?, gdzie nikt go nie rozumie. Idzie za gry, w nowe miejsce, i nagle s?yszy setki, tysi?ce g?osw wymawiaj?cych s?owa, o ktrych marzy? przez lata samotno?ci. I u?wiadamia sobie, ?e tak naprawd? wcale nie zna? j?zyka. S?owa maj? setki znacze? i odcieni, jakich si? nie domy?la?. Poniewa? korzystaj?c z niego ka?dy odrobin? zmienia j?zyk. I kiedy ten kto? wreszcie przemwi, w?asny g?os brzmi w jego uszach jak muzyka, a inni s?uchaj? tej muzyki z zachwytem, w oszo?omieniu, niby wody ?ycia tryskaj?cej z fontanny. I ten kto? rozumie, ?e nigdy dot?d nie by? w domu.
Leyel nie pami?ta?, by Deet przemawia?a tak... poetycko, tak, w?a?nie to, jakby sama ?piewa?a. To ona jest t? osob?, o ktrej opowiada. Tutaj jej g?os brzmi inaczej - o to jej chodzi. W domu, ze mn?, by?a samotna. Tutaj, w bibliotece, znalaz?a innych, ktrzy mwi? jej tajemnym j?zykiem. To nie znaczy, ?e nie chcia?a, by nasze ma??e?stwo si? uda?o. Mia?a tak? nadziej?, ale ja nigdy jej nie rozumia?em. Ci ludzie zrozumieli. Rozumiej?. Tutaj jest u siebie - to w?a?nie chce mi powiedzie?.
- Rozumiem.
- Na pewno? - Zerkn??a na niego badawczo.
- Tak my?l?. Dobrze. Spojrza?a zagadkowo.
- To znaczy, ?wietnie. Dobrze. To miejsce. Bardzo ?adne. Chyba odczu?a ulg?, ale nie do ko?ca.
- Nie powiniene? by? taki smutny, Leyelu. To szcz??liwe miejsce. Mo?esz tu robi? wszystko, co robi?e? w domu.
Tylko nie kocha? ciebie, jak cz?stk? mnie samego, i czu?, ?e ty mnie kochasz jak cz?stk? siebie.
- Tak, jestem pewien.
- Nie, naprawd?. Pracujesz nad czym? i widz?, ?e zbli?asz si? do rozwi?zania. Dlaczego nie sprbujesz tutaj, gdzie mo?emy o tym rozmawia??
Leyel wzruszy? ramionami.
- Zbli?asz si?, prawda?
- Sk?d mog? wiedzie?? Szukam na o?lep, jak cz?owiek ton?cy noc? w oceanie. Mo?e jestem blisko brzegu, a mo?e p?yn? tylko coraz dalej w morze.
- A co znalaz?e?? Czy przed chwil? nie zbli?yli?my si? troch? do celu?
- Nie. Problem j?zyka... Gdyby by? tylko aspektem teorii spo?eczno?ci, nie mg?by stanowi? rozwi?zania pocz?tku cz?owieka.
- Dlaczego nie?
- Poniewa? wiele ssakw naczelnych tworzy spo?eczno?ci. I wiele innych zwierz?t. Wszystkie stadne. Albo nawet ?awice ryb. Pszczo?y. Mrwki. Ka?dy organizm wielokomrkowy jest w?a?ciwie spo?eczno?ci?. Je?li wi?c r?nicowanie j?zyka jest cech? spo?eczno?ci, to wyst?puje u zwierz?t, a wi?c nie jest elementem definicji cz?owiecze?stwa.
- Och... Chyba nie.
- W?a?nie.
By?a chyba rozczarowana. Jakby naprawd? si? spodziewa?a, ?e rozwi??? problem pocz?tku natychmiast, ju? dzisiaj. Leyel wsta?.
- No nic. Dzi?kuj? za pomoc.
- Niewiele ci pomog?am.
- Ale? tak. Pokaza?a?, ?e to ?lepy zau?ek. Zaoszcz?dzi?a? mi wiele... my?lenia. Post?p w nauce to tak?e odkrywanie, ktre z odpowiedzi s? fa?szywe.
Jego s?owa mia?y podwjne znaczenie. Pokaza?a mu tak?e, ?e ich ma??e?stwo jest ?lepym zau?kiem. Mo?e to zrozumia?a, a mo?e nie. To bez znaczenia - on zrozumia?. Ta historyjka o samotnym cz?owieku, ktry w ko?cu znajduje miejsce, gdzie czuje si? jak w domu... Czy mg? nie zrozumie? jej sensu?
- Leyelu - odezwa?a si? Deet. - Mo?e przedstawisz swj problem indekserom?
- My?lisz, ?e badacze z biblioteki znajd? odpowied?, je?li mnie si? nie uda?o?
- Nie do dzia?u bada? naukowych. Do indeksacji.
- O co ci chodzi?
- Spisz swoje pytania, wszystkie te uliczki, w ktre zagl?da?e?... R?nicowanie j?zykw. J?zyki naczelnych. I wszystkie inne, nawet te stare. Podej?cia archeologiczne, historyczne. Biologiczne. Wzorce pokrewie?stwa. Obyczaje. Wszystko, co ci przyjdzie do g?owy. Wypisz to w formie pyta?. A potem zindeksujemy je.
- Zindeksujecie moje pytania?
- Tym si? zajmujemy: czytamy r?ne rzeczy i my?limy o innych, ktre mog? by? jako? powi?zane. I ??czymy je. Nie mwimy, co oznacza dany zwi?zek, ale wiemy, ?e co? oznacza, ?e istnieje. Nie podajemy odpowiedzi, Leyelu, ale je?li zbadasz nasz indeks, mo?e ci pomc co? wymy?li?. Rozumiesz, o co mi chodzi?
- Nigdy o tym nie my?la?em. S?dzisz, ?e kilku indekserw znalaz?oby woln? chwil??
- Nie kilku. My wszyscy.
- To absurd, Deet. Nigdy bym o to nie poprosi?.
- Ja poprosz?. Nikt nas tu nie nadzoruje, Leyelu. Nie wype?niamy norm. Nasza praca polega na czytaniu i my?leniu. Zwykle realizujemy tu kilkaset projektw rwnocze?nie, ale przez jeden dzie? mo?emy wszyscy popracowa? nad tym samym dokumentem.
- Szkoda czasu. I tak nic nie mog? publikowa?.
- Nie musisz nic publikowa?, Leyelu. Nie rozumiesz? Nikt oprcz nas nie wie, co tu robimy. Mo?emy przyj?? twoje pytania jako niepublikowany artyku? i zaj?? si? nim i tak. Nie musi nawet wej?? do sieci bibliotecznej.
Leyel pokr?ci? g?ow?.
- A je?li doprowadz? mnie do rozwi?zania, to co? Opublikujemy prac? z dwoma setkami wsp?autorw?
- To b?dzie twj artyku?. My tylko indeksujemy, ty jeste? autorem. Sam musisz dokona? odpowiednich skojarze?. Pozwl nam si? w??czy?.
Nagle Leyel zrozumia?, dlaczego tak go namawia. W??czenie go do prac biblioteki pozwoli jej wierzy?, ?e nadal jest cz?stk? jego ?ycia. Je?li stanie si? cz?onkiem jej nowej spo?eczno?ci, b?dzie si? czu?a, jakby wcale go nie opu?ci?a.
Nie wiedzia?a, jakie to bolesne? Widzie? j? tutaj, szcz??liw? i bez niego? Przychodzi? jak jeden z wielu przyjaci?, cho? byli kiedy? -przynajmniej tak s?dzi? - jedn? niepodzieln? dusz?? Jak mg?by si? na to zgodzi??
Ale tego pragn??a. Poznawa? po jej spojrzeniu, tak dziewcz?cym i b?agalnym, ?e przypomnia?o mu dni, kiedy si? w sobie zakochali - daleko st?d, na innej planecie. Tak na niego patrzy?a, kiedy t?umaczy?, ?e musi ju? i??. Kiedy ba?a si?, ?e mo?e go straci?.
Czy nie pojmuje, kto tu kogo traci?
Mniejsza z tym. Co z tego, ?e nie pojmuje? Je?li ma j? ucieszy? jego udawanie, ?e jest elementem jej nowego domu, elementem tej spo?eczno?ci bibliotekarzy... Je?li chce, ?eby podda? prac? swego ?ycia tej absurdalnej indeksacji... Dlaczego nie? Przecie? nic na tym nie traci. A samo spisanie pyta? w jakim? porz?dku mo?e mu pomc. Mo?e zreszt? Deet ma racj?, a trantoria?ski indeks wska?e drog? do rozwi?zania problemu pocz?tku.
Je?li b?dzie tu przychodzi?, mo?e nadal pozostanie drobn? cz?stk? jej ?ycia. Nie jak w ma??e?stwie, naturalnie. Ale skoro to niemo?liwe, przynajmniej b?dzie j? widywa? i dzi?ki temu zostanie sob?, cz?owiekiem, jakim si? sta?, poniewa? kocha? j? przez lata.
- Zgoda - rzek?. - Spisz? wszystko i przynios?.
- Naprawd? uwa?am, ?e mo?emy ci pomc.
- Owszem - przyzna? z wi?ksz? pewno?ci?, ni? naprawd? odczuwa?. - Mo?e.
Ruszy? do drzwi.
- Musisz ju? i??? Przytakn??.
- Jeste? pewien, ?e znajdziesz drog??
- Chyba ?e pokoje si? przesun??y. -Nie, tylko noc?...
- W takim razie na pewno nie zab??dz?. Zrobi? krok w jej stron? i zrezygnowa?.
- Co? - zdziwi?a si?. -Nic.
- Oj. - Zrobi?a zawiedzion? min?. - My?la?am, ?e chcesz mnie poca?owa? na do widzenia.
Wyd??a wargi jak trzylatka.
Za?mia? si?. I poca?owa? j? - jak trzylatek. Potem wyszed?.
Zastanawia? si? przez dwa dni. ?egna? j? rankiem, potem prbowa? czyta?, ogl?da? widy, cokolwiek. Na niczym nie potrafi? skupi? uwagi. Chodzi? na spacery. Raz nawet wyprawi? si? na powierzchni? zobaczy? niebo - by?a noc i a? g?sto od gwiazd. Nic. W jednym z programw zobaczy? krtk? scen? z p?pustynnej planety. Ros?a tam dziwna ro?lina, ktra usycha?a po osi?gni?ciu dojrza?o?ci, p?ka?a u korzenia, a wiatr porywa? j? i nis? w dal, rozrzucaj?c nasiona. Przez chwil? Leyel czu? niezwyk?? wsplnot? z ro?lin? tocz?c? si? po pustyni. Mo?e sam te? tak usch?em i mkn? po ja?owej ziemi? Ale nie, wiedzia?, ?e to nieprawda; w ro?linie pozosta?o do?? ?ycia, by rozrzuca? nasiona. Leyel nie mia? ju? nasion. Te rozrzuci? ju? lata temu.
Trzeciego ranka przyjrza? si? swemu odbiciu w lustrze ? parskn?? gorzkim ?miechem.
- Czy tak czuj? si? ludzie, zanim pope?ni? samobjstwo? - zapyta? na g?os.
Oczywi?cie, ?e nie. Wiedzia?, ?e to tylko melodramatyczne gesty. Nie mia? ochoty umiera?.
Ale zaraz przysz?o mu do g?owy, ?e je?li to poczucie bezu?yteczno?ci b?dzie trwa?o, je?li nie znajdzie czego?, co go zajmie, to rwnie dobrze mo?e umrze?. Poniewa? ?yj?c b?dzie ju? tylko ogrzewa? w?asne ubranie.
Usiad? przed skryptorem i zacz?? spisywa? pytania. Pod ka?dym dodawa? wyja?nienie, jak bada? t? kwesti? i dlaczego nie doprowadzi?a go do rozwi?zania problemu pocz?tku. Pojawia?y si? wtedy nowe pytania... Tak, mia? racj?. Sam proces porz?dkowania bezowocnych bada? sprawi?, ?e odpowiedzi wyda?y si? kusz?co bliskie. To niez?e ?wiczenie. Nawet je?li nie znajdzie rozwi?zania, lista pyta? mo?e pomc komu? posiadaj?cemu sprawniejszy umys? - lub wi?cej informacji - za dekady, stulecia czy tysi?clecia.
Deet wrci?a i po?o?y?a si?, a Leyel wci?? pisa?. Wiedzia?a, kiedy jest zaj?ty bez reszty, i stara?a si? nie przeszkadza?. Zauwa?y? j? i zrozumia?, ?e omija go z daleka. A potem wrci? do skryptora.
Nast?pnego ranka obudzi?a si? i znalaz?a go w ??ku, w ubraniu. W drzwiach sypialni le?a?a osobista kapsu?a listowa - Leyel zako?czy? spis pyta?. Deet podnios?a go i zabra?a do biblioteki.
- Jego pytania wcale nie s? akademickie, Deet.
- Mwi?am, ?e nie b?d?.
- Hari mia? racj?. Chocia? wydaje si? dyletantem, przy ca?ym swoim maj?tku i lekcewa?eniu uniwersytetw, jest cz?owiekiem wielkiego rozumu.
- Czy Druga Fundacja skorzysta, je?li znajdzie rozwi?zanie swojego problemu?
- Nie wiem, Deet. Hari by? wr?bit?. Mo?na przyj??, ?e ludzko?? osi?gn??a ju? cz?owiecze?stwo, wi?c nie musimy zaczyna? ca?ego procesu od pocz?tku.
- Tak s?dzisz?
- A co? Powinni?my znale?? niezamieszkan? planet?, umie?ci? na niej grup? noworodkw, pozwoli? im dorasta? jak zwierz?ta, a potem wrci? za tysi?c lat i sprbowa? zmieni? ich z powrotem w ludzi?
- Mam lepszy pomys?. We?my dziesi?? tysi?cy zamieszkanych ?wiatw pe?nych ludzi ?yj?cych jak zwierz?ta, zawsze g?odnych, ch?tnych do u?ycia z?bw i pazurw. Odrzyjmy ich z pozorw cywilizacji i poka?my, czym s? naprawd?. A kiedy ju? zobacz? siebie wyra?nie, wr?my i nauczmy ich, jak by? lud?mi, ale tym razem naprawd?, nie tylko przejawia? skrawki i przeb?yski cz?owiecze?stwa.
- Dobrze. Tak zrbmy.
- Wiedzia?am, ?e mnie zrozumiesz.
- Niech tylko twj m?? odkryje, na czym polega ta sztuczka. Wtedy b?dziemy mia?y ca?y czas wszech?wiata, ?eby j? przygotowa? i wykona?.
Gdy indeks by? gotowy, Deet rano przyprowadzi?a Leyela do biblioteki. Nie zabra?a go do Indeksacji, ale usadowi?a w osobnym pokoju studyjnym wy?o?onym ekranami widw. Nie sprawia?y wra?enia okien wychodz?cych na zewn?trz, ale pokrywa?y ca?e ?ciany, od pod?ogi po sufit, i wydawa?o si?, ?e stoi na wysokim szczycie ponad ziemi?, bez ?cian ani nawet por?czy chroni?cej przed upadkiem. Kiedy si? rozejrza?, zaczyna? odczuwa? zawroty g?owy. Jedynie drzwi rozbija?y iluzj?. Przez chwil? chcia? prosi? o inny pokj, ale przypomnia? sobie Indeksacj? i zrozumia?, ?e b?dzie lepiej pracowa?, je?li on tak?e poczuje si? nieco wytr?cony z rwnowagi.
Z pocz?tku indeksy wydawa?y si? oczywiste. Wywo?a? na ekran lektora pierwsz? stron? swojej listy pyta? i zacz?? czyta?. Lektor ?ledzi? ruch ?renic, wi?c kiedy tylko Leyel d?u?ej przygl?da? si? jakiemu? s?owu, w przestrzeni obok strony zaczyna?y si? pojawia? odniesienia. Spogl?da? na jedno z nich; je?li okaza?o si? nieciekawe albo oczywiste, przechodzi? do nast?pnego, a pierwsze odsuwa?o si? do ty?u, nadal dost?pne, gdyby jednak zmieni? zdanie i chcia? do niego wrci?.
Je?li uzna? odno?nik za interesuj?cy, to po dotarciu do ostatniej linii wy?wietlonego na ekranie fragmentu, rozrasta? si? do pe?nej strony i zas?ania? g?wny tekst. Potem, je?li nowy materia? tak?e by? indeksowany, wywo?ywa? nowe odniesienia, prowadz?c coraz dalej od oryginalnego dokumentu, a? wreszcie Leyel postanawia? wrci? i podj?? lektur? w miejscu, gdzie j? przerwa?.
Jak dot?d, znalaz? tylko tyle, ile mg?by si? spodziewa? po ka?dym indeksie. Dopiero kiedy posuwa? si? dalej w lekturze w?asnych pyta?, zaczyna? sobie u?wiadamia? jego dziwactwa. Zwykle odno?niki indeksu powi?zane by?y z kluczowymi s?owami, kiedy wi?c chcia?o si? chwil? pomy?le?, bez wywo?ywania masy niechcianych odwo?a?, nale?a?o zatrzyma? wzrok na s?owach-wype?niaczach, pustych frazach typu gdyby to by?o wszystko, co..." Ka?dy, kto cz?sto czyta? indeksowane teksty, szybko uczy? si? tej sztuczki i korzysta? z niej tak cz?sto, ?e stawa?a si? odruchem.
Ale tutaj, kiedy Leyel patrzy? na tak? pust? fraz?, odno?niki nadal si? pojawia?y. W dodatku nie mia?y wyra?nego zwi?zku z tekstem, by?y raczej przewrotne, komiczne czy k?tliwe. Na przyk?ad, przerwa? czytanie swojej argumentacji, ?e archeologiczne poszukiwania prymitywno?ci" nie pomog? rozwi?za? kwestii pocz?tku, poniewa? wszystkie kultury prymitywne" s? jedynie skutkiem upadku kultury lotw kosmicznych. Napisa? tam zdanie: Ca?y ten prymitywizm jest u?yteczny jedynie dlatego, ?e przewiduje, czym mo?emy si? sta?, je?li nie b?dziemy ostro?ni i nie zachowamy naszych kruchych zwi?zkw z cywilizacj?". Z przyzwyczajenia zatrzyma? spojrzenie na pustych s?owach czym mo?emy si? sta?, je?li". Nikt nie mg? zaindeksowa? takiej frazy.
Ale oni tak. Pojawi?o si? kilka odno?nikw. Zamiast wi?c zastanawia? si? dalej, zwrci? uwag? na to, co indekserzy skojarzyli z t? absurdaln? fraz?.
Jednym z odniesie? by?a dziecinna wyliczanka, ktr? zna? kiedy?, cho? dawno zd??y? zapomnie?:
Ene due du?o rakiet, Korb? kr?c?, sme takie, Raz w greus, raz w d?eus B?c!
Dlaczego indekser do??czy? co? takiego? Pierwszy obraz, jaki pojawi? si? w pami?ci Leyela, to on i kilkoro dzieci s?u?by, trzymaj?cy si? za r?ce i chodz?cy w ko?o. Kiedy dochodzili do ostatniej linijki, wszyscy rzucali si? na ziemi? i ?miali jak zwariowani. Gra, ktr? tylko ma?e dzieci mog? uzna? za zabawn?.
Poniewa? przez chwil? wpatrywa? si? w wierszyk, tekst przesun?? si? na g?wn? cz??? ekranu i pojawi?y si? nowe odno?niki. Jednym z nich by? naukowy artyku? o ewolucji wierszyka. Autor sugerowa?, ?e wyliczanka mog?a powsta? w okresie pierwszych lotw kosmicznych na planecie pocz?tku, kiedy rakiet u?ywano do ucieczki ze studni grawitacyjnej planety. Czy dlatego po??czono ten wierszyk z jego tekstem? Poniewa? wi?za? si? z planet? pocz?tku?
Nie, to zbyt oczywiste. Kolejny artyku? okaza? si? bardziej pomocny. Autor odrzuca? ide? pierwszych lotw kosmicznych, poniewa? najwcze?niejsze wersje wierszyka w ogle nie zawiera?y s?owa rakiety". Najstarsza zapisana wersja brzmia?a:
Ene due rikefake Korba borba sme take. Deus deus kosmadeus Baks!
Jak wida?, pisa? autor, by?y to g?wnie nonsensowne s?owa. P?niejsze wersje powsta?y, gdy? dzieci prbowa?y nada? im sens.
Leyelowi przysz?o do g?owy, ?e mo?e dlatego indekser po??czy? wierszyk ze zdaniem - poniewa? kiedy? by? nonsensowny, a my prbowali?my nada? mu sens.
Czy to komentarz do ca?ych poszukiwa? pocz?tku? Czy indekser uzna?, ?e s? bezu?yteczne?
Nie - wierszyk po??czono z pust? fraz? czym mo?emy si? sta?, je?li". Mo?e indekser chcia? powiedzie?, ?e istoty ludzkie s? jak ta wyliczanka, ?e nasze ?ycie nie ma sensu, tylko my upieramy si? go szuka?. Czy Deet nie mwi?a czego? podobnego, gdy kiedy? dyskutowali o roli opowie?ci w formowaniu spo?eczno?ci? Wszech?wiat opiera si? przyczynowo?ci, powiedzia?a, ale ludzka inteligencja jej po??da. Dlatego opowiadamy historie: ?eby narzuci? zwi?zki przyczynowe nie powi?zanym wydarzeniom wok? nas.
To dotyczy rwnie? nas, prawda? Nasze ?ycie jest nonsensem, ale narzucamy na nie opowie?ci, uk?adamy nasze wspomnienia w ?a?cuchy przyczynowo-skutkowe, zmuszaj?c je do zdradzania znacze?, nawet je?li ich nie maj?. Potem bierzemy sum? naszych opowie?ci i nazywamy sob?". Ten wierszyk demonstruje ca?y proces - od losowo?ci do znaczenia. Potem wierzymy, ?e te znaczenia s? prawdziwe".
Ale wszystkie nasze dzieci w jaki? sposb zgodzi?y si? na now? wersj? wyliczanki. Oko?o roku 2000 IG istnia?a ju? tylko ostatnia, aktualna wersja, ktra nie zmieni?a si? do dzisiaj. Jak to mo?liwe, ?e dzieci ze wszystkich planet uzgodni?y t? wersj?? Jak rozprzestrzeni?a si? zmiana? Czy mo?e dziesi?? tysi?cy dzieci na dziesi?ciu tysi?cach planet wymy?li?o te same poprawki?
Musia?y by? podawane z ust do ust. Jaki? dzieciak dokona? gdzie? kilku zmian i jego wersja si? rozpowszechni?a. Po kilku latach u?ywa?y jej wszystkie dzieci z s?siedztwa, potem wszystkie w ca?ym mie?cie, na ca?ej planecie. Dzia?o si? to szybko, poniewa? dzieci?ca generacja ?yje tylko kilka lat. Siedmiolatki mog?y uwa?a? now? wersj? za ?art, ale powtarza?y j? tak cz?sto, ?e pi?ciolatki uzna?y j? za prawdziw?. A po kilku latach w?rd dzieci nie pozosta? ju? nikt, kto by pami?ta? oryginalny wierszyk.
Tysi?c lat to do??, ?eby rozpowszechni?a si? nowa wersja. Albo ?eby dosz?o do kolizji pi?ciu czy dziesi?ciu nowych wersji, ktre zla?y si? i powrci?y - zmienione - na planety, ktre ju? raz lub dwa razy zmienia?y s?owa.
My?l?c o tych s?owach, Leyel przywo?a? w wyobra?ni obraz sieci dzieci, powi?zanych ze sob? ni?mi wierszyka, rozci?gaj?cej si? z planety na planet? przez ca?e Imperium, a potem wstecz przez czas, od jednej generacji do poprzedniej - trjwymiarowy splot, wi???cy wszystkie dzieci od samego pocz?tku.
Ale kiedy dors?, wyrywa? si? z sieci wierszyka. Ju? nie s?ysza? s?w Ene due du?o rakiet" i nie chwyta? za r?ce dzieci stoj?cych obok. Nie by? ju? elementem pie?ni.
Ale jego dzieci tak. A potem wnuki. Wszystkie chwyta?y si? za r?ce, zmienia?y si? z kr?gu do kr?gu - niesko?czony ludzki ?a?cuch si?gaj?cy do dawno zapomnianego rytua?u na jednej z planet ludzko?ci - mo?e, mo?e na samej planecie pocz?tku.
Wizja by?a tak wyra?na, tak poch?aniaj?ca, ?e kiedy w ko?cu znw zauwa?y? ekran lektora, odebra? to jak nag?e przebudzenie. Musia? si? wyprostowa? i oddycha? p?ytko, dopki si? nie uspokoi?, dopki serce nie zacz??o bi? wolniej.
Znalaz? fragment rozwi?zania, chocia? jeszcze go nie rozumia?. Splot ??cz?cy wszystkie dzieci jest elementem tego, co czyni nas lud?mi, chocia? Leyel wci?? nie wiedzia?, dlaczego. Niezwyk?e, przewrotne indeksowanie frazy bez znaczenia sk?oni?o go do nowego spojrzenia na problem. To nie znaczy, ?e uniwersalna kultura dzieci jest nowym pomys?em. Po prostu dot?d nie przypuszcza? nawet, ?e mo?e mie? co? wsplnego z kwesti? pocz?tku.
Co mia? na my?li indekser, kiedy do??cza? t? wyliczank?? Czy tak?e dostrzeg? wizj??
Mo?e, ale raczej nie. Zapewne fraza o stawaniu si? wywo?a?a u indeksera skojarzenie z wysi?kiem - jak przy kr?ceniu korb?. A mo?e tylko oglna my?l o ludzko?ci si?gaj?cej gwiazd przypomnia?a, ?e wierszyk mwi? o rakietach wznosz?cych si? z planety pocz?tku, a potem opadaj?cej na nowe ?wiaty. Kto mo?e wiedzie?, co wierszyk oznacza? dla indeksera? Kto zgadnie, dlaczego zosta? po??czony z tym w?a?nie zdaniem?
Leyel poj?? nagle, ?e wyobra?a sobie Deet dokonuj?c? tego konkretnego skojarzenia. Nie mia? powodw, by wierzy?, ?e to jej dzie?o, ale dla niego by?a uosobieniem wszystkich indekserw. Przy??czy?a si? do nich, sta?a si? jedn? z nich, kiedy wi?c przeprowadzano indeksacj?, by?a jej cz??ci?. To w?a?nie oznacza przynale?no?? do spo?eczno?ci - ca?a praca jest w pewnym stopniu twoja. Deet by?a cz??ci? wszystkiego, co zrobili indekserzy, a zatem Deet to zrobi?a.
I znowu wyobrazi? sobie sie?, ale tym razem by?a to sie? topologicznie niemo?liwa, skr?cona w sobie tak, ?e cho?by trzyma? w d?oni dowoln? cz?stk? brzegu, trzyma? ca?y brzeg i ?rodek tak?e. By?a jedno?ci?, a ka?dy fragment zawiera? w sobie ca?o??.
Ale je?li wizja jest prawdziwa, to kiedy Deet przy??czy?a si? do spo?eczno?ci bibliotekarzy, Leyel przy??czy? si? tak?e, poniewa? zawiera?a go w sobie. Przychodz?c tutaj, wcale go nie opuszcza?a. Wplot?a go w now? sie?, wi?c zamiast co? traci?, jedynie zyskiwa?. By? tego cz??ci?, poniewa? ona by?a, wi?c gdyby j? straci?, to tylko dlatego, ?e j? odepchn??.
Zas?oni? d?o?mi oczy. W jaki sposb niezborne my?li o problemie pocz?tku doprowadzi?y go do rozwa?a? o w?asnym ma??e?stwie? Ju? wierzy?, ?e zbli?a si? do pe?ni zrozumienia, kiedy nagle powrci? do w?asnych k?opotw.
Usun?? wszystkie odniesienia do Ene due du?o rakiet" i Ene due rike fake" czy jak to brzmia?o, po czym wrci? do oryginalnego dokumentu, prbuj?c skupi? my?li na zasadniczym temacie.
Przegrywa? jednak t? bitw?. Nie potrafi? si? oprze? kusz?cemu wyzwaniu indeksu. Powinien czyta? o u?ywaniu narz?dzi i techniki, o tym ?e nie mo?e to by? linia graniczna mi?dzy cz?owiekiem a zwierz?ciem, poniewa? istniej? zwierz?ta, ktre wytwarzaj? narz?dzia i ucz? inne, jak z nich korzysta?.
I nagle indeks podsuwa? mu opowie?? grozy o cz?owieku, ktry zapragn?? by? najwi?kszym geniuszem wszystkich czasw i s?dzi?, ?e jedynie godziny tracone na sen nie pozwalaj? mu osi?gn?? po??danej wielko?ci. Wynalaz? wi?c maszyn?, ktra spa?a za niego. Dzia?a?a doskonale, dopki nie u?wiadomi? sobie, ?e maszyna ma rwnie? wszystkie jego sny. Za??da?, ?eby mu je opowiedzia?a.
Maszyna zacz??a przekazywa? najwspanialsze, najbardziej b?yskotliwe idee, jakie mg? sobie wyobrazi? - o wiele m?drzejsze, ni? cz?owiek w wymy?la? na jawie. Wzi?? wi?c m?otek i rozbi? maszyn?, by odzyska? swoje sny. Ale chocia? znowu mg? sypia?, nie zdo?a? osi?gn?? tej jasno?ci my?li, jak? posiada?a maszyna.
Oczywi?cie, nie mg? opublikowa? tego, co pisa?a maszyna - to nie do pomy?lenia, by produkt maszyny przedstawia? jako dzie?o cz?owieka. Kiedy umar? w rozpaczy, inni znale?li maszynowe wydruki i uznali, ?e w cz?owiek napisa? to wszystko i ukry?. Opublikowali teksty i wszyscy uznali go za najwi?kszego geniusza w historii ludzko?ci.
Opowie?? t? powszechnie uznawano za obscenicznie przera?aj?c?, poniewa? wyst?powa?a w niej maszyna kradn?ca cz??? umys?u cz?owieka i wykorzystuj?ca j?, by go zniszczy?. Typowy motyw. Ale dlaczego indekser odwo?a? si? do niej w dyskusji o wytwarzaniu narz?dzi?
Leyel zastanowi? si? i uzna?, ?e opowie?? sama w sobie jest rodzajem narz?dzia. Tak samo jak maszyna, zbudowana przez cz?owieka, o ktrym mwi. Opowiadaj?cy przekaza? w tej historii swoje sny, a kiedy ludzie s?uchali jej lub czytali, te sny, a raczej koszmary, pozostawa?y im w pami?ci. Pozostawa?y ostre i wyra?ne, straszne i rzeczywiste. Gdyby stara? si? przekaza? im te same prawdy bezpo?rednio, nie w formie opowie?ci, uznaliby, ?e jego idee s? g?upie i nieistotne.
Leyel przypomnia? sobie s?owa Deet, jak to ludzie absorbuj? opowie?ci w?asnej spo?eczno?ci, przerabiaj? je na swoj? mod?? i wykorzystuj? dla tworzenia w?asnej duchowej autobiografii. Pami?taj?, jak robili to, co bohaterowie opowie?ci, i nadal odgrywaj? w ?yciu postacie bohaterw, a je?li im si? nie udaje, przynajmniej oceniaj? si? wed?ug norm ustalonych przez bohaterw. Opowie?ci staj? si? ludzkim sumieniem albo zwierciad?em.
I znowu, jak ju? wiele razy, przerwa? te rozmy?lania z d?o?mi przyci?ni?tymi do oczu, prbuj?c wypchn?? - lub opanowa? - wizje sieci i zwierciade?, ?wiatw i atomw, a kiedy wreszcie otworzy? oczy, zobaczy? siedz?ce przed nim Deet i Zay.
Nie - pochylaj?ce si? nad nim. Le?a? na niskim ??ku, a one kl?cza?y obok.
- Jestem chory? - zapyta?.
- Mam nadziej?, ?e nie - odpar?a Deet. - Znalaz?y?my ci? na pod?odze. Jeste? wyczerpany, Leyelu. Mwi?am ci: musisz co? je??, musisz normalnie sypia?. Nie jeste? ju? m?ody i nie mo?esz tak du?o pracowa?.
- Dopiero zacz??em. Zay roze?mia?a si?.
- Pos?uchaj go tylko, Deet. Mwi?am, ?e go to wci?gn??o i nie wie nawet, jaki dzi? dzie?.
- Siedzisz tu od trzech tygodni, Leyelu. Przez ostatni tydzie? nie wraca?e? nawet do domu. Przynosi?am ci jedzenie, ale nie chcia?e? je??. Ludzie mwili do ciebie, a ty zapomina?e? o ich obecno?ci. Odp?ywa?e? w co? w rodzaju... transu. Leyelu, ?a?uj?, ?e ci? tu przyprowadzi?am. ?a?uj?, ?e zaproponowa?am ci indeksacj?...
- Nie! - krzykn??. Usiad? z wysi?kiem. Z pocz?tku Deet prbowa?a u?o?y? go z powrotem, powtarzaj?c, ?e musi wypocz??. To Zay pomog?a mu usi???.
- Pozwl mu mwi? - powiedzia?a. - To, ?e jeste? jego ?on?, nie oznacza jeszcze, ?e mo?esz go uciszy?.
- Indeks jest naprawd? cudowny - o?wiadczy? Leyel. - Jak tunel, ktry otworzy? si? w g??b mojego w?asnego umys?u. Ci?gle widz? ?wiat?o tu? poza zasi?giem, a potem budz? si? i znowu jestem na wierzcho?ku sam, je?li nie liczy? stronic w lektorze. Ci?gle je trac?...
- Nie, Leyelu, to my ci? tracimy. Indeks ci? zatruwa, odbiera ci dusz?...
- Nie ?artuj, Deet. To ty mi go zaproponowa?a? i mia?a? racj?. Indeks ci?gle mnie zaskakuje, zmusza do my?lenia na nowe sposoby. Ju? znalaz?em niektre odpowiedzi.
- Odpowiedzi? - spyta?a Zay.
- Nie wiem, czy potrafi? to wyt?umaczy?. Co czyni nas lud?mi. To ma zwi?zek ze spo?eczno?ciami, opowie?ciami i narz?dziami, i... ma zwi?zek z tob? i ze mn?, Deet.
- Mam nadziej?, ?e jeste?my lud?mi - odpar?a. Przekomarza?a si?, ale te? zach?ca?a, by mwi? dalej.
- Przez wiele lat ?yli?my razem i stworzyli?my spo?eczno??... Najpierw z dzie?mi, dopki nie odesz?y, a potem my sami. Ale jeste?my jak zwierz?ta.
- Tylko czasami.
- To znaczy jak zwierz?ta stadne, jak szczepy ma?p naczelnych czy dowolna inna spo?eczno??, spajana jedynie rytua?ami i wzorcami chwili bie??cej. Mamy swoje przyzwyczajenia, swoje obyczaje. Swj prywatny j?zyk s?w i gestw, swoje ta?ce, wszystko to, co mo?e posiada? stado g?si albo rj pszcz?.
- Bardzo prymitywne.
- Tak. Ale to prawda, rozumiesz? To spo?eczno??, ktra ginie z ka?dym pokoleniem. Kiedy umrzemy, Deet, wszystko to zniknie. Inni ludzie b?d? zawiera? ma??e?stwa, ale nikt z nich nie zapami?ta naszych ta?cw, pie?ni, j?zyka i...
- Nasze dzieci b?d? je zna?y.
- Nie. O to mi w?a?nie chodzi. Zna?y nas, my?l? nawet, ?e wci?? nas znaj?, ale nigdy nie nale?a?y do spo?eczno?ci naszego ma??e?stwa. Nikt nie nale?a?. Nikt nie mg? nale?e?. Dlatego w?a?nie, kiedy pomy?la?em, ?e opuszczasz mnie dla tej...
- Kiedy pomy?la?e?, ?e ci?...
- Cicho, Deet - przerwa?a jej Zay. - Niech sobie gada.
- Kiedy pomy?la?em, ?e mnie opuszczasz, czu?em si? jak umar?y, jakbym straci? wszystko... Bo je?li przesta?a? by? cz??ci? naszego ma??e?stwa, nie pozosta?o ju? nic. Rozumiesz?
- Nie rozumiem, jaki to ma zwi?zek z pocz?tkiem cz?owieka, Leyelu. Wiem tylko, ?e nigdy bym ci? nie opu?ci?a i nie mog? uwierzy?, ?e przysz?o ci do g?owy...
- Nie przeszkadzaj mu, Deet.
- To dzieci. Wszystkie dzieci. Bawi? si? w Ene due du?o rakiet", potem dorastaj?! przestaj? si? bawi?, wi?c konkretna spo?eczno?? tych pi?ciorga czy sze?ciorga dzieci ju? nie istnieje, ale inne dzieci wci?? wykonuj? ten taniec. Recytuj? ten wierszyk. Od dziesi?ciu tysi?cy lat!
- To czyni nas lud?mi? Dziecinne wyliczanki?
- S? cz??ci? tej samej spo?eczno?ci! I ?miej? po??czenia mi?dzy nimi poprzez pustk? mi?dzygwiezdnej przestrzeni; one wci?? pozostaj? jako? tymi samymi dzie?mi. Dziesi?? tysi?cy lat, dziesi?? tysi?cy planet, kwintyliony dzieci, a wszystkie znaj? ten wierszyk, wszystkie wykonuj ? taniec. Opowie?? i rytua?... one nie gin? ze szczepem, nie zatrzymuj? si? na granicy. Dzieci, ktre nigdy nie spotka?y si? twarz? w twarz, ktre ?yj? tak daleko od siebie, ?e ?wiat?o jednej gwiazdy wci?? jeszcze nie dotar?o do drugiej, nale?? do tej samej spo?eczno?ci. Jeste?my lud?mi, poniewa? pokonali?my przestrze? i czas. Pokonali?my barier? wiecznej ignorancji pomi?dzy jednym cz?owiekiem a drugim. Znale?li?my sposb przelania moich wspomnie? do twojego umys?u, a twoich do mojego.
- Przecie? odrzuci?e? ju? te idee, Leyelu. J?zyk, spo?eczno?? i...
- Nie! Nie tylko j?zyk, nie tylko stada szympansw popiskuj?cych do siebie. Historie, definiuj?ce spo?eczno?? epickie opowie?ci, mity ucz?ce nas, jak funkcjonuje ?wiat... Wykorzystujemy je, by tworzy? siebie nawzajem. Stali?my si? innym gatunkiem, stali?my si? lud?mi, bo znale?li?my sposb wyd?u?enia ci??y poza macic?, sposb obdarowania ka?dego dziecka dziesi?tkami tysi?cy rodzicw, ktrzy nigdy si? nie spotkali.
Leyel zamilk?, pochwycony w pu?apk? niemo?no?ci znalezienia odpowiednich s?w. Nie potrafi? przekaza? tego, co widzia? w my?lach. Je?li do tej pory nie zrozumia?y, nigdy tego nie pojm?.
- Tak - stwierdzi?a Zay. - My?l?, ?e indeksacja twojego tekstu by?a dobrym pomys?em.
Leyel westchn?? i po?o?y? si? na wznak.
- Nie warto by?o prbowa?.
- Wr?cz przeciwnie. Uda?o ci si?.
Deet pokr?ci?a g?ow?. Leyel wiedzia?, dlaczego - prbowa?a da? Zay znak, ?e nie powinna uspokaja? Leyela pochwa?ami.
- Nie uciszaj mnie, Deet. Wiem, co mwi?. Mo?e nie znam Leyela tak dobrze, jak ty, ale umiem rozpozna? prawd?, kiedy j? us?ysz?. W pewnym sensie, przypuszczam, Hari rozpoznawa? j? instynktownie. Dlatego upiera? si? przy tych dziecinnych holonagraniach, zmuszaj?c nieszcz?snych mieszka?cw Terminusa, ?eby co kilka lat znosili jego przemowy. W ten sposb nadal ich tworzy, pozostaje ?ywy w?rd nich. Dzi?ki temu maj? wra?enie, ?e ich ?ycie ma jaki? cel poza nimi samymi. Historia mityczna i epicka rwnocze?nie... Wszyscy oni nosz? w sobie cz?stk? Hariego Seldona, tak jak dzieci a? do grobu nosz? w sobie cz?stk? rodzicw.
Z pocz?tku Leyel zrozumia? tylko, ?e Hari Seldon pochwali?by jego przemy?lenia o pocz?tku cz?owieka. Potem u?wiadomi? sobie, ?e w s?owach Zay by?o co? wi?cej ni? tylko pochwa?a.
- Zna?a? Hariego Seldona?
- Troch? - potwierdzi?a Zay.
- Albo mu powiesz, albo nic nie mw - wtr?ci?a Deet. - Nie mo?esz doprowadzi? go tak daleko i zostawi?.
- Zna?am Hariego tak, jak ty znasz Deet - powiedzia?a Zay.
- Nie - zaprotestowa? Leyel. - Wspomnia?by o tobie.
- Doprawdy? Nigdy nie mwi? o swoich studentach.
- Mia? tysi?ce studentw.
- Wiem, Leyelu. Widzia?am, jak wype?niaj? sale wyk?adowe i s?uchaj? drobnych odpryskw psychohistorii, ktrych naucza?. Ale potem odchodzi? do biblioteki, do pokoju, gdzie bezpieczni nigdy nie zagl?daj?, gdzie mg? mwi? to, czego bezpieczni nigdy nie us?yszeli. Tam naucza? swoich prawdziwych studentw. To jedyne miejsce, gdzie nauka psychohistorii wci?? ?yje, gdzie pomys?y Deet na temat formowania spo?eczno?ci znajduj? zastosowanie, gdzie twoja wizja pocz?tku cz?owiecze?stwa b?dzie kszta?towa?a nasze obliczenia przez najbli?szy tysi?c lat.
Leyel s?ucha? w oszo?omieniu.
- W Bibliotece Imperialnej? Hari mia? swoj? uczelni? w bibliotece?
- A gdzie indziej? W ko?cu musia? nas zostawi?, kiedy nadszed? czas, by publicznie og?osi? przepowiednie upadku Imperium. Wtedy bezpieczni zacz?li obserwowa? go na powa?nie, a ?e nie chcia? pozwoli?, by nas wykryli, nigdy ju? tu nie powrci?. To najstraszniejsze, co nam si? przydarzy?o. Jakby umar? dla nas, d?ugie lata przed ?mierci? cia?a. By? cz??ci? nas, Leyelu, tak jak ty i Deet jeste?cie cz?stkami siebie nawzajem. Ona wie. Przy??czy?a si? do nas przed jego odej?ciem.
To go zabola?o. Tak wielka tajemnica, a on nie zosta? dopuszczony.
- Dlaczego Deet, a nie ja?
- Nie rozumiesz, Leyelu? Najwa?niejsze by?o przetrwanie naszej ma?ej spo?eczno?ci. Dopki by?e? Leyelem Forsk?, w?adc? jednej z najwi?kszych fortun Imperium, nie mog?e? do nas nale?e?. Sprowokowa?by? zbyt wiele komentarzy, ?ci?gn??by? na nas uwag?. Deet mog?a przyj??, poniewa? przewodnicz?cy Chen nie dba? o to, co robi. Nigdy powa?nie nie traktowa? ma??onek. To jeden z dowodw, ?e jest g?upcem.
- Ale Hari zawsze planowa?, ?e zostaniesz jednym z nas - wtr?ci?a Deet. - Najbardziej si? obawia?, ?e rozgniewasz si? i si?? do??czysz do Pierwszej Fundacji. Twoj? rol? widzia? w naszej. W Drugiej Fundacji.
Leyel przypomnia? sobie swoj? ostatni? rozmow? z Harim. Nie pami?ta?: czy Hari kiedykolwiek go ok?ama?? Powiedzia?, ?e Deet nie mo?e lecie? na Terminusa, ale teraz s?owa te nabra?y ca?kiem innego znaczenia. Chytry lis! Ani razu nie sk?ama?, ale te? nie powiedzia? prawdy.
- Nie by?o to ?atwe - podj??a Zay. - Musieli?my zach?ci? ci? do sprowokowania Chena. Nie za bardzo, ?eby nie kaza? ci? uwi?zi? albo zabi?, ale dostatecznie, ?eby odebra? ci maj?tek i zapomnia? o tobie.
- Wy to sprawili?cie?
- Nie, nie, Leyelu. To i tak by si? sta?o, poniewa? jeste?, kim jeste?, a Chen te? jest tym, kim jest. Istnia?y jednak r?ne mo?liwo?ci, pomi?dzy zam?czeniem na ?mier? ciebie i Deet z jednej strony a z drugiej tob? spiskuj?cym z Romem, by zabi? Chena i przej?? w?adz? w Imperium. Ka?de z tych ekstremw uniemo?liwi?oby ci uczestnictwo w Drugiej Fundacji. Hari by? przekonany, podobnie jak Deet i ja, ?e twoje miejsce jest mi?dzy nami. Nie w?rd umar?ych. Nie w polityce. Tutaj.
To oburzaj?ce, ?e kto? podejmowa? za niego takie decyzje, nawet go nie uprzedzaj?c. Jak Deet mog?a tak d?ugo trzyma? to w tajemnicy? A jednak wyra?nie mieli racj?. Gdyby Hari powiedzia? mu o tej Drugiej Fundacji, Leyel by?by ch?tny - by?by dumny, mog?c si? do niej przy??czy?. Ale nie mg? si? dowiedzie?, nie mg? tu trafi?, dopki Chen nie przesta? uwa?a? go za zagro?enie.
- Dlaczego s?dzisz, ?e Chen kiedy? o mnie zapomni?
- Ju? o tobie zapomnia?, na pewno. Szczerze mwi?c, wydaje mi si?, ?e dzisiaj zapomni o wszystkim, co wiedzia?.
- Nie rozumiem.
- Jak my?lisz, dlaczego rozmawiamy tak otwarcie akurat dzisiaj, kiedy tak d?ugo zachowywali?my milczenie? Przecie? nie jeste?my w Indeksacji.
Leyel poczu? zimny dreszcz strachu.
- Mog? nas us?ysze??
- Gdyby s?uchali. Jednak w tej chwili bezpieczni s? zbyt zaj?ci udzielaniem Romowi Divartowi pomocy w zyskaniu pe?nej w?adzy nad Komisj? Bezpiecze?stwa Publicznego. A je?li nawet Chen nie trafi? ju? do komory radiacyjnej, wkrtce to nast?pi.
Leyel nie mg? si? pohamowa? - wie?ci by?y nazbyt wspania?e. Zeskoczy? z ??ka i niemal skaka? z rado?ci.
- Rom to zrobi?! Po tylu latach zrzuci? tego starego paj?ka!
- To wa?niejsze ni? tylko sprawiedliwo?? i zemsta - o?wiadczy?a Zay. - Jeste?my przekonani, ?e znaczna liczba gubernatorw, prefektw i dowdcw wojskowych nie uzna nowego przywdztwa Komisji Bezpiecze?stwa Publicznego. Reszt? ?ycia zajmie Romowi Divartowi walka z buntownikami. Aby skupi? swoje si?y blisko Trantora, w obronie przed najgro?niejszymi przeciwnikami i pretendentami, przyzna bezprecedensowe swobody i autonomi? wielu, bardzo wielu ?wiatom peryferyjnym. Praktycznie rzecz bior?c, ?wiaty zewn?trzne przestan? by? cz??ci? Imperium. W?adza imperialna zostawi je w spokoju, a ich podatki nie b?d? sp?ywa? na Trantor. Imperium nie jest ju? Galaktyczne. Dzisiejsza ?mier? przewodnicz?cego Chena oznacza pocz?tek ko?ca Imperium, chocia? nikt prcz nas nie dostrze?e tego przez najbli?sze dekady czy nawet stulecia.
- Tak niedawno zmar? Hari, a jego przepowiednie ju? zaczynaj? si? sprawdza?.
- To nie by? zwyk?y przypadek - wyja?ni?a Zay. - Jeden z naszych agentw zdo?a? wp?yn?? na Chena, ?eby z misj? odebrania ci maj?tku wys?a? osobi?cie Roma Divarta. To przepe?ni?o czar? i sk?oni?o Roma do puczu. Chen upad?by albo umar? i tak, niezale?nie od naszych dzia?a?, w ci?gu najbli?szego p?tora roku. Ale przyznaj?, ?e z pewn? satysfakcj? wykorzystali?my ?mier? Hariego jako zapalnik, ktry obali? go troch? wcze?niej i w okoliczno?ciach, ktre doprowadzi?y ci? do biblioteki.
- To by?a tak?e prba - doda?a Deet. - Szukamy sposobw wp?ywania na pojedyncze osoby tak, ?eby o tym nie wiedzia?y. Takie dzia?ania s? wci?? bardzo prymitywne i niesystematyczne, chocia? w tym przypadku wp?ywali?my na Chena skutecznie. Nie mieli?my wyj?cia. Stawk? by?o twoje ?ycie, a tak?e szansa, ?e si? do nas przy??czysz.
- Czuj? si? jak marionetka - mrukn?? Leyel.
- Chen by? marionetk? - odpar?a Zay. - Ty by?e? nagrod?.
- To przecie? bzdura - stwierdzi?a Deet. - Hari ci? kocha?. Ja ci? kocham. Jeste? wielkim cz?owiekiem. Druga Fundacja musia?a ci? pozyska?. Wszystko, co mwi?e?, czego broni?e? przez ca?e ?ycie, dowodzi?o jasno, ?e pragniesz uczestniczy? w naszej pracy. Mam racj??
- Tak - przyzna? Leyel. I roze?mia? si?. - Ten indeks...
- Co w tym ?miesznego? - zdziwi?a si? Zay, troch? ura?ona. -Ci??ko nad nim pracowali?my.
- I by? cudowny, niezwyk?y, hipnotyczny. Potrafili?cie zebra? tych wszystkich ludzi i po??czy? ich, jakby byli jednym umys?em, intuicyjnie o wiele m?drzejszym ni? ktokolwiek inny w pojedynk?. Naj?ci?lej zunifikowana, najpot??niejsza ludzka spo?eczno?? w ca?ej historii. Je?li nasza zdolno?? opowiadania czyni nas lud?mi, to mo?e umiej?tno?? indeksowania czyni nas czym? wi?cej.
Deet poklepa?a d?o? Zay.
- Nie zwracaj na niego uwagi. Przejawia szale?czy entuzjazm neofity.
Zay unios?a brew.
- Wci?? czekam, a? wyja?ni, dlaczego ten indeks go roz?mieszy?.
- Bo przez ca?y czas my?la?em: jak bibliotekarze mogli tego dokona?? Zwykli bibliotekarze! A teraz dowiaduj? si?, ?e ci bibliotekarze to wybrani studenci Hariego Seldona. Moje pytania indeksowali psychohistorycy!
- Nie wy??cznie. Wi?kszo?? z nas jest rzeczywi?cie bibliotekarzami. Albo mechanikami, stra?nikami czy czymkolwiek jeszcze. Psychologowie i psychohistorycy to niewielka stru?ka w strumieniu biblioteki. Z pocz?tku uznawano ich za obcych. Badaczy. U?ytkownikw biblioteki, nie jej pracownikw. Tym w?a?nie zajmowa?a si? Deet przez ostatnie lata: prbowa?a zwi?za? nas razem w jedn? spo?eczno??. Ona tak?e przyby?a tu jako badacz, pami?tasz? A teraz sprawi?a, ?e lojalno?? tych ludzi wobec biblioteki jest silniejsza od innych zwi?zkw. Ca?o?? dzia?a znakomicie. Przekonasz si?, Leyelu. Deet to czarodziejka.
- Wszyscy tworzymy razem - powiedzia?a Deet. - Pomocne jest to, ?e te kilkaset osb, ktre chc? po??czy? w jedno??, tak dobrze zna i rozumie ludzki umys?. Wiedz?, co robi?, i u?atwiaj? mi to. Nie odnios?am jeszcze pe?nego sukcesu. W najbli?szych latach musimy powo?a? grup? psychologw, nauczaj?c? i wprowadzaj?c? dzieci bibliotekarzy, mechanikw czy personelu medycznego, ?eby psychologowie nie stali si? kast? rz?dz?c?. A potem mieszane ma??e?stwa mi?dzy grupami... Mo?e za sto lat powstanie prawdziwie spjna spo?eczno??. Budujemy tu demokratyczne miasto-pa?stwo, nie wy. dzia? uniwersytecki ani klub towarzyski.
Leyel my?la? o czym? innym. To nie do zniesienia, ?e setki ludzi zna?y prac? Hariego, ale on nie.
- Musisz mnie nauczy? - za??da?. - Wszystkiego, czego nauczy? ci? Hari, wszystkiego, co przede mn? ukry?...
- Z czasem oczywi?cie, Leyelu - zgodzi?a si? Zay. - Ale w tej chwili ciekawsze jest to, czego ty mo?esz nas nauczy?. Jestem pewna, ?e ju? w tej chwili kr??y po bibliotece zapis twoich s?w po przebudzeniu.
- By?y nagrywane?
- Nie mieli?my pewno?ci, czy lada moment nie wpadniesz w katatoni?. Nie masz poj?cia, jak si? o ciebie martwi?y?my. Oczywi?cie, ?e nagrali?my wszystko. To mog?y by? twoje ostatnie s?owa.
- Nie b?d?. Wcale nie czuj? si? zm?czony.
- W takim razie nie jeste? tak inteligentny, jak mi si? wydawa?o. Masz niebezpiecznie os?abiony organizm. Straszliwie siebie traktowa?e?. Nie jeste? ju? m?ody i nalegam, ?eby? przez kilka dni nie zbli?a? si? do lektora.
- A co, jeste? moim lekarzem?
- Leyelu... - Deet dotkn??a jego ramienia, jak zawsze, kiedy chcia?a go uspokoi?. - Badali ci? ju? lekarze. I musisz zda? sobie spraw?: Zay jest Pierwszym Mwc?.
- To znaczy dowdc??
- To nie Imperium - odpar?a Zay. - A ja nie jestem Chenem. By? Pierwszym Mwc? oznacza, ?e pierwsza zabieram g?os, kiedy spotykamy si? razem. A potem, na ko?cu, podsumowuj?, co zosta?o powiedziane, i og?aszam decyzj? grupy.
- To prawda - zapewni?a Deet. - Wszyscy uwa?aj?, ?e powiniene? odpocz??.
- Wszyscy o mnie wiedz??
- Naturalnie. Po ?mierci Hariego jeste? najbardziej oryginalnym my?licielem, jaki nam pozosta?. Potrzebujemy ci?, wi?c naturalnie martwimy si? o ciebie. Poza tym Deet tak bardzo ci? kocha, a my tak bardzo kochamy Deet, a? wydaje nam si?, ?e te? jeste?my troch? w tobie zakochani.
Roze?mia?a si?, po niej Leyel, a potem Deet. Leyel zauwa?y? jednak, ?e kiedy zapyta?, czy wszyscy o nim wiedz?, Zay wyja?ni?a, ?e martwi? si? o niego i ?e go kochaj?. Dopiero teraz u?wiadomi? sobie, ?e odpowiedzia?a mu na pytanie, ktre naprawd? chcia? zada?.
- A kiedy b?dziesz wraca? do zdrowia - podj??a Zay - Indeksacja zajmie si? twoj? now? teori?...
- To nie teoria, to tylko sugestia, my?l...
- ...i kilku psychohistorykw. Zobaczymy, czy mo?na j? skwantyfikowa?, mo?e poprzez wariacj? wzorw, jakie wykorzystywali?my przy prawach rozwoju spo?eczno?ci Deet. Mo?e uda si? nam zamieni? studia pocz?tku w prawdziw? nauk?.
- Mo?e - zgodzi? si? Leyel.
- Nie masz nic przeciwko temu?
- Nie jestem pewien. Przede wszystkim jestem podniecony, ale te? z?y, ?e zostaj? na boku. A przede wszystkim... czuj? ulg?.
- To dobrze. Wpad?e? w beznadziejne bagno. Praca b?dzie sz?a ci lepiej, je?li na zawsze pozostaniesz wytr?cony z rwnowagi.
Zay odprowadzi?a go do ??ka, pomog?a si? u?o?y? i wysz?a. Sam na sam z Deet, Leyel nie wiedzia?, co ma mwi?. Trzyma? j? tylko za r?k? i patrzy? jej w twarz. Serce przepe?nia?y mu uczucia, ktrych nie umia? ubra? w s?owa. Wie?ci o bizantyjskich planach Hariego, o Drugiej Fundacji psychohistorykw, o Romie Divarcie przejmuj?cym rz?dy zamgli?y si? gdzie? w tle. Najwa?niejsza by?a r?ka Deet w jego d?oni, jej oczy wpatrzone w niego, jej serce, umys?, dusza tak ?ci?le zwi?zane z jego, ?e nie wiedzia? i nie dba?, gdzie sam si? ko?czy i zaczyna Deet.
Jak mg? sobie cho?by wyobra?a?, ?e chce go porzuci?? Przez lata ma??e?stwa stwarzali siebie nawzajem. Deet by?a najwspanialszym osi?gni?ciem jego ?ycia, a on jej najcenniejszym dzie?em. Jeste?my dla siebie rodzicami i dzie?mi. Mo?emy dokona? wielkich rzeczy, ktre przetrwaj? w tej spo?eczno?ci, w bibliotece, w Drugiej Fundacji. Ale najwi?kszym z naszych dzie? jest to, ktre zginie wraz z nami, i nikt inny si? o nim nie dowie, poniewa? wszyscy na zawsze pozostan? na zewn?trz. Nie potrafimy nawet im tego wyt?umaczy?. Nie znaj? j?zyka, ktry pozwoli?by zrozumie?. Tym j?zykiem mo?emy mwi? tylko do siebie nawzajem.
POS?OWIE

TYSI?C ?MIERCI
Moje wczesne opowiadania zyska?y mi s?aw? okrutnika. Zapami?ta?em jedno zdanie z recenzji w Locusie: Czytanie Carda to jak zabawa w kosi-kosi-?apci pattycake z ma?? pirani?". Taki komentarz, cho? elegancko napisany, troch? mnie zmartwi?. Najwyra?niej moje teksty sprawia?y wra?enie, ?e s? bardziej krwawe ni? innych pisarzy; a przecie? nigdy nie by?o to moj? intencj?. Jestem cz?owiekiem od urodzenia przeciwnym przemocy i chyba nigdy nie uderzy?em nikogo w gniewie; w szkole, kiedy kroi?a si? bjka i nie mog?em uciec, zwykle stara?em si? wy?ga?. Nigdy nie dr?czy?em zwierz?t. Nie lubi? blu. Wi?c dlaczego pisz? opowiadania, po ktrych doros?ym m??czyznom robi si? s?abo?
Opowiadanie Tysi?c ?mierci powsta?o razem z drugim (chodzi mi o Kingsmeat), ktre najbardziej przyczyni?y si? do zyskania tej reputacji. Jest to jedyne moje opowiadanie tak obrzydliwe, ?e ?ona nie mo?e go sko?czy?; o ile wiem, nie przeczyta?a go do dzisiaj, A jednak nadal nie widz? sposobu, ?eby napisa? je inaczej.
Jest to opowiadanie o niezgodzie. Przyczyn? jego powstania sta? si? cytat z A Man for All Seasons Roberta Bolta, ktry zapami?ta?em w takiej postaci: Nie czyni? z?ego, nie my?l? z?ego, a je?li to nie wystarczy, ?eby utrzyma? cz?owieka przy ?yciu, wtedy naprawd? t?skni?, aby nie ?y?". S? takie chwile, gdy rz?d, aby zachowa? w?adz?, wymaga, by pewni ludzie za?amali si? publicznie. Ich niezgoda z wol? rz?du stale dodaje si?y wrogom pa?stwa. Mo?na tu pomy?le? o Nelsonie Mandeli, ktry - aby wyj?? na wolno?? - musia? tylko podpisa? o?wiadczenie, w ktrym rezygnuje z przemocy jako ?rodka walki o spraw? swojego ludu. Przychodzi te? do g?owy pi?kne zdanie z filmu Gandhi (ktry nie powsta? jeszcze, gdy pisa?em to opowiadanie, chocia? ten cytat niemal doskonale oddaje jego sens): Mog? mnie zabi?. Ale co na tym zyskaj?? Moje martwe cia?o. Ale nie moje pos?usze?stwo". Si?a biernego oporu wobec rz?du, ktry mo?e kara? nawet ?mierci?, w ko?cu obala w?adz? tego rz?du.
W Tysi?cu ?mierci zrobi?em to, co zwykle robi satyryczna science fiction - wymy?li?em spo?ecze?stwo, ktre podkre?la problem. W tym przypadku chodzi?o o w?adz? pa?stwa, w?adz? wymierzanie kar dla kontroli zachowa? ludzi. Moje a je?li brzmia?o A je?li rz?d mo?e nie tylko zagrozi?, ?e ci? zabije, ale naprawd? ci? zabi? raz, drugi, trzeci, a? w ko?cu uzyska potrzebne wyznanie?" Mechanizm by? do?? prosty. Ju? wcze?niej wymy?li?em narkotyk somec i dla potrzeb mojego cyklu Worthing Chronicie ukrad?em od innych pisarzy pomys? nagrywania stanu mzgu. Wa?ne by?o skupienie si? w punkcie, gdzie ten przymus za?amuje si? w ko?cu i rozbija o ska?? prawdy. Rz?d zabija bohatera, prbuj?c go z?ama? tak, aby w ko?cu wyzna? swoje grzechy i za?wiadczy? o s?uszno?ci dzia?a? rz?du. Problem w tym, ?e rz?d ocenia jego wyznania, ustalaj?c jednocze?nie zbyt wysokie normy, ktrych bohater nie mo?e spe?ni?. Nie wystarczy, ?eby z?o?y? zeznanie - ludzie musz? mu uwierzy?. I do tego w?a?nie bohater nie jest zdolny: do wiarygodnego wyznania. Sam sobie nie wierzy, nie wierzy te? nikt z pozosta?ych. Tego przymusu nie mo?na pokona?. Mo?na uzyska? pos?usze?stwo zastraszonych ludzi, ale nie mo?na uzyska? wiary. Serce jest niezdobyt? twierdz?.
Wi?c powiedzcie mi prosz?, jak mog?em opowiedzie? t? histori?, nie zmuszaj?c was, czytelnikw, do uwierzenia w ?mier? bohatera? Musicie prze?y? jaki? cie? cierpienia, aby w pe?ni zrozumie? niemo?no?? wyznania. Je?eli opowiadanie wyda wam si? niezno?ne, pami?tajcie, ?e wi?cej ?mierci ni? jemu, i straszniejszych, zadano w podobnej walce w ?wiecie rzeczywistym.
Dopisek: W latach siedemdziesi?tych umie?ci?em akcj? opowiadania w Stanach Zjednoczonych, rz?dzonych przez Rosjan. Nie prbowa?em przewidywa? niczego, w co bym wierzy?, ?e nast?pi. Lecz stara?em si? umie?ci? opowie?? o pa?stwie totalitarnym w Stanach Zjednoczonych cho?by po to, ?eby wyda?o si? bli?sze ameryka?skim czytelnikom, ktrzy - je?li nie liczy? do?wiadcze? Murzynw z wielu miast Po?udnia - nie zdawali sobie sprawy z cierpie? i grozy totalitaryzmu. Kiedy ju? podj??em decyzj?, aby akcja rozgrywa?a si? tutaj, mog?em wybiera?: albo ukaza? Ameryk? rz?dzon? przez miejscowego demagoga, albo Ameryk? rz?dzon? przez obcego zdobywc?. Odrzuci?em pierwszy pomys?, gdy? ostatnio klisz? ameryka?skich literatw sta?o si? udowadnianie, ?e jedynym zagro?eniem dla Stanw Zjednoczonych s? konserwatywni ekstremi?ci. Wola?em wi?c pokaza? Ameryk? we w?adzy najokrutniejszego i naskuteczniejszego systemu totalitarnego, jaki istnia? na Ziemi: stalinowskiej wersji partii komunistycznej.
Nie zmieni?y tego faktu wydarzenia tysi?c dziewi??set osiemdziesi?tego dziewi?tego roku we wschodniej Europie. To w?a?nie niech?? Gorbaczowa do odgrywania roli Stalina doprowadzi?a do wyzwolenia pokonanych narodw. Gdyby chcia? odwo?a? si? do karabinu maszynowego i czo?gu, tak jak jego poprzednicy, nie by?oby ju? Solidarno?ci ani drugiej Praskiej Wiosny, nie by?oby dziur w Berli?skim Murze ani podziurawionego kulami cia?a Ceausescu, nie by?oby otwartej granicy w?giersko-austriackiej. A mo?e? Gorbaczow by? cz?owiekiem, ktry przeprowadzi? Rosj? przez moralne mielizny, ale my?l?, ?e i tak w ko?cu to wszystko by si? zdarzy?o, z nim albo z kim? innym.
Tysi?c ?mierci to prawdziwa historia, a wykorzysta?em w niej Rosjan, poniewa? s? ostatnim ?wiatowym mocarstwem, mog?cym pokaza?, ?e jest prawdziwa.

KLA?NIJ I ZA?PIEWAJ
W po?owie lat siedemdziesi?tych rozmawia?em z m?od? kobiet?, o ktrej my?la?em kiedy?, ?e jestem w niej zakochany.
- Strasznie na ciebie lecia?am, zanim wyjecha?e? z misj? - powiedzia?a. - I te wiersze, ktre dla mnie pisa?e?, gdy ci? nie by?o... My?la?am, ?e kiedy wrcisz, co? z tego b?dzie. A potem przylecia?e? z Brazylii, czeka?am, czeka?am, a ty nawet nie zadzwoni?e?.
- My?la?em, ?eby zadzwoni? - odpar?em. - Cz?sto.
- Ale nie zadzwoni?e?. Zniech?cona do ciebie, zakocha?am si? w kim? innym.
I to jest najzabawniejsze: nawet si? nie domy?la?em, co ona czuje. Jednym z powodw, dla ktrego nie zadzwoni?em, by?a obawa, ?e uzna mnie za dziwaka, usi?uj?cego zmieni? przyja?? w co? wi?cej. Nastolatki potrafi? tak pokrzy?owa? swoje plany, ?e umo?liwiaj? romantyczne tragedie.
W nast?pnych latach znalaz?em mi?o?? g??bsz? i przywi?zanie mocniejsze ni? cokolwiek, co mog?em sobie wtedy wyobrazi?. Ale kiedy rozwa?a?em ide? podr?y w czasie, pomy?la?em o ironicznej historii dwojga ludzi zupe?nie sobie nieznanych, ktrzy - nie wiedz?c o tym - podr?uj? w przesz?o??, by sp?dzi? razem cudown? noc. Moje my?li, oczywi?cie, wrci?y do tej chwili bezsilnej frustracji, kiedy u?wiadomi?em sobie, ?e gdyby?my - ta m?oda dama i ja -zachowali si? troch? inaczej, mogli?my ?y? razem. Poniewa? o wiele ?atwiej jest wykorzystywa? prawdziwe zdarzenia, ni? wymy?la? nowe, wykrad?em ten fakt z w?asnego ?ycia z nadziej? na znalezienie tych gorzko-s?odkich wspomnie?, ktre s? kluczem dla filmowych romansw.

PIESER
Cyberpunk by? u szczytu, gdy wraca?em do domu z ArmadilloConu, konwentu science fiction w Austin, gdzie spotka?em biskupa cyberpunku, Bruce'a Sterlinga. D?ugo ?ywi?em wobec tego nurtu uczucia do?? ambiwalentne. Wizje cyberpunku Bruce'a Sterlinga zafascynowa?y mnie, pewnie dlatego, ?e on jeden mwi? o science fiction w terminach, ktre nie by?y odgrzewanym Jamesem Blishem czy Damonem Knightem ani nie zosta?y wykradzione gnij?cym zw?okom modernizmu, ktre wci?? cuchn? pod niebo na wydzia?ach literatury ameryka?skich uniwersytetw. Krtko mwi?c, Sterling mia? idee, nie tylko echa.
Jednocze?nie nie mog?em pozby? si? pewnego wra?enia niesmaku na my?l o tym, co si? robi pod nazw? cyberpunku. William Gibson, cho? ca?kiem utalentowany, wydawa? si? pisa? raz po raz t? sam? histori?. Co wi?cej, by?a to wci?? t? sama samoobs?ugowa historia obracana na ka?dym kursie pisarskim w Ameryce i przynajmniej raz na numer publikowana w ka?dym pisemku literackim: cierpi?cy artysta, wyalienowany ze spo?ecze?stwa i walcz?cy, by znale?? cel ?ycia. Moja odpowied? jest prosta. Artysta wyalienowany ze swego spo?ecze?stwa nie ma w ?yciu ?adnego celu. Przynajmniej jako artysta. Cz?owiek tylko wtedy mo?e ?y? jako artysta, je?li jest ?ci?le powi?zany ze spo?ecze?stwem, ktremu prezentuje swoj? sztuk?.
Jednak najgorsza w cyberpunku by?a p?ytko?? tych, ktrzy go na?ladowali. Wystarczy sypn?? troch? narkotykw na sprz?g mzgowo-chipowy, wymiesza? z lu?nymi nawi?zaniami do kontrkultury lat sze??dziesi?tych, do?o?y? sztuczny, afektowany j?zyk i dostaniemy cyberpunk. Mniejsza z tym, ?e opowiadane historie to klisze rwnie g?upie i wtrne jak najgorsze teksty, przeciwko ktrym Bruce Sterling si? pocz?tkowo buntowa?. Nawet gdyby historie by?y wysoce oryginalne, stylistyczna imitacja i afektacja s? przest?pstwami tak ci??kimi, ?e czyni? ruch literacki godnym kary ?mierci.
Tak wi?c, b?d?c dzieckiem przewrotnym i z?o?liwym, rzuci?em sobie wyzwanie: czy wtrno?? cyberpunku jest ?rd?em czy symptomem jego pustki? Czy mo?na napisa? dobre opowiadanie, ktre wykorzystuje wszystkie cyberpunkowe klisze? Sprz?g mzgowo-chipowy, podrabiany slang, prochy, kontrkultura... Czy ja, porz?dny mormo?ski ch?opiec, ktry obserwowa? lata sze??dziesi?te z odwrotnego ko?ca lornetki, potrafi? napisa? przekonuj?ce opowiadanie w tym stylu, a tak?e opowiedzie? histori?, ktra mnie osobi?cie usatysfakcjonuje jako dobre opowiadanie?
Jedno by?o pewne: nie mog?em na?ladowa? cudzych pomys?w. To tylko j?zyk, styl chcia?em imitowa?, musia?em wi?c naruszy? w?asne przyzwyczajenia i zacz?? nie od fabu?y, lecz od g?osu. Od monologu. Pierwsze dwa akapity Piesera to pierwsze dwa, jakie napisa?em, w?a?ciwie ju? w takiej formie, jakie s? teraz. Fabu?a przysz?a p?niej, kiedy mia?em ju? w miar? dobrze ustalony g?os i posta? narratora.
Sko?czy?em tekst wkrtce po powrocie do domu i wys?a?em do Gardnera Dozois w Asimovie. Spodziewa?em si?, ?e je odrzuc?. Wyobra?a?em sobie Gardnera, jak zataczaj?c si? ze ?miechu wchodzi do holu Davis Publications, krztusi si? i dusi, trzymaj?c mj maszynopis jak worek p?on?cego nawozu. Patrzcie tylko, teraz Card prbuje pisa? cyberpunk". Zamiast tego Gardner przys?a? mi umow?. Troch? zepsu? tym moje plany; chcia?em wykorzysta? opowiadanie podczas warsztatw w Sycamore Hill tego lata, a poniewa? zosta?o sprzedane, nie mog?em tego zrobi?. W rezultacie podczas warsztatw napisa?em nowel? Pageant Wagon, wi?c tak zupe?nie nie przegra?em.
Tymczasem jednak Gardner nie opublikowa? Piesera. Trzyma? go dwa i p? roku, zanim wys?a?em li?cik przypominaj?cy, ?e nasza umowa dobiega ko?ca i je?li nie zamierzaj? drukowa? mojego opowiadania, to chc? je z powrotem, ?eby sprzeda? komu? innemu. Wtedy jakby nagle sobie o nim przypomnieli i wstawili do numeru w ostatniej chwili, ?ebym zd??y? do??czy? je do tej ksi??ki.
W pewnym jednak sensie Gardner zrobi? mi przys?ug? - by? mo?e celowo. Zatrzymuj?c opowiadanie na tak d?ugo, sprawi?, ?e Pieser wyszed? drukiem ju? po szczytowej fali na?ladownictw cyberpunku. Opowiadanie nie zosta?o tak wyra?nie uznane za wtrne. I wprawdzie z pozoru nie by?o typowym Cardem", mog?o jednak by? odebrane jako moje dzie?o, a nie blada imitacja Gibsona. I tak zaoszcz?dzono mi losu zaprezentowania si? tak ?a?o?nie, jak - powiedzmy - Barbra Streisand ?piewaj?ca disco z Bee Gees.

STARAMY SI? TEGO NIE OKAZYWA?
Przez krtki czas ulubion? restauracj? moj? i Kristine w Salt Lake City by? Savoy, restauracja jakoby angielska, ktra jednak serwowa?a znakomite jedzenie. Sprowadzali?my tam przyjaci?, chodzili?my sami, robili?my wszystko, ?eby im si? uda?o. W dodatku zawsze by? tam t?ok. W sze?? miesi?cy p?niej w?a?ciciele zwin?li interes.
Takie rzeczy zdarzaj? si? bez przerwy. Programy telewizyjne, ktre lubi?, s? skazane na spadni?cie z ramwki. Autorzy, ktrych kocham, przestaj? pisa? ksi??ki, jakie kocha?em. (Dalej, Mortimer i Rendell! Dla Rumpole'a i Wexforda przyszli?cie na ?wiat! Co do ciebie, Gregory McDoladzie, pisz Fletchera albo gi?!) Trendy w science fiction i fantasy, ktre podziwiam, szybko si? ko?cz?; te, od ktrych dostaj? md?o?ci, trzymaj? si? jak hemoroidy. Z tego czy innego powodu, ?wiat realny nie chce odzwierciedla? moich gustw.
St?d wzi??o si? to opowiadanie. Niestety, nie potrafi?em wznie?? si? ponad jego ?rd?o. Od tego czasu nauczy?em si?, ?e nie powinienem pisa? opowiada? startuj?cych od pojedynczego pomys?u, a raczej czeka? na drugi, nie zwi?zany z pierwszym, tak ?eby z ich zetkni?cia powsta?o co? naprawd? ?ywego. W rezultacie opowiadanie jest obci??one kl?tw? wi?kszo?ci tekstw science fiction - mwi raczej o idei ni? o postaciach, co oznacza, ?e jest w ko?cowym efekcie do zapomnienia. To jednak nie znaczy, ?e jest bez warto?ci. Mam nadziej?, ?e przyjemnie wam by?o przeczyta? je raz. Nic nie zyskacie, czytaj?c je po raz drugi. Po pierwszej lekturze otrzymali?cie ju? wszystko, co mo?e wam ofiarowa?.

GENOTOPIA
Jim Baen napisa? kiedy? do magazynu Galaxy artyku? wst?pny, w ktrym wzywa? pisarzy science fiction, aby przestali pisa? o tych samych znanych przysz?o?ciach" i spojrzeli na to, czym nauka zajmuje si? teraz. Gdzie na przyk?ad s? opowiadania przewiduj?ce skutki obecnych bada? nad rekombinacjami DNA?
Pracowa?em wtedy w magazynie The Ensign, wi?c Jay, Lane i ja uznali?my to za osobiste wyzwanie. Naturalnie, zgodnie z tradycj? m?odych pisarzy SF, mechanicznie wzi??em pomys? manipulacji genetycznych (jako grzeczny ch?opczyk czyta?em Scientific American, wi?c mog?em ca?kiem nieg?upio to wymy?li?), doprowadzi?em go do ekstremum i doda?em stereotypow? fabu?? o dwch narodach zaj?tych walk? na ?mier? i ?ycie. W dodatku jeden z nich nie zdaje sobie sprawy, ?e ten drugi ju? dawno nie istnieje, a prawdziwa walka toczy si? teraz przeciwko ?wiatu, ktry zniszczyli. My?l?, ?e jako polemika na temat przesta?my nara?a? nasz? planet?", opowiadanie nadal pe?ni swoj? rol?. Jako literatura jest jednak wyra?nie dzie?em mojej m?odo?ci. Temat rekombinacji DNA zosta? opisany przez ten czas o wiele lepiej, zarwno w moich w?asnych opowie?ciach (Glizdawce, Mwca Umar?ych), jak i pracach pisarzy, ktrzy oddali mu wi?ksz? sprawiedliwo?? (w szczeglno?ci my?l? tu o wspania?ych dokonaniach Octavii Butier: Dawn, Adulthood Rites i Imago). Je?li chcecie dowodu, ?e by?a to tylko niedojrza?a, m?odzie?cza prba science fiction, wystarczy popatrze? na oryginalny tytu? - I Put My Blue Genes on - marna gra s?w z zabawnej, ale g?upiej piosenki, napisanej - o ile pami?tam - do reklamy d?insw.
Dzisiaj jednak dostrzegam, ?e pewne moje p?niejsze zainteresowania s? ju? widoczne w Genotopii. Przede wszystkim wys?a?em w kosmos Brazylijczykw. Nie by?em pierwszym, ktry tego dokona?, ale niew?tpliwie jest to moja pierwsza ?wiadoma prba pokazania ameryka?skim pisarzom SF, ?e przysz?o?? prawdopodobnie nie nale?y do Ameryki. W science fiction przed pierwsz? wojn? ?wiatow? w kosmos zawsze latali Francuzi i Anglicy. Teraz, w ?wiecie postimperialnym, uwa?amy to za do?? dziwaczn? ide?. Osobi?cie g??boko wierz?, ?e za pi??dziesi?t lat pomys?, by Amerykanie prowadzili ?wiat dok?dkolwiek, wyda si? rwnie anachroniczny. Tylko ci z nas, ktrzy wy?l? w przestrze? Brazylijczykw, Tajw, Chi?czykw i Meksykanw, b?d? mogli uwa?a? si? za ludzi przewiduj?cych.
Oczywi?cie, mog? si? myli? w tej szczeglnej przepowiedni, jak? g?osz?. Jest jednak i inny powd, by otworzy? science fiction dla innych kultur - taki, ?e science fiction to jedyny trwa?y wk?ad Ameryki w literatur?. Na ka?dym innym polu jeste?my wtrni do... no, mo?e nie do g??bi, poniewa? na tych polach nie mamy ?adnej g??bi. Nikt w innych krajach nie prbuje pisa? westernw, nikt w Rosji, Niemczech czy Japonii nie ogl?da si? na Updike'a czy Bellowa, ?eby nauczyli go pisa? powa?n?" beletrystyk?. Maj? ju? tradycje literackie starsze i lepsze od naszych tak zwanych szczytowych osi?gni??. Ale w science fiction wszyscy ogl?daj? si? na nas. Tak?e chc? tworzy? fantastyk?, poniewa? wszyscy, ktrzy j? czytaj?, we wszystkich krajach, widz? w niej literatur? mo?liwo?ci, literatur? niezwyk?o?ci. To jedyny istniej?cy gatunek, ktry pozwala pisarzowi tworzy? satyr?, nie rozpoznawan? natychmiast jako satyra, tworzy? powie?? metafizyczn?, nie uznawan? za filozoficzny czy religijny prozelityzm. Krtko mwi?c, jest to najbardziej swobodna, najbardziej otwarta literatura dnia dzisiejszego, i jedyna, ktrej inni pisarze ucz? si? g?wnie i przede wszystkim od Amerykanw.
Dlaczego zatem autorzy science fiction z uporem opisuj? wy??cznie ameryka?sk? przysz?o??? Nasza publiczno?? si?ga szerzej ni? ten kontynent. Istniej? kraje, gdzie nasze s?owa traktuj? z wi?ksz? powag? ni? tutaj. Je?li naprawd? chcemy naszym pisarstwem zmieni? ?wiat - a nie umiem wymy?li? innego powodu, by w ogle dotyka? pirem papieru - to powinni?my przemawia? do ?wiata. A jedyny sposb, by pokaza? ?wiatu, ?e do niego mwimy, to umie?ci? ich - obywateli innych krajw - w naszych przysz?o?ciach. Zachowa? si? inaczej to jakby ich spoliczkowa?, jakby powiedzie?: Widzia?em przysz?o?? i was tam nie by?o". No c?, ja te? widzia?em przysz?o??, i oni tam s? - w wielkiej liczbie, z wielk? pot?g?. I chc?, ?eby mj g?os sta? si? jednym z tych, ktrych s?uchali w drodze na szczyt. W Genotopii zrobi?em pierwszy krok na tej drodze.

W PSIEJ BUDZIE (Z JAYEM A. PARRYM)
Co by by?o, gdyby obcy przybyli do nas nie w obcym kszta?cie? Gdyby przybyli w postaci, ktr? ju? znamy, o ktrej s?dzimy ju?, ?e rozumiemy? Jay Parry i ja rozwa?ali?my pomys? innego rozegrania tej historii - z obcymi pojawiaj?cymi si? w postaci jakiej? uciskanej mniejszo?ci, na przyk?ad Indian albo Murzynw. Jednak problemy wwczas wydawa?y si? nie do pokonania - w szczeglno?ci problemy polityczne. Dla bia?ego pisarza wielk? sztuk? jest prba wyra?enia punktu widzenia Czarnych bez wpadania w polityczn? niepoprawno??. My?la?em wtedy, ?e o pewnych sprawach mog? w imieniu Czarnych mwi? czarni pisarze, ale nie biali, ktrych przekaz by?by ?le zrozumiany. W ci?gu lat, jakie min??y, przekona?em si?, ?e pisarz dowolnej rasy, p?ci czy religii mo?e pisa? o ka?dej innej rasie, p?ci i religii; musi tylko:
1. Dok?adnie przestudiowa? temat, ?eby nie zrobi? z siebie durnia.
2. Przekaza? prawd? tak, jak sam j? widzi, nie obra?aj?c ani nie pogardzaj?c ?adn? grup?.
3. Mie? skr? tak grub?, ?eby pogodzi? si? ze ?mierci? tysi?ca ostrzy, czekaj?c? go niezale?nie od tego, jak dobrze zrealizuje punkty l i 2.
Troch? nie?miali, Jay i ja opracowali?my fabu??, wykorzystuj?c zwierz?ta rwnie mocno zakorzenione w naszych uprzedzeniach jak dowolna grupa ludzka. Wierne, kochane psy. Najlepsi przyjaciele cz?owieka. Osi?gn?li?my takie same potencjalne mo?liwo?ci: Brzemi? Bia?ego Cz?owieka, pogardliwa sympatia (kilku moich najlepszych przyjaci? jest psami), a przede wszystkim sztywna determinacja, by utrzyma? je na dotychczasowych miejscach.

ORIGINISTA
W mojej rubryce recenzji w The Magazine of Fantasy and Science Fiction napisa?em kiedy? diatryb? pot?piaj?c? cz?st? w latach osiemdziesi?tych mod?, by prywatne ?wiaty autorw zmienia? w ?wiaty firmowe, oglnodost?pne, po ktrych mog? buszowa? inni pisarze. Wszystko to zacz??o si? od Star Treka i nie by?o ?adnym wielkim spiskiem. Byli sobie, widzicie, fani Star Treka, zniecierpliwieni tym, ?e Paramount zaniedbuje ich bohaterw. Zacz?li wi?c pisa? w?asne opowiadania o za?odze statku Enterprise" (w pewnym sensie by?o to wyj?tkowo adekwatne: scenariusze i wykonawstwo w oryginalnym serialu przypomina?o czyj?? produkcj? gara?ow?, wi?c czemu by nie kontynuowa? tej tradycji?). Legenda g?osi, ?e Paramount zamierza? najpierw ich zaskar?y?. Ale szybko przysz?o im do g?owy, ?e mo?na zrobi? pieni?dze na publikacji nie sfilmowanych opowiastek o Kirku, Spocku i innych cz?onkach za?ogi Dyli?ansu w?rd tanich mi?dzyplanetarnych dekoracji. Mieli racj? co do liczby czytelnikw i liczby dolarw. I tak narodzi? si? nowy przemys?: science fiction pisana w cudzym, mamie sobie wyobra?anym, ale z pasj? studiowanym universum.
Przypuszczam, ?e to by?o nieuniknione. Wydawcy, ktrzy nie zarabiali tych startrekowych dolarw, musieli sprbowa? zamieni? inne sprawnie wyobra?one przysz?o?ci w rwnie lukratywne przedsi?wzi?cia, w ktrych dzie?o jednego pisarza jest rwnie dobre jak innych. Pod koniec lat osiemdziesi?tych pojawi?y si? liczne powie?ci umieszczone w ?wiecie ....", gdzie terminuj?cy autorzy, cz?sto nie maj?cy poj?cia o wewn?trznej prawdzie, jaka sk?oni?a Starego Mistrza do stworzenia danego ?wiata, umieszczali w nim akcj? swoich opowie?ci. W rezultacie powstawa?y teksty, z ktrych nikt nie by? dumny i ktrych nikt nie pami?ta?.
Niewypowiedzianym (mam nadziej?) za?o?eniem wszystkich tych ?wiatw jako tytu?w serii by?o: Czytelnicy nie zauwa?? r?nicy. Ale wydawcy przekonali si?, ?e wi?kszo?? czytelnikw science fiction - w przeciwie?stwie do publiczno?ci Star Treka - widzi t? r?nic? i przejmuje si? ni?. Czytelnicy science fiction przywi?zani s? do autorw. Prawdziwi czytelnicy science fiction nie chc? czyta? powie?ci Johna Varleya o Diunie, Lisy Goldstein o Lensmanie czy Hwarda Waldropa o Pernie (osobi?cie z rozkosz? przeczyta?bym powie?? Howarda Waldropa o Pernie, ale nie z powodw, jakimi chcia?bym si? chwali?).
Dlatego te? sformu?owa?em w swojej rubryce pewne prawo: Pisarze nie powinni marnowa? czasu ani talentu, prbuj?c opowiada? historie dziej?ce si? w cudzym universum. Co wi?cej, znani autorzy nie powinni - udost?pniaj?c swoje ?wiaty - wsp?dzia?a? w marnowaniu talentu m?odszych twrcw.
Gdy tylko mj artyku? trafi? do druku, Martin Harry Greenberg wspomnia? mi, ?e przygotowuje antologi? upami?tniaj?c? pi??dziesi?t? rocznic? pracy twrczej Isaaca Asimova, ksi??k? zatytu?owan? Foundation's Friends. Dla tej jednej antologii dr Asimov pozwoli? uczestnikom przedsi?wzi?cia napisa? opowiadania umiejscowione w jego ?ci?le powi?zanych fikcyjnych ?wiatach, z wykorzystaniem stworzonych przez niego postaci. Naprawd? mogli?my pisa? o trzech prawach robotyki, pozytronowych mzgach i Susan Calvin. Mogli?my pisa? o Fundacji, wykorzystuj?c Hariego Seldona, Trantora, Terminusa i Mu?a.
I nagle znw mia?em szesna?cie lat i przypomnia?em sobie histori?, ktr? tak strasznie chcia?em przeczyta?, ale Asimov nigdy jej nie napisa? - histori? powstania Drugiej Fundacji w bibliotece na Trantorze.
Czy zapomnia?em, ?e w?a?nie po wsze czasy zakaza?em udost?pniania swoich ?wiatw? Nie. Po prostu tkwi we mnie przewrotne przekonanie, ?e kiedy tylko kto? ustali jakie? prawo, prawo to powinno by? z?amane - nawet je?li ja sam jestem prawodawc?. Dlatego napisa?em Originist? jako ho?d, a mo?e i uzupe?nienie arcydzie?a Asimova.
Nie znaczy to, ?e opisane przeze mnie prawo uwa?am za nies?uszne. Wr?cz przeciwnie, jestem do niego absolutnie przekonany. Tyle ?e - jak wi?kszo?? praw - mo?na je omin??, je?li cz?owiek w?o?y w to dostatecznie wiele pracy. Wypo?yczone ?wiaty zwykle nie odnosz? sukcesu, poniewa? m?odzi pisarze na og? nie rozumiej? dobrze orygina?u, nie wiedz?, co w nim jest takiego, ?e opowiadania pierwszego autora jako? si? udaj?, a tak?e nie czuj? si? wystarczaj?co odpowiedziami, by w tych okoliczno?ciach da? z siebie wszystko. C?, w swojej arogancji uzna?em, ?e dostatecznie dobrze znam universum Fundacji - nie w trywialnych szczeg?ach, ale w ca?o?ciowym zasi?gu opowie?ci, w tym, co ona znaczy (owszem, czyta?em Decline and Fali, ale to nie jest fundament Fundacji). Zdawa?o mi si? tak?e, ?e wiem, na czym polega urok tych opowie?ci: na rozkoszy odkrycia, ?e niewa?ne, ile zas?on si? zerwie, nigdy nie dotrze si? do tej ostatniej, nigdy nie odkryje si? prawdziwego cz?owieka za Asimovskim Ozem. Zawsze istniej? plany ukryte pod planami, przyczyny ukryte pod wiarygodnymi przyczynami.
I wreszcie mia?em w?asn? histori? do opowiedzenia. Sprbowa?em ju? czego? w jej stylu we fragmencie powie?ci, ktra mia?a nosi? tytu? Genesis - by? mo?e jeszcze j? napisz?. Chcia?em w niej pokaza? granic? mi?dzy cz?owiekiem a zwierz?ciem, dok?adny przecinek w interpunkcyjnym modelu ewolucji, znacz?cy przej?cie od nieludzkiego do ludzkiego. Dla mnie granic? t? jest uniwersalne ludzkie powtarzanie opowie?ci - to w?a?nie ??czy ze sob? spo?eczno?ci, to przechowuje ludzk? to?samo?? po ?mierci i okre?la j? w ?yciu. Bez opowie?ci nie jeste?my lud?mi; z nimi jeste?my. Ale Genesis okaza?a si? niemo?liwa do napisania, po cz??ci dlatego, ?e aby zrobi? to jak nale?y, powinienem odwiedzi? Kaszmir i Etiopi? - miejsca ostatnio niezbyt bezpieczne.
Ale podobne tematy mog?em rozwin?? - cho? z wi?kszego dystansu - w opowiadaniu Originista. Co wi?cej, zbli?on? kwesti? poruszy? w Fundacji sam Asimov - przedstawi? posta?, badaj?c? biblioteki w poszukiwaniu planety, na ktrej wzi??a pocz?tek ludzka rasa. Uda?o mi si? podj?? czysto Asimovski temat - daremno?? wtrnych studiw - i po??czy? go z w?asn? kwesti? - fundamentaln? rol? opowie?ci w kszta?towaniu indywiduw i spo?eczno?ci.
Posun??em si? nawet dalej w uczynieniu z Originisty prawdziwej opowie?ci ze ?wiata Fundacji - wykorzysta?em form?, jak? Asimov udoskonali?, a ktrej sam nigdy nie u?ywa?em: to historia, w ktrej nic si? w?a?ciwie nie dzieje oprcz dialogw. Asimovowi udaje si? to dzi?ki przenikliwej wyrazisto?ci jego prozy i wysublimowanej inteligencji pomys?w - czytelnik nigdy si? nie nudzi, s?uchaj?c, jak jego postacie dyskutuj? o ideach, poniewa? nie traci w?tku, a idee warte s? wys?uchania. Wyzwanie polega?o na tym, ?eby jak najbardziej zbli?y? si? do niego wyrazisto?ci?; mog?em tylko mie? nadziej?, ?e inni uznaj? moje idee za rwnie interesuj?ce, jak ja idee Asimova.
I chocia? wiedzia?em, ?e Originista nigdy nie zostanie uznany za samodzielny tekst, w?o?y?em w niego tyle pracy i uczucia, co w pe?n? powie??. W?a?ciwie udowodni?em w?asne prawo - napisa?em opowiadanie kosztem czysto Cardowskiej powie?ci, ktra prawdopodobnie nigdy nie powstanie. My?l? jednak, ?e warto by?o - jeden raz. Po cz??ci dla wykazania, ?e mo?na to zrobi? dobrze (je?li w istocie zrobi?em to dobrze), a po cz??ci dlatego, ?e jestem dumny z samego opowiadania - z jego powstania, z tego, co mwi, i dlatego, ?e jest ho?dem dla pisarza, ktrego uwa?am za najlepszego ameryka?skiego prozaika naszych czasw, bez ?adnych wyj?tkw.